2017.05.27 – Genua – Franciszek, Naśladujmy styl Jezusa. Słowa papieża podczas rozmowy z kapłanami, osobami konsekrowanymi i seminarzystami w Katedrze w Genui

 

Franciszek

NAŚLADUJMY STYL JEZUSA. SŁOWA PAPIEŻA PODCZAS ROZMOWY Z KAPŁANAMI, OSOBAMI KONSEKROWANYMI I SEMINARZYSTAMI W KATEDRZE W GENUI

Genua, Katedra, 27 maja 2017 r.

 

 

Papież Franciszek:

Bracia i Siostry, zachęcam was do wspólnej modlitwy za naszych braci, egipskich Koptów, którzy zostali zabici, ponieważ nie chcieli wyrzec się wiary. W jedności z nimi, z ich biskupami i z moim bratem Tawadrosem zachęcam was, abyśmy pomodlili się wspólnie w ciszy, a następnie odmówili Zdrowaś Maryjo.

[Chwila ciszy – „Zdrowaś Maryjo”]

Nie zapominajmy, że dzisiaj jest więcej chrześcijańskich męczenników niż w dawnych czasach, w pierwszych wiekach Kościoła. Jest ich więcej.

Ks. Andrea Carcasole:

Ojcze Święty, nazywam się Andrea Carcasole. Jestem wikariuszem w parafii św. Bartłomieja w dzielnicy Certosa, tutaj w Genui. Nasza parafia liczy 12 tysięcy mieszkańców. Chcielibyśmy zapytać Ojca Świętego, jakimi zasadami powinniśmy się kierować, aby prowadzić głębokie życie duchowe w naszej posłudze. Złożoność współczesnego życia, a także obowiązki administracyjne sprawiają bowiem, że żyjemy w ciągłym rozproszeniu i rozdarciu między różnymi zadaniami.

Papież Franciszek:

Dziękuję, księże Andrea, za to pytanie. Powiedziałbym, że im bardziej naśladujemy styl Jezusa, tym lepiej będziemy wypełniać naszą posługę pasterzy. To jest podstawowe kryterium: styl Jezusa. Jaki był styl Jezusa jako pasterza? Jezus był zawsze w drodze. Ewangelie, każda z właściwymi sobie szczegółami, ukazują nam Jezusa nieustannie w drodze, pośród ludzi, pośród „tłumu”, jak mówi Ewangelia. Ewangelia wyraźnie rozróżnia uczniów, tłum, uczonych w Prawie, saduceuszów, faryzeuszów… Dokonuje tych rozróżnień i jest to interesujące. A Jezus przebywał pośród tłumu. Jeśli spróbujemy wyobrazić sobie rozkład dnia Jezusa, to na podstawie Ewangelii możemy powiedzieć, że większość czasu spędzał na drogach. Oznacza to bliskość ludzi, bliskość ich problemów. Nie ukrywał się przed nimi. Natomiast wieczorem często odchodził na miejsce osobne, aby się modlić, aby przebywać z Ojcem. Te dwie rzeczy, ten obraz Jezusa na drodze i na modlitwie, bardzo pomaga nam w naszym codziennym życiu. My bowiem nie tyle jesteśmy w drodze, ile żyjemy w pośpiechu. A to dwie różne rzeczy. O Jezusie można powiedzieć, że być może trochę się spieszył, kiedy zmierzał ku swojej męce: zdecydowanie udał się do Jerozolimy. Ale przyzwyczajenie do takiego szalonego życia, w którym nieustannie patrzymy na zegarek: „Muszę zrobić to, to i jeszcze tamto…” – nie jest stylem duszpasterskim. Jezus tak nie postępował. Jezus nigdy nie stał w miejscu. A jak każdy, kto jest w drodze, jest narażony na rozproszenie, na to, że będzie niejako rozrywany na różne strony. Dlatego podoba mi się to pytanie, ponieważ widać, że zadaje je człowiek, który jest w drodze, a nie stoi w miejscu. Nie powinniśmy bać się ruchu ani rozproszenia, jakie niesie nasza epoka. Najbardziej powinniśmy obawiać się czegoś innego: życia w bezruchu. Życia kapłana, który ma wszystko doskonale poukładane, uporządkowane, zaplanowane, wszystko na swoim miejscu, ustalone godziny: o której otwiera się kancelaria, o której zamyka się kościół… Boję się takiego kapłana, który stoi w miejscu. Boję się! Nawet jeśli w ten sposób traktuje modlitwę: modlę się od tej do tej godziny. A czy nie masz czasem ochoty zostać z Panem o godzinę dłużej, żeby na Niego patrzeć i pozwolić, aby On patrzył na ciebie? Takie pytanie zadałbym kapłanowi, który stoi w miejscu i ma wszystko doskonale zorganizowane. Powiedziałbym, że życie tak bardzo podporządkowane ustalonemu planowi nie jest życiem chrześcijańskim. Być może taki proboszcz jest dobrym przedsiębiorcą, ale pytam: czy jest chrześcijaninem? A przynajmniej czy żyje po chrześcijańsku? Owszem, odprawia Mszę świętą, ale czy jego styl życia jest chrześcijański? A może jest człowiekiem wierzącym, dobrym człowiekiem, żyje w łasce Bożej, ale postępuje jak przedsiębiorca? Jezus był zawsze człowiekiem drogi, człowiekiem wędrującym, otwartym na Boże niespodzianki. Natomiast kapłan, który ma wszystko zaplanowane i uporządkowane, jest na ogół zamknięty na Boże niespodzianki i traci radość, jaką przynosi nieoczekiwane spotkanie. Pan przychodzi do ciebie wtedy, kiedy się Go nie spodziewasz, ale musisz być otwarty. Pierwsze kryterium brzmi zatem: nie bać się tego napięcia, w którym przychodzi nam żyć. Jesteśmy w drodze, taki jest świat. Jest to oznaka życia, żywotności. Ojciec, matka, wychowawca są nieustannie narażeni na takie sytuacje i żyją w tym napięciu. Serce, które kocha i daje siebie, zawsze będzie żyło w ten sposób, wystawione na takie napięcie. Ktoś może nawet wpaść na pomysł: „Ach, zostanę kapłanem klauzurowym albo siostrą klauzurową i wtedy nie będę doświadczać tego napięcia”. Ale nawet ojcowie pustyni udawali się na pustynię po to, aby jeszcze bardziej walczyć. Właśnie ta walka, to napięcie.

Sądzę, że powinniśmy zastanowić się tutaj nad kilkoma sprawami. Jeśli patrzymy na Jezusa, Ewangelie ukazują nam dwa ważne momenty, które stanowią fundament. Mówiłem o tym na początku, a teraz do tego wracam: spotkanie z Ojcem i spotkanie z ludźmi. Większość osób, które spotykał Jezus, stanowili ludzie potrzebujący pomocy: chorzy, opętani, grzesznicy, a także ludzie wykluczeni, trędowaci. I spotkanie z Ojcem. W spotkaniu z Ojcem i z braćmi rodzi się to napięcie. Wszystko trzeba przeżywać w perspektywie spotkania. Ty, kapłanie, spotykasz się z Bogiem, z Ojcem, z Jezusem w Eucharystii, z wiernymi: spotykasz się. Nie ma muru, który uniemożliwiałby spotkanie, nie ma zbyt sztywnych formalności, które stawałyby mu na przeszkodzie. Weźmy na przykład modlitwę. Możesz spędzić godzinę przed tabernakulum, ale nie spotkać Pana, odmawiając modlitwy jak papuga. W ten sposób tracisz czas! Jeśli się modlisz, módl się i spotykaj Pana. Trwaj w ciszy, pozwól, aby Pan na ciebie patrzył. Powiedz coś Panu, poproś Go o coś. Milcz, słuchaj, co mówi, co daje ci odczuć… Spotkanie. Tak samo jest z ludźmi. My, kapłani, wiemy, jak bardzo cierpią ludzie, kiedy przychodzą do nas po radę albo z jakąkolwiek prośbą. „O co chodzi?… Tak, tak, ale teraz nie mam czasu, nie…”. Pośpiech, a nie bycie w drodze. Na tym polega różnica. Ten, kto stoi w miejscu i ten, kto nieustannie się spieszy, nigdy się nie spotykają. Znałem pewnego dobrego kapłana, człowieka niezwykle uzdolnionego. Był profesorem literatury na bardzo wysokim poziomie, sam również był poetą i doskonale znał literaturę. Kiedy przeszedł na emeryturę – był zakonnikiem – poprosił swojego prowincjała, aby skierował go do parafii w dzielnicy slumsów, wśród najuboższych. Człowiek o takiej kulturze udał się tam, aby pełnić tę posługę, z prawdziwym pragnieniem spotkania. Był człowiekiem modlitwy. Chciał nadal spotykać Jezusa i spotykać ludzi, których wcześniej nie znał: ludzi ubogich. Poszedł tam z wielką wielkodusznością. Należał do tej samej wspólnoty zakonnej co ja. Prowincjał powiedział mu: „Jeden dzień w tygodniu masz spędzać we wspólnocie”. Przychodził więc regularnie, rozmawiał z nami wszystkimi, spowiadał się, korzystał z pobytu i wracał. Pewnego dnia powiedział mi: „Ale tym teologom czegoś brakuje”. Zapytałem: „Czego im brakuje?”. „Na przykład profesor eklezjologii powinien sformułować dwie nowe tezy”. „Ach tak? Jakie?”. A on powiedział: „Lud Boży, czyli parafianie, jest ontologicznie męczący, a metafizycznie, z samej swej istoty, olimpijsko niezależny”. Co znaczy „olimpijsko niezależny”? Że robi, co chce. Możesz im udzielać rad, ale czy z nich skorzystają, to już inna sprawa… Kiedy pracujesz z ludźmi, ludzie cię męczą, a czasami nawet trochę nużą. Ale to jest Lud Boży!

Pomyślcie o Jezusie, którego ciągnięto raz w jedną, raz w drugą stronę. Pomyślcie o Jezusie, kiedy pewnego razu szedł drogą i zapytał: „Kto Mnie dotknął?”. „Nauczycielu, co Ty mówisz? Zobacz, ilu ludzi Cię otacza!”. „Ktoś Mnie dotknął”. „Ale popatrz…”. Ludzie zawsze męczą. Trzeba pozwolić, aby ludzie nas męczyli. Nie bronić zbyt mocno własnego spokoju. Idę do konfesjonału, jest kolejka, a ja miałem zamiar wyjść… Nie chodzi o Mszę świętą, ale o coś, co mogłem zrobić albo nie. Miałem więc taki plan, patrzę na zegarek i co robię? Mam wybór: zostaję w konfesjonale i spowiadam dalej, aż skończy się kolejka, albo mówię ludziom: „Mam inne zobowiązanie, przykro mi, do widzenia”. Zawsze chodzi o spotkanie z ludźmi. Ale to spotkanie z ludźmi wymaga wielkiego umartwienia, jest krzyżem! Spotykanie ludzi jest krzyżem, bo może w parafii znajdzie się jedna, dwie czy dziesięć osób, starszych pań, które upieką ci ciasto i przyniosą, takie dobre kobiety… Ale ile ludzkich dramatów musisz oglądać! A to męczy duszę i prowadzi cię do modlitwy wstawienniczej.

Wskazałbym te dwie sprawy związane z tym napięciem. Są bardzo ważne. Jednym ze znaków, że nie idziemy dobrą drogą, jest sytuacja, kiedy kapłan zbyt dużo mówi o sobie. Zbyt dużo! O tym, co robi, co lubi robić… Jest skupiony na sobie. To znak, że nie jest człowiekiem spotkania, lecz co najwyżej człowiekiem lustra. Lubi się przeglądać, podziwiać własne odbicie. Musi wypełniać pustkę swojego serca, mówiąc o sobie. Natomiast kapłan, który żyje spotkaniem z Panem na modlitwie i z ludźmi aż do końca dnia, jest wyczerpany, jak mówił św. Alojzy Orione, „jak stara szmata”. Ktoś może powiedzieć: „Ale Panie, potrzebuję jeszcze innych rzeczy…”. Jesteś zmęczony? Idź dalej. To zmęczenie jest świętością, pod warunkiem, że towarzyszy mu modlitwa. W przeciwnym razie może być również zmęczeniem wynikającym ze skupienia na sobie. Wy, kapłani, powinniście zrobić sobie z tego rachunek sumienia. Czy jestem człowiekiem spotkania? Czy jestem człowiekiem tabernakulum? Czy jestem człowiekiem drogi? Czy jestem człowiekiem, który potrafi słuchać? A może kiedy ktoś zaczyna mi coś opowiadać, natychmiast odpowiadam: „Tak, tak, sprawa wygląda tak i tak…”. Czy pozwalam, aby ludzie mnie męczyli? Taki był Jezus. Nie ma gotowych recept. Jezus miał pełną świadomość, że Jego życie jest dla innych: dla Ojca i dla ludzi, a nie dla Niego samego. Dawał siebie, dawał siebie: dawał siebie ludziom, dawał siebie Ojcu na modlitwie. Całe swoje życie przeżywał jako misję: „Zostałem posłany przez Ojca, aby mówić o tych sprawach…”.

Nie pomaga nam również słabe poczucie więzi z diecezją. Ale o tym powiem, odpowiadając na inne pytanie.

Wszystkim nam, kapłanom, dobrze zrobi przypomnienie sobie, że tylko Jezus jest Zbawicielem. Nie ma innych zbawicieli. Warto też pomyśleć, że Jezus nigdy, przenigdy nie przywiązywał się do struktur, lecz zawsze do relacji. Jeśli kapłan dostrzega, że jego życie i postępowanie są zbyt mocno związane ze strukturami, coś jest nie w porządku. Jezus tak nie postępował. Jezus budował relacje. Kiedyś słyszałem pewnego człowieka Bożego – sądzę, że zostanie rozpoczęty jego proces beatyfikacyjny – który mówił: „W Kościele trzeba żyć według zasady: minimum struktur dla maksimum życia, a nigdy maksimum struktur dla minimum życia”. Bez relacji z Bogiem i bliźnimi nic w życiu kapłana nie ma sensu. Zrobisz karierę, zostaniesz przeniesiony tu albo tam, dostaniesz parafię, która ci się podoba, albo twoje nazwisko znajdzie się wśród trzech kandydatów na biskupa. Zrobisz karierę. Ale co z sercem? Pozostanie puste, ponieważ przywiązałeś je do struktur, a nie do najważniejszych relacji: z Ojcem, z Bogiem, z Jezusem i z ludźmi. Taka jest mniej więcej moja odpowiedź dotycząca kryteriów, które chciałem wam wskazać. „Ależ Ojcze, Ojciec Święty nie jest nowoczesny… Te kryteria są stare…”. Takie jest życie, synu! To dawne kryteria Kościoła są nowoczesne, ultranowoczesne!

Ks. Pasquale Revello:

Jestem księdzem Pasquale Revello, proboszczem. Pracuję w Recco, pięknym nadmorskim miasteczku, w parafii św. Jana Chrzciciela, liczącej siedem tysięcy mieszkańców. Ojcze Święty, chcielibyśmy lepiej przeżywać braterstwo kapłańskie, tak bardzo zalecane przez naszego kardynała arcybiskupa i rozwijane poprzez spotkania diecezjalne i dekanalne, pielgrzymki, dni skupienia i rekolekcje oraz tygodnie wspólnego życia. Czy Ojciec Święty mógłby nam udzielić kilku wskazówek?

Papież Franciszek:

Dziękuję, księże Pasquale. Ile ksiądz ma lat?

Ks. Pasquale: Skończyłem 81 lat.

Papież Franciszek: Jesteśmy rówieśnikami! Ale muszę się księdzu do czegoś przyznać: słuchając, jak ksiądz mówi, dałbym księdzu o dwadzieścia lat mniej!

Braterstwo. To piękne słowo, ale nie jest notowane na giełdzie. To słowo nie jest notowane na giełdzie. Braterstwo między nami jest bardzo trudne. Braterstwo kapłańskie wymaga codziennej pracy. Być może nawet tego nie zauważamy, ale grozi nam tworzenie obrazu kapłana, który wszystko wie i nie potrzebuje, żeby ktokolwiek mu coś mówił: „Wiem wszystko, wszystko wiem”. Dzisiaj dzieci powiedziałyby: „To ksiądz Google albo Wikipedia!”. Wszystko wie. A taka samowystarczalność bardzo szkodzi życiu kapłańskiemu. Taki kapłan mówi: „Po co tracić czas na zebrania?…”. Ileż razy zdarza się, że jestem na zebraniu, współbrat kapłan mówi, a ja krążę gdzieś po orbicie własnych myśli, zastanawiam się, co muszę zrobić jutro… Pozostawiam wam pytanie: a gdyby biskup powiedział: „Wiecie, że od przyszłego roku wzrośnie udział środków z ośmiu promili podatku przeznaczanych na kapłanów?”, wtedy natychmiast wrócilibyście z tej „orbity”, bo poruszono coś, co dotyka waszego serca! To cię interesuje? A to, co mówi młody kapłan, starszy kapłan albo kapłan w średnim wieku, już cię nie interesuje? Warto postawić sobie pytanie: kiedy podczas zebrania czuję, że jestem daleko od tego, co mówi drugi człowiek, albo mnie to nie interesuje, powinienem zapytać siebie: „Dlaczego mnie to nie interesuje? Co mnie właściwie interesuje? Gdzie są drzwi prowadzące do serca tego współbrata, który mówi o swoim życiu, a przecież jest ono dla mnie bogactwem?”. Braterstwo kapłańskie jest prawdziwą ascezą! Braterstwo. Słuchać się nawzajem, wspólnie się modlić… A potem zjeść razem dobry obiad, wspólnie świętować… Młodzi kapłani mogą razem zagrać w piłkę… To dobrze robi! Dobrze robi. Bracia. Braterstwo tak bardzo ludzkie. Postępować wobec kapłanów należących do tego samego prezbiterium tak, jak postępowałem wobec własnych braci. W tym tkwi tajemnica. Ale jest egoizm. Musimy odzyskać poczucie braterstwa, o którym wprawdzie się mówi, ale które jeszcze nie zakorzeniło się w sercach prezbiteriów, nie zakorzeniło się głęboko. W niektórych trochę bardziej, w innych mniej, ale musi zakorzenić się mocniej. To, co spotyka drugiego, dotyczy również mnie. To, co mówi współbrat, może mi pomóc rozwiązać jakiś mój problem. „Ale on myśli inaczej niż ja…”. Posłuchaj go! I weź z tego to, co może ci się przydać. Bracia są dla siebie nawzajem bogactwem. To właśnie otwiera serce: odzyskanie poczucia braterstwa. To bardzo poważna sprawa. My, kapłani, my, biskupi, nie jesteśmy Panem. Nie. Panem jest On. My jesteśmy uczniami Pana i musimy sobie nawzajem pomagać. Nawet się sprzeczać, tak jak sprzeczali się uczniowie, kiedy zastanawiali się, kto z nich jest największy. Nawet się sprzeczać. Dobrze jest czasem usłyszeć dyskusję podczas spotkań kapłańskich, ponieważ jeśli jest dyskusja, jest wolność, jest miłość, jest zaufanie, jest braterstwo! Nie bójcie się. Trzeba raczej bać się czegoś przeciwnego: nie powiedzieć niczego otwarcie, a potem za plecami: „Słyszałeś, co powiedział ten głupek? Słyszałeś, jaki niedorzeczny pomysł?”. Obgadywanie, wzajemne obdzieranie ze skóry, rywalizacja… Powiem wam coś… Trzy razy zastanawiałem się, czy mogę to powiedzieć. Tak, mogę. Nie wiem, czy powinienem, ale mogę. Wiecie, że przy mianowaniu biskupa zasięga się opinii kapłanów, a także wiernych i osób konsekrowanych na temat danego księdza. W kwestionariuszu przesyłanym przez nuncjusza zaznacza się, że wszystko jest tajne. Nikomu nie wolno mówić, że ten kapłan jest rozważany jako kandydat na biskupa. Zbiera się więc informacje. Niekiedy pojawiają się prawdziwe oszczerstwa albo opinie, które wprawdzie nie są poważnymi oszczerstwami, ale podważają dobre imię kapłana. I od razu widać, że kryje się za tym rywalizacja, zazdrość, zawiść… Kiedy brakuje braterstwa kapłańskiego, dochodzi do czegoś – to mocne słowo – do zdrady. Zdradza się brata. Sprzedaje się brata. Żeby samemu awansować. Obdziera się brata ze skóry. Pomyślcie o tym, zróbcie sobie rachunek sumienia. Pytam was: ile razy podczas zebrania mówiłem dobrze o współbraciach kapłanach, którzy myślą inaczej niż ja albo których nie lubię, i naprawdę ich słuchałem? Ile razy, gdy tylko zaczynali mówić, zamykałem uszy? A ile razy krytykowałem ich za plecami, obskubywałem z piór, obdzierałem ze skóry? Wielkim wrogiem braterstwa kapłańskiego jest obgadywanie z zawiści, zazdrości, dlatego że ktoś mi nie odpowiada albo myśli inaczej. I wtedy ideologia staje się ważniejsza od braterstwa, ideologia staje się ważniejsza od doktryny… Ale dokąd doszliśmy? Pomyślcie. Obgadywanie czy złe osądzanie braci to „choroba zamknięcia”: im bardziej zamykamy się we własnych interesach, tym bardziej krytykujemy innych. I nigdy nie pragnijcie mieć ostatniego słowa. Ostatnim słowem będzie to, które samo wyłoni się z dyskusji, albo wypowie je biskup. Ja natomiast mówię, co myślę i słucham innych.

Kiedy kapłani chorują fizycznie, odwiedzamy ich, pomagamy im… Ale gorzej jest, kiedy cierpią na zaburzenia psychiczne albo kiedy upadają moralnie. Czy podejmuję za nich pokutę? Czy modlę się za nich? Czy staram się do nich zbliżyć, aby podać im rękę, ukazać im miłosierne spojrzenie Ojca? Czy może od razu biegnę do innego znajomego i mówię: „Wiesz? Dowiedziałem się o nim tego i tego…”. I jeszcze bardziej go oczerniam. Ale jeśli ten biedak padł ofiarą szatana, czy ty też chcesz go pognębić? To nie są bajki. Takie rzeczy się zdarzają, naprawdę się zdarzają.

Jest jeszcze coś, co może nam pomóc: świadomość, że nikt z nas nie jest wszystkim. Wszyscy jesteśmy częścią jednego ciała, Ciała Chrystusa, Kościoła, tego Kościoła partykularnego. Kto uważa, że jest wszystkim, że zawsze ma rację albo, że należy mu się takie czy inne stanowisko, myli się. Ale tego trzeba uczyć się już w seminarium. Wiem, że są tutaj przełożeni seminariów, wychowawcy i ojcowie duchowni. To bardzo ważne. Jeden z waszych dobrych arcybiskupów, kardynał Canestri, mówił, że Kościół jest jak rzeka: najważniejsze, żeby być w jej nurcie. Możesz znajdować się pośrodku, trochę bardziej na prawo albo trochę bardziej na lewo, ale jeśli pozostajesz w rzece, jest to uprawniona różnorodność. Najważniejsze, żeby być w rzece. A my często chcemy, żeby rzeka zwęziła się tylko do naszego brzegu, i potępiamy innych… To nie jest braterstwo. Wszyscy w rzece. Wszyscy. Tego trzeba uczyć się w seminarium. Dlatego radzę wychowawcom: jeśli widzicie seminarzystę dobrego, inteligentnego, który sprawia wrażenie porządnego człowieka i rzeczywiście nim jest, ale jest plotkarzem, wyrzućcie go. Bo później stanie się zagrożeniem dla braterstwa kapłańskiego. Jeśli się nie poprawi, wyrzućcie go. Od samego początku. Jest takie przysłowie, nie wiem, jak brzmi po włosku: „Wychowuj kruki, a wydziobią ci oczy”. Jeśli w seminarium wychowujecie takie „kruki”, które plotkują, zniszczą każde prezbiterium, wszelkie braterstwo między kapłanami.

Są też rozmaite próby, na przykład relacje między proboszczem a wikariuszem. Czasami naturalnie dobrze się rozumieją, mają podobne usposobienie. Ale często bardzo się różnią, bo jeden jest po jednej stronie rzeki, a drugi po drugiej. Jednak obaj są w rzece. Starajcie się wzajemnie rozumieć, kochać i rozmawiać ze sobą… Najważniejsze, żeby pozostać w rzece. Ważne jest też, aby nie obgadywać drugiego i dążyć do jedności. Powinniśmy czerpać ze światła, bogactwa, darów i charyzmatów każdego człowieka. To ważne. Ojcowie pustyni wiele nas uczą o braterstwie, przebaczeniu i wzajemnej pomocy. Pewnego razu do abby Pafnucego przyszło kilku mnichów. Niepokoił ich grzech popełniony przez jednego ze współbraci, więc przyszli prosić o radę. Ale zanim do niego dotarli, długo między sobą plotkowali. Abba Pafnucy wysłuchał ich i powiedział: „Widziałem kiedyś nad brzegiem rzeki człowieka, który ugrzązł w błocie po kolana. Kilku braci chciało mu pomóc, ale sprawili, że zapadł się aż po szyję”. Bywa taka „pomoc”, która w rzeczywistości zmierza do zniszczenia człowieka, a nie do udzielenia mu wsparcia. Jest jedynie pomocą na pokaz. Tak właśnie dzieje się zawsze w przypadku obgadywania. Kiedy stajemy wobec grzechów czy złych czynów naszych braci, które zagrażają braterstwu, bardzo pomoże nam postawienie sobie pytania: „Ile razy mnie samemu przebaczono?”. To pomaga.

Dziękuję, księże Pasquale. I dziękuję za księdza młodość.

Matka Rosangela Sala, przewodnicząca Unii Wyższych Przełożonych w Ligurii:

Ojcze Święty, dziękuję. Jestem siostrą Rosangelą Salą ze Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia i reprezentuję żeńskie wspólnoty życia konsekrowanego w Ligurii. Wiemy, że Ojciec Święty ma za sobą wieloletnie doświadczenie życia konsekrowanego, przeżywanego w różnych okolicznościach i podczas pełnienia rozmaitych funkcji. Co Ojciec Święty może nam powiedzieć, abyśmy coraz pełniej przeżywały nasze powołanie w odniesieniu do charyzmatu, apostolatu oraz naszej diecezji, która jest Kościołem?

Papież Franciszek:

Dziękuję, Matko. Znam matkę Rosangelę od wielu lat… To dobra kobieta, ale ma jedną wadę. Mogę powiedzieć? Jeździ samochodem sto czterdzieści na godzinę! [śmieje się, śmiech zgromadzonych]. Lubi szybką jazdę, ale jest dobra.

Użyła Matka słowa, które bardzo mi się podoba, bardzo mi się podoba: więź z diecezją. To coś więcej niż słowo. To wymiar życia, który chciałbym powiązać z poprzednimi pytaniami. Wymiar naszego życia w Kościele, ponieważ więź z diecezją chroni nas przed abstrakcją, nominalizmem, przed wiarą trochę gnostycką albo taką, która jedynie „unosi się w powietrzu”. Diecezja jest tą częścią Ludu Bożego, która ma konkretne oblicze. W diecezji widzimy oblicze Ludu Bożego. Diecezja tworzyła historię, tworzy ją i będzie tworzyć. Wszyscy jesteśmy związani z diecezją. To pomaga nam, aby nasza wiara nie była tylko teorią, lecz przekładała się na życie. A wy, osoby konsekrowane, jesteście darem dla Kościoła, ponieważ każdy charyzmat jest darem dla Kościoła, dla Kościoła powszechnego. Warto jednak zauważyć, że każdy charyzmat, wszystkie charyzmaty rodzą się w konkretnym miejscu i są ściśle związane z życiem konkretnej diecezji. Charyzmaty nie rodzą się w powietrzu, ale w określonym miejscu. Później charyzmat rozwija się, rozwija i rozwija, nabierając charakteru coraz bardziej powszechnego, ale u swoich początków zawsze jest zakorzeniony w konkretnej rzeczywistości. Warto pamiętać, że nie ma charyzmatu bez konkretnego doświadczenia założycielskiego. Zwykle nie jest ono związane z misją obejmującą cały świat, lecz z diecezją, z określonym miejscem. Później charyzmat staje się powszechny, ale na początku, u korzeni… Pomyślmy o franciszkanach. Kiedy ktoś mówi: „Jestem franciszkaninem”, jakie miejsce przychodzi nam na myśl? Asyż! Natychmiast! „Ale przecież jesteśmy na całym świecie!”. Tak, jesteście wszędzie, to prawda, ale macie konkretne miejsce pochodzenia. A intensywne przeżywanie charyzmatu oznacza pragnienie wcielania go w życie w konkretnym miejscu.

Charyzmat musi wcielać się w życie. Rodzi się w konkretnym miejscu, a potem rozwija się i nadal znajduje swoje urzeczywistnienie w kolejnych miejscach. Trzeba jednak zawsze wracać do pytania, gdzie się narodził, w jaki sposób, w jakim mieście, w jakiej dzielnicy, z którym założycielem czy założycielką, jak się kształtował… To uczy nas kochać ludzi żyjących w określonych miejscach, kochać konkretnych ludzi, mieć konkretne ideały. Takie zakorzenienie daje więź z diecezją. To ona nadaje konkretność życiu Kościoła. Nie oznacza to niszczenia charyzmatu. Nie! Pomaga mu stawać się bardziej rzeczywistym, widocznym i bliskim ludziom. Co pewien czas, zwykle co sześć lat, osoby konsekrowane zbierają się na kapitule. Przybywają z różnych miejsc, w których żyją swoim charyzmatem i to przyczynia się do rozwoju instytutu. Ale korzenie zawsze pozostają związane z diecezją: z różnymi diecezjami, w których charyzmat się narodził i do których później dotarł. Na tym polega konkretność. Kiedy instytut zakonny rozwija się i rozszerza swoją działalność, ale zapomina o zakorzenieniu w konkretnych miejscach, w konkretnych diecezjach, w końcu zapomina również o miejscu swoich narodzin i o charyzmacie założycielskim. Staje się organizacją o charakterze światowym, trochę na wzór Organizacji Narodów Zjednoczonych. „Tak, zorganizujmy światowe spotkanie, wszyscy razem…”. Ale brakuje wtedy tego konkretnego związku z diecezją: z miejscem, w którym narodził się charyzmat i z miejscami, do których później dotarł i zakorzenił się w tamtejszych Kościołach partykularnych. Nie istnieją instytuty zakonne unoszące się w powietrzu! A jeśli ktoś ma takie ambicje, źle skończy. Korzenie muszą zawsze tkwić w diecezji. I tutaj pojawia się niełatwa relacja między zakonnikami i osobami konsekrowanymi a biskupami. Obecnie trwają prace nad nową wersją dokumentu Mutuae relationes, który ma już czterdzieści lat i najwyższy czas go zrewidować. Zawsze bowiem pojawiają się konflikty, również takie, które towarzyszą rozwojowi i mogą być dobre, ale także inne, niezbyt dobre. Ważne jest jednak to, że charyzmat, który nie traktuje poważnie związku z diecezją i zamyka się wyłącznie w sprawach wewnętrznych, prowadzi do duchowości skupionej na sobie, a nie do duchowości powszechnej, właściwej Kościołowi Jezusa Chrystusa.

Bardzo spodobało mi się to słowo, Matko: więź z diecezją. Z diecezją, w której charyzmat się narodził, i z diecezjami, w których zakorzenia się podczas swojego rozwoju.

Druga sprawa, którą chciałbym podkreślić, to dyspozycyjność. Gotowość pójścia tam, gdzie istnieje większe ryzyko, gdzie są większe potrzeby, gdzie pomoc jest najbardziej konieczna. Nie po to, żeby troszczyć się o samych siebie, lecz aby dzielić się charyzmatem i zakorzeniać go tam, gdzie jest najbardziej potrzebny. Często używam słowa „peryferie”, ale mam na myśli wszystkie peryferie, nie tylko obszary ubóstwa. Wszystkie. Również peryferie myślenia. Wszystkie. Trzeba w nie wchodzić. Te peryferie przypominają miejsca, w których narodził się pierwotny charyzmat. Kiedy mówię o dyspozycyjności, mam na myśli również przegląd prowadzonych dzieł. To prawda, że czasami dokonuje się go dlatego, że brakuje personelu i trzeba coś zmienić. Ale nawet wtedy, kiedy są ludzie, kiedy nie brakuje personelu, należy zapytać: czy nasz charyzmat jest potrzebny w tej diecezji albo w tej jej części? A może bardziej potrzebny byłby gdzie indziej, a tutaj mógłby przyjść ktoś z innym charyzmatem, aby służyć pomocą? Trzeba być gotowym iść dalej, zawsze dalej. Deus semper maior – Bóg jest zawsze większy. Zawsze iść dalej, dalej… Być dyspozycyjnym i nie bać się ryzyka, oczywiście przy zachowaniu roztropności w zarządzaniu, ale… To jest ważne. Wskazałbym więc te dwie sprawy: więź z diecezją i dyspozycyjność. Więź z diecezją jako odniesienie do początków charyzmatu oraz dyspozycyjność, która pozwala mu się rozwijać i zakorzeniać w kolejnych diecezjach. To właśnie chciałem powiedzieć, nawiązując do słowa użytego przez Matkę: więź z diecezją. Dziękuję.

O. Andrea Caruso OFMCap:

Ojcze Święty, nazywam się brat Andrea Caruso. Jestem kapłanem Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów z Ligurii. Chciałbym zapytać: jak przeżywać i jak stawiać czoło powszechnemu spadkowi liczby powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego?

Papież Franciszek:

Dziękuję. Mówi się o franciszkanach, że ciągle się zbierają. Jest nawet takie powiedzenie: „Quando non sono in capitolo, sono in versetto” («Kiedy nie obradują na kapitule, to siedzą nad wersetem» – gra słów; „capitolo” po włosku oznacza zarówno kapitułę jak i rozdział książki, przyp. tłumacza). Zawsze mają jakieś zebranie, zawsze gdzieś się spotykają.

A więc spadek liczby powołań. Istnieje problem demograficzny: spadek liczby urodzeń we Włoszech. Jesteśmy poniżej zera, a jeśli nie ma chłopców i dziewcząt, nie będzie również powołań. W czasach, kiedy rodziny były liczniejsze, łatwiej było o powołania. Spadek ich liczby jest więc także następstwem niżu demograficznego. To nie jedyna przyczyna, ale musimy o niej pamiętać. Dziś łatwiej żyć z kotem czy psem niż z dziećmi. Bo w ten sposób zapewniam sobie miłość, którą mogę zaplanować: zwierzęta nie są wolne, wychowuję je do pewnego stopnia, nawiązuję z nimi relację, czuję, że towarzyszy mi kot czy pies, a nie dzieci. Tak mówi mi jeden z moich współpracowników, który ma troje dzieci [śmieje się]. Tak, to prawda. W każdej epoce powinniśmy patrzeć na to, co się dzieje jako na przejście Pana. Dzisiaj Pan przechodzi pośród nas i stawia nam pytanie: „Co się dzieje?”. Co się dzieje? Spadek liczby powołań jest faktem. Ale ja stawiam sobie inne pytanie: co Pan mówi nam dzisiaj albo czego od nas oczekuje? Kryzys powołań dotyka całego Kościoła, wszystkich powołań: kapłańskich, zakonnych, świeckich, małżeńskich… Pomyślcie o powołaniu do małżeństwa, które jest tak piękne. Młodzi się nie pobierają, żyją razem, wolą taki sposób życia. To kryzys obejmujący różne dziedziny i właśnie tak powinniśmy na niego patrzeć. Dotyka wszystkich, również powołania do małżeństwa. Jest to kryzys powszechny. Dlatego jest to czas, aby pytać, pytać Pana i samych siebie: co powinniśmy zrobić? Co powinniśmy zmienić? Stawianie czoła problemom jest konieczne, a uczenie się na nich jest naszym obowiązkiem. Musimy uczyć się również z problemów. Szukać odpowiedzi, która nie będzie uproszczona, która nie będzie próbą „zdobywania” powołań.

W Kościele tutaj, we Włoszech, wydarzyło się coś bardzo niedobrego. Mówię mniej więcej o latach dziewięćdziesiątych. Niektóre zgromadzenia, które nie miały domów na Filipinach, jeździły tam, sprowadzały stamtąd dziewczęta, rozpieszczały je, a one przyjeżdżały. Dobre, porządne dziewczęta… Ale później większość odchodziła. Pamiętam, że podczas synodu w 1994 roku biskupi filipińscy wystosowali list pasterski zakazujący takich praktyk. Zgromadzenia, które nie mają domów na Filipinach, nie mogą tego robić. To po pierwsze. Po drugie: formacja początkowa musi odbywać się w kraju pochodzenia. Później można wyjechać do innego kraju, ale formacja początkowa musi odbywać się we własnym kraju. Pamiętam, jakby to było dzisiaj, chyba w „Corriere della Sera” ukazał się wielki tytuł: „Handel nowicjuszkami”. To był skandal. Podobnie działo się w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej. Myślę o pewnym zgromadzeniu… Wsiadano do autobusu, jeżdżono do ubogich miejscowości i przekonywano dziewczęta, aby przyjechały do Buenos Aires i zostały nowicjuszkami. Przyjeżdżały. A później wszystko kończyło się źle. Tutaj, we Włoszech, w Rzymie – mówię o sytuacji sprzed piętnastu lat – dowiedziałem się o tym od niektórych zgromadzeń, które jeździły do dawnych krajów komunistycznych Europy Środkowej w poszukiwaniu powołań. Szukano dziewcząt w ubogich krajach… Przyjeżdżały, ale nie miały powołania. Nie chciały jednak wracać. Niektóre znajdowały pracę, a inne, biedaczki, kończyły na ulicy jako prostytutki.

Praca na rzecz powołań jest trudna, ale trzeba ją podejmować. To wyzwanie. Musimy wykazywać się pomysłowością w duszpasterstwie powołań. Niedawno byli u mnie na spotkaniu – przed waszą kapitułą w prowincji Marchii przyjechali do mnie. Prawie wszyscy. Urządzili coś w rodzaju kapituły przygotowawczej z papieżem. Tylu młodych! „Skąd macie tyle powołań?”. „Nie wiem, staramy się żyć tak, jak chciał św. Franciszek”. Wierność charyzmatowi założycielskiemu. Kiedy zgromadzenia są wierne swojemu charyzmatowi założycielskiemu i przeżywają go z taką miłością, która ukazuje jego aktualność i piękno, to przyciąga. A potem świadectwo. Jeśli chcemy, aby byli zakonnicy, siostry zakonne i kapłani, musimy dawać świadectwo, że jesteśmy szczęśliwi, naprawdę szczęśliwi. I że kończymy życie szczęśliwi z powodu wyboru, którego Jezus dokonał, powołując nas. Świadectwo radości, również w sposobie życia. Są osoby konsekrowane, kapłani, biskupi, którzy są chrześcijanami, ale żyją jak poganie. Młody człowiek patrzy na nich i mówi: „Nie, taki nie chcę być!”. To odpycha ludzi. Ważne jest również nawrócenie duszpasterskie i misyjne. Jedną z rzeczy, których młodzi ludzie dzisiaj bardzo poszukują, jest misyjność. Gorliwość apostolska. Chcą widzieć w świadku wielką gorliwość apostolską, człowieka, który nie żyje dla siebie, ale dla innych, który oddaje swoje życie, naprawdę je oddaje. Kiedyś – dowiedziałem się o tym niedługo po tym, jak zostałem biskupem, w 1992 roku – usłyszałem, że pewne zgromadzenie sióstr zakonnych z okolicy Buenos Aires, gdzie byłem biskupem pomocniczym, remontuje swój dom. Prowadziły bardzo bogatą szkołę, bardzo bogatą. Miały pieniądze. I słusznie postanowiły trochę odnowić dom zakonny. Zrobiły to porządnie, nawet z osobnymi łazienkami. Pomyślałem sobie: dobrze, jeśli wszystko będzie skromne, to dzisiaj pewne współczesne udogodnienia też są ważne, nie ma w tym nic złego… Ale ostatecznie zbudowały luksusowy pałac dla sióstr. A do tego – mówię o roku 1992, dzisiaj być może byłoby to bardziej zrozumiałe, choć nie wiem, czy dobre, ale nie budziłoby takiego zgorszenia – w każdym pokoju siostry umieszczono telewizor. Jaki był rezultat? Między drugą a czwartą po południu nie można było znaleźć w szkole ani jednej siostry. Każda siedziała w swoim pokoju i oglądała serial telewizyjny. Światowość. Światowość duchowa. A ludzie, młodzi ludzie, oczekują świadectwa autentyczności, gorliwości apostolskiej, zgodności życia z charyzmatem. Musimy również zdać sobie sprawę, że przez takie postępowanie sami wywołujemy niektóre kryzysy powołań. My sami jesteśmy ich przyczyną. Potrzebne jest nawrócenie duszpasterskie, nawrócenie misyjne. Zachęcam was, abyście sięgnęli do tych fragmentów Evangelii gaudium, które o tym mówią, o koniecznym nawróceniu misyjnym. Takie świadectwo przyciąga powołania.

Powołania jednak są, Bóg je daje. Ale jeśli ty, kapłan, zakonnik czy siostra zakonna, jesteś ciągle zajęty i nie masz czasu słuchać młodych, którzy do ciebie przychodzą albo próbują się z tobą spotkać… „Tak, tak, jutro…”. Dlaczego? Bo młodzi bywają „męczący”, ciągle przychodzą z tymi samymi pytaniami… Jeśli nie masz czasu, znajdź kogoś innego, kto będzie mógł ich wysłuchać. Trzeba ich słuchać. Poza tym młodzi są zawsze w ruchu. Trzeba skierować ich na drogę misyjną. Mają cztery dni wolnego? Zaproście ich: chodźmy z krótką misją do tej miejscowości, do tej wioski albo jedźmy pomalować szkołę w tamtej wiosce, bo jest cała brudna… Młodzi od razu się zgłaszają. A kiedy robią takie rzeczy, Pan do nich przemawia. Świadectwo. To jest klucz. To jest klucz.

Co myśli młody człowiek, kiedy widzi kapłana, zakonnika czy siostrę zakonną? Jeśli odczuwa jakieś poruszenie Ducha Świętego, pierwsza myśl jest taka: „Chciałbym być taki jak ona, taki jak on”. Właśnie tam jest ziarno powołania. Rodzi się ono ze świadectwa. „Nigdy nie chciałbym być taki jak on!”. To jest antyświadectwo. Świadectwo daje się bez słów.

Na zakończenie opowiem wam pewną historię. W tej części Buenos Aires, w której byłem biskupem pomocniczym, jest wiele szpitali, a we wszystkich pracują siostry zakonne. W jednym z nich, niedaleko wikariatu, były trzy niemieckie siostry, bardzo stare i schorowane, należące do zgromadzenia, które nie miało już kogo przysłać na ich miejsce. Przełożona generalna rozsądnie postanowiła je odwołać. Była to roztropna decyzja, podjęta po modlitwie i rozmowie z biskupem. Wszystko odbyło się jak należy. Wtedy pewien kapłan powiedział: „Znam przełożoną generalną pewnego koreańskiego zgromadzenia Świętej Rodziny z Seulu. Mogę do niej napisać”. Napisał. „Dobrze, dobrze”. W końcu, po czterech miesiącach, przyjechały trzy siostry Koreanki. Przyjechały, powiedzmy, w poniedziałek, we wtorek trochę się urządziły, a w środę zeszły już na oddziały. Koreanki, które nie znały ani jednego słowa po hiszpańsku. Po kilku dniach wszyscy chorzy byli zachwyceni: „Jakie wspaniałe siostry! Jak pięknie do nas mówią!”. „Ale jak to – pytam – jak pięknie mówią, skoro nie znają ani słowa po hiszpańsku?”. „Nie, nie, chodzi o ich uśmiech, o to, że biorą człowieka za rękę, że go pogłaszczą…”. Język gestów! A przede wszystkim język świadectwa miłości! Widzicie, nawet bez słów można przyciągać ludzi. Świadectwo ma decydujące znaczenie dla powołań. Decydujące.

Dziękuję wam za wszystko, co robicie! Bardzo dziękuję!

Proszę was o modlitwę za mnie. Dziękuję wam za wasze życie konsekrowane, za wasze życie kapłańskie. I naprzód, naprzód! Pan jest wielki i da nam synów i wnuków w naszych zgromadzeniach i diecezjach!

Dziękuję.

A teraz udzielę wam błogosławieństwa. Idźcie naprzód z odwagą! Chciałbym jeszcze pozdrowić te cztery osoby, które miały odwagę zadać pytania.

 

Tłumaczenie OKM
Za: www.vatican.va


Copyright © Dykasterium ds. Komunikacji – Libreria Editrice Vaticana

 

 

 

 

Wpisy powiązane

2025.02.01 – Rzym – Franciszek, Homilia do osób konsekrowanych podczas pierwszych nieszporów święta Ofiarowania Pańskiego

2025.01.22 – Rzym – Franciszek, Pozdrowienie skierowane do członków Fundacji Hiltona

2025.01.04 – Rzym – Franciszek, Przemówienie do uczestniczek XV kapituły generalnej wyborczej Unii Świętej Katarzyny ze Sieny, Misjonarek Szkoły