Franciszek
NAJWIĘKSZĄ SZKODĄ, JAKIEJ DZISIAJ DOZNAJE KOŚCIÓŁ, JEST KLERYKALIZM. SŁOWA PAPIEŻA PODCZAS SPOTKANIA Z KAPŁANAMI TOWARZYSTWA JEZUSOWEGO CHILE
Santiago de Chile, Sanktuarium św. Alberta Hurtado, 16 stycznia 2018 r.
W Centrum Hurtada papieżowi towarzyszył prowincjał Cristián del Campo. Razem udali się do kaplicy, w której spoczywają szczątki św. Alberta. Otwarte w 1995 roku sanktuarium mieści jego grób – kamienny sarkofag zawierający grudki ziemi ze wszystkich regionów Chile, symbolizujące jedność wszystkich wiernych tego kraju. Prowincjał powitał papieża w imieniu jezuitów, wśród których było wielu młodych. Spotkanie od początku przebiegało w rodzinnej i serdecznej atmosferze, między innymi dzięki obecności ojców Carlosa i José Aldunate, dwóch braci, liczących odpowiednio 101 i 100 lat. Rozpoznawszy ich, Franciszek rozpoczął następującymi słowami:
Cieszę się, że widzę ojca Carlosa! Był moim kierownikiem duchowym w 1960 roku, podczas mojego junioratu. José był wówczas mistrzem nowicjatu, a później został prowincjałem… Carlos był prefektem i był… królem zdrowego rozsądku. Udzielał rad duchowych z wielkim zdrowym rozsądkiem. Pamiętam, jak kiedyś poszedłem do niego, ponieważ byłem bardzo rozgniewany na pewną osobę. Chciałem jej powiedzieć kilka mocnych słów: że tak nie może być, że jest taka i owaka… Powiedział mi: „Spokojnie… Nie warto od razu wytaczać najcięższych dział. Proszę poszukać innych sposobów…”. Nigdy nie zapomniałem tej rady i teraz mu za nią dziękuję. Tak. Od razu poczułem się dobrze w Chile. Przyjechałem wczoraj. Dzisiaj przez cały dzień spotykałem się z bardzo serdecznym przyjęciem. Widziałem wiele oznak wielkiej życzliwości. A teraz pytajcie, o co chcecie.
Jeden z jezuitów występuje z pytaniem: „Chciałbym zapytać, jakie były największe radości i największe cierpienia, których Ojciec Święty doświadczył podczas swojego pontyfikatu”.
Ten pontyfikat jest dla mnie czasem spokoju. Od chwili, gdy podczas konklawe zdałem sobie sprawę z tego, co się wydarzy – a stało się to nagle, zupełnie niespodziewanie – poczułem wielki pokój. I ten pokój nie opuścił mnie aż do dzisiaj. Jest to dar Pana, za który Mu dziękuję. I naprawdę mam nadzieję, że mi go nie odbierze. Odczuwam ten pokój jako czysty dar, po prostu dar. Tym, co nie odbiera mi pokoju, ale sprawia mi przykrość, są plotki. Plotki mnie bolą, zasmucają. Często zdarza się to w środowiskach zamkniętych. Kiedy dzieje się to wśród księży lub zakonników, mam ochotę zapytać: jak to możliwe? Ty, który zostawiłeś wszystko, postanowiłeś nie wiązać się z kobietą, nie ożeniłeś się, nie masz dzieci, chcesz skończyć jako stary kawaler zajmujący się plotkami? Cóż za smutne życie, mój Boże!
Jezuita z prowincji argentyńsko-urugwajskiej pyta: „Z jakim oporem spotkałeś się podczas swojego pontyfikatu i jak go przeżywałeś oraz rozeznawałeś?”.
Nigdy, kiedy napotykam trudności, nie mówię od razu, że jest to „opór”. Oznaczałoby to zaniedbanie obowiązku rozeznawania. Łatwo powiedzieć: „To jest opór”, i nie dostrzec, że w tym sporze może być choćby odrobina prawdy. Dlatego korzystam z pomocy innych. Często pytam kogoś: „Co o tym sądzisz?”. Pomaga mi to również spojrzeć z dystansem na wiele spraw, które na pierwszy rzut oka wydają się przejawem oporu, a w rzeczywistości są reakcją wynikającą z nieporozumienia, z tego, że pewne rzeczy trzeba powtórzyć, lepiej wyjaśnić… Być może moją wadą jest to, że czasami uznaję pewne sprawy za oczywiste albo pomijam jakiś etap rozumowania, nie wyjaśniając dobrze całego procesu, ponieważ jestem przekonany, że rozmówca od razu zrozumiał mój tok myślenia. Zauważam jednak, że kiedy wracam do tego i lepiej wszystko wyjaśniam, wówczas druga osoba mówi: „Ach, tak, teraz rozumiem…”. Dlatego bardzo pomaga mi dokładne zbadanie, co naprawdę kryje się za sporami.
Kiedy jednak dostrzegam rzeczywisty opór, cierpię z tego powodu. Niektórzy mówią mi, że to normalne, iż pojawia się opór, kiedy ktoś chce wprowadzać zmiany. Słynne „zawsze tak robiliśmy” panuje wszędzie: „Skoro zawsze tak robiliśmy, to po co mamy coś zmieniać? Skoro tak właśnie jest, skoro zawsze tak robiliśmy, to dlaczego mielibyśmy postępować inaczej?”. To wielka pokusa, której wszyscy doświadczyliśmy. Doświadczyliśmy jej na przykład w okresie posoborowym. Opór wobec Soboru Watykańskiego II, który nadal istnieje, prowadzi do pomniejszania znaczenia Soboru i rozwadniania jego nauczania.
Jeszcze bardziej boli mnie, kiedy ktoś angażuje się w zorganizowaną kampanię oporu. Niestety, również to obserwuję. Pytałeś mnie o opór i nie mogę zaprzeczyć, że istnieje. Widzę go i znam. Istnieje także opór na płaszczyźnie doktrynalnej, który znacie lepiej ode mnie. Dla zachowania zdrowia psychicznego nie czytam stron internetowych tego tak zwanego „ruchu oporu”. Wiem, kto za nim stoi, znam te grupy, ale ich nie czytam, właśnie ze względu na zdrowie psychiczne. Jeśli pojawia się coś bardzo poważnego, informują mnie o tym, żebym wiedział. Wy ich znacie… To przykre, ale uważam, że trzeba iść dalej.
Historycy mówią, że potrzeba stu lat, aby sobór naprawdę się zakorzenił. Jesteśmy w połowie drogi. Czasami człowiek zadaje sobie pytanie: czy ten mężczyzna, ta kobieta w ogóle czytali dokumenty Soboru? Są ludzie, którzy ich nie czytali. A jeśli nawet czytali, to ich nie zrozumieli. Pięćdziesiąt lat później! My studiowaliśmy filozofię przed Soborem, ale mieliśmy tę przewagę, że teologię studiowaliśmy już po nim. Przeżyliśmy zmianę sposobu patrzenia na rzeczywistość, a dokumenty soborowe były już dostępne.
Kiedy dostrzegam opór, staram się prowadzić dialog, jeśli jest to możliwe. Ale niektóre przejawy oporu pochodzą od ludzi przekonanych, że posiadają jedyną prawdziwą doktrynę, i oskarżają cię o herezję. Kiedy w tym, co mówią lub piszą, nie znajduję duchowej dobroci, po prostu modlę się za nich. Jest mi przykro, ale dla zachowania zdrowia psychicznego nie zatrzymuję się na tym uczuciu.
Następne pytanie zadaje nowicjusz: „Wielu ludzi utożsamia Kościół z biskupami i kapłanami i bardzo krytycznie ocenia niektórych z nich za sposób przeżywania ubóstwa, ograniczanie udziału kobiet oraz niewielkie miejsce przyznawane mniejszościom… Co wobec takich opinii proponuje nam Ojciec Święty, aby przybliżyć zwykłym ludziom Kościół hierarchiczny, którego jesteśmy częścią?”.
To, co myślę o relacji między biskupem a ludem Bożym, powiedziałem przed chwilą biskupom. Moje stanowisko w tej sprawie znajduje się więc w tamtym przemówieniu, bardzo krótkim, ponieważ w ubiegłym roku odbyliśmy już dwa długie spotkania podczas wizyty ad limina.
Największą szkodą, jakiej może dzisiaj doznać Kościół w Ameryce Łacińskiej, jest klerykalizm, czyli niedostrzeganie, że Kościół stanowi cały święty i wierny lud Boży, który jako całość jest nieomylny in credendo, w wierze. Mówię o Ameryce Łacińskiej, ponieważ najlepiej ją znam. Jakiś czas temu napisałem list do Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej, a dzisiaj ponownie poruszyłem ten temat. Trzeba sobie uświadomić, że łaska misyjności wiąże się z chrztem, a nie ze święceniami czy ślubami zakonnymi.
Pocieszające jest to, że wielu kapłanów, zakonników i zakonnic całkowicie angażuje się w realizację soborowego wyboru, jakim jest oddanie się na służbę ludowi Bożemu. Trzeba to dostrzegać. Jednak u niektórych nadal utrzymują się zachowania właściwe książętom. Należy przyznać ludowi Bożemu należne mu miejsce.
Podobnie możemy spojrzeć na kwestię kobiet. Jako biskup diecezjalny miałem pewne szczególne doświadczenie. Trzeba było rozpatrzyć określoną sprawę. Przeprowadzono konsultacje – oczywiście wyłącznie wśród księży i biskupów – i wspólna refleksja doprowadziła nas do sformułowania kilku punktów, co do których należało podjąć decyzję. Kiedy tę samą sprawę omówiono podczas wspólnego spotkania mężczyzn i kobiet, doszliśmy do wniosków znacznie bogatszych, bardziej możliwych do zrealizowania i bardziej owocnych. To tylko jedno doświadczenie, które teraz przyszło mi na myśl i skłania mnie do refleksji.
Kobieta powinna wnosić do Kościoła całe to bogactwo, które von Balthasar nazywał „wymiarem maryjnym”. Bez tego wymiaru Kościół kuleje albo musi posługiwać się kulami, a wtedy trudno mu chodzić. Myślę, że mamy tutaj jeszcze wiele do zrobienia. I powtarzam to, co powiedziałem dzisiaj biskupom: trzeba przestać zachowywać się jak książęta, trzeba być blisko ludzi…
Ojciec Juan Díaz zabiera głos, a papież go rozpoznaje… Juanito!
Po serdecznym powitaniu o. Díaz kontynuuje: „Franciszku, wielokrotnie, również w Evangelii gaudium, przestrzegałeś nas przed niebezpieczeństwem światowości. Na jakie aspekty naszego życia jako jezuitów powinniśmy zwracać szczególną uwagę, aby nie ulec tej pokusie?”.
Pierwszym sygnałem ostrzegawczym dotyczącym światowości był dla mnie ostatni rozdział Medytacji o Kościele Henriego de Lubaca. Przywołuje on tam benedyktyna, dom Ascara Voniera, który mówi o światowości jako o najgorszym złu, jakie może spotkać Kościół. To wzbudziło we mnie pragnienie zrozumienia, czym jest światowość.
Oczywiście św. Ignacy mówi o niej w Ćwiczeniach duchownych, w trzecim ćwiczeniu pierwszego tygodnia, tam gdzie zachęca do odkrywania zwodniczych pokus świata. Temat światowości jest obecny w naszej duchowości jezuickiej. Trzy łaski, o które prosimy w tym rozmyślaniu, to żal za grzechy, czyli ból z powodu grzechów, wstyd oraz poznanie świata, szatana i jego spraw. Tak więc w naszej duchowości światowość jest czymś, co trzeba dostrzegać i traktować jako pokusę.
Powierzchowne byłoby twierdzenie, że światowość polega na prowadzeniu zbyt wygodnego i lekkomyślnego życia. To są jedynie jej następstwa. Światowość oznacza posługiwanie się kryteriami świata, kierowanie się nimi i dokonywanie wyborów według tych kryteriów. Oznacza rozeznawanie i dawanie pierwszeństwa kryteriom świata. Dlatego musimy zapytać samych siebie, jakie są te kryteria świata… I właśnie o to św. Ignacy każe prosić w trzecim ćwiczeniu. Poleca nam zwrócić się z trzema prośbami do Ojca, do Pana i do Matki Bożej. Aby pomogli nam rozpoznać te kryteria!
Każdy musi więc odkrywać, co w jego własnym życiu jest światowe. Nie wystarczy prosta, ogólna odpowiedź. W czym ja sam jestem światowy? To jest właściwe pytanie. Na przykład, nie wiem, profesor teologii może ulec światowości, jeśli nieustannie poszukuje najnowszych poglądów tylko po to, żeby zawsze być na czasie. To jest światowość. Ale przykładów mogą być tysiące. Trzeba prosić Pana, abyśmy nie dali się zwieść, kiedy staramy się rozeznać, na czym polega nasza własna światowość.
Pada kolejne pytanie: „Ojcze Święty, jesteś człowiekiem reform. W jakich reformach, oprócz reformy Kurii i Kościoła, my, jezuici, możemy najlepiej cię wspierać?”.
Myślę, że jedną z rzeczy, których Kościół najbardziej dzisiaj potrzebuje – a wynika to bardzo wyraźnie z perspektyw i celów duszpasterskich Amoris laetitia – jest rozeznawanie. Przywykliśmy do myślenia w kategoriach: „wolno albo nie wolno”. Moralność, na której opiera się Amoris laetitia, jest najbardziej klasyczną moralnością tomistyczną, moralnością św. Tomasza, a nie schyłkowego tomizmu, według którego niektórzy studiowali.
Ja również podczas swojej formacji zetknąłem się z takim sposobem myślenia: „wolno albo nie wolno, do tego miejsca wolno, a dalej już nie”. Nie wiem, czy pamiętasz – i tutaj papież spogląda na jednego z obecnych – tego kolumbijskiego jezuitę, który przyjechał wykładać nam teologię moralną w Colegio Máximo. Kiedy omawialiśmy szóste przykazanie, ktoś odważył się zapytać: „Czy narzeczeni mogą się całować?”. Czy wolno im się całować! Rozumiecie? A on odpowiedział: „Tak, tak, oczywiście! Nie ma problemu! Wystarczy, że między nimi będzie chusteczka”.
To jest pewien sposób myślenia, według którego uprawia się teologię w ogóle. Sposób myślenia oparty na wyznaczaniu granic. I nadal ponosimy tego konsekwencje. Jeśli przyjrzycie się reakcjom, jakie wywołała Amoris laetitia, zobaczycie, że najostrzejsza krytyka adhortacji dotyczy rozdziału ósmego: czy osoba rozwiedziona „może, czy nie może przystępować do Komunii?”. Tymczasem Amoris laetitia idzie w zupełnie innym kierunku, nie wdaje się w takie rozróżnienia, lecz stawia problem rozeznawania. A przecież rozeznawanie leżało już u podstaw klasycznej, wielkiej, autentycznej moralności tomistycznej.
Dlatego wkład, jakiego oczekiwałbym od Towarzystwa, polega na pomaganiu Kościołowi we wzrastaniu w umiejętności rozeznawania. Dzisiaj Kościół potrzebuje rozwijać tę umiejętność. A nam Pan dał tę łaskę właściwą naszej rodzinie zakonnej: zdolność rozeznawania.
Nie wiem, czy wiecie, ale jest coś, o czym mówiłem już podczas innych podobnych spotkań z jezuitami. Pod koniec generalatu Ledóchowskiego za szczytowe osiągnięcie duchowości Towarzystwa uchodziło Epitome.Regulowało ono wszystko, co należało robić, stanowiąc ogromną mieszaninę Formuły Instytutu, Konstytucji i reguł. Znajdowały się tam nawet przepisy dla kucharza. Wszystko było wymieszane, bez żadnej hierarchii.
Ledóchowski przyjaźnił się bardzo z opatem prymasem benedyktynów i kiedyś, odwiedzając go, przyniósł mu ten dokument. Niedługo później opat skontaktował się z nim i powiedział: „Ojcze Generale, tym dokumentem zabił Ojciec Towarzystwo Jezusowe”. I miał rację, ponieważ Epitome odbierało wszelką zdolność rozeznawania.
Potem przyszła wojna. Ojciec Janssens musiał kierować Towarzystwem w okresie powojennym i robił to dobrze, na tyle, na ile mógł, ponieważ nie było to łatwe. A później przyszła łaska generalatu Arrupego.
Pedro Arrupe, dzięki Ignacjańskiemu Centrum Duchowości, czasopismu Christus oraz nowemu impulsowi nadanemu Ćwiczeniom duchownym, odnowił tę łaskę naszej rodziny zakonnej, jaką jest rozeznawanie. Przezwyciężył Epitome i powrócił do nauczania ojców, do Fabra, do Ignacego. Trzeba tutaj docenić rolę, jaką odgrywało w tamtym czasie czasopismo Christus.
Ważną rolę odegrał również ojciec Luis González ze swoim centrum duchowości. Przemierzał całe Towarzystwo, prowadząc ćwiczenia duchowne. Otwierali nowe możliwości, wnosili świeżość w ten wymiar życia, który – jak dzisiaj widzimy – bardzo się rozwinął w Towarzystwie.
Wspominając tę historię naszej rodziny zakonnej, powiedziałbym ci, że był taki okres, kiedy utraciliśmy – a może nie tyle utraciliśmy, ile po prostu niezbyt często korzystaliśmy z niego – zmysł rozeznawania. Dzisiaj przekażcie go – przekażmy go! – Kościołowi, który tak bardzo go potrzebuje.
Ostatnie pytanie zadaje teolog z prowincji peruwiańskiej: „Chciałbym zapytać o współpracę. Jakiej pomocy udziela Towarzystwo Jezusowe podczas twojego pontyfikatu? W jaki sposób ta współpraca się rozwijała? Jak układały się twoje relacje z Towarzystwem?”.
Już od drugiego dnia po moim wyborze! Adolfo Nicolás przyszedł do mojego pokoju w Domu Świętej Marty… Wtedy rozpoczęła się współpraca. Przyszedł mnie przywitać. Byłem jeszcze w małym pokoju, który przydzielono mi na czas konklawe w Domu Świętej Marty, a nie w tym, który zajmuję obecnie. Porozmawialiśmy tam przez chwilę… Obaj generałowie, Adolfo, a teraz Arturo, bardzo mocno zaangażowali się w tę współpracę. Myślę, że w tej sprawie… Jest tutaj ojciec Spadaro…
Spadaro: Jestem tutaj.
To jest w popularnym… Myślę, że on od samego początku był świadkiem tych relacji z Towarzystwem. Gotowość do współpracy jest całkowita. A ponadto towarzyszy jej inteligencja, na przykład w sprawach dotyczących doktryny wiary. Naprawdę otrzymuję bardzo duże wsparcie.
Ale nikt nie może oskarżyć obecnego pontyfikatu o „jezuityzm”. Mówię to i sądzę, że jestem w tym szczery. Chodzi o współpracę podejmowaną dla dobra Kościoła i w duchu służby Kościołowi. Jest to współodczuwanie z Kościołem i w Kościele, z poszanowaniem charyzmatu Towarzystwa.
Dokumenty ostatniej Kongregacji Generalnej nie wymagały zatwierdzenia przez papieża. Nie uważałem tego za konieczne, ponieważ Towarzystwo jest dorosłe. A jeśli popełni jakiś błąd… to pojawią się skargi i wtedy zobaczymy, co dalej.
Myślę, że tak właśnie powinna wyglądać współpraca.
Bardzo wam dziękuję… I chciałbym wam jeszcze przypomnieć o czymś niezwykle ważnym: o praktyce otwierania sumienia przed przełożonym! Dla jezuitów jest ona prawdziwym skarbem, łaską właściwą naszej rodzinie zakonnej… Proszę was, nie rezygnujcie z niej!
Tłumaczenie OKM
Za: www.vatican.va
Copyright © Dykasterium ds. Komunikacji – Libreria Editrice Vaticana