Renè Voillaume
Przełożony Małych Braci Jezusa
MODLIĆ SIĘ ABY ŻYĆ
Les Editions du Cerf 1967, Tłumaczenie z francuskiego Warszawa1975
WSTĘP
Modlitwa Jezusa jest dla nas tajemnicą na miarę tajemnicy Jego Osoby: Osoby Syna Bożego, który stał Się człowiekiem. Jego modlitwa była niezmiennym i nie mogącym ulec zmianie obcowaniem twarzą w twarz z Ojcem, dla Niego nie istniało zagadnienie trudności w modlitwie, ani metody w modlitwie. A jednak On się modlił jako prawdziwy człowiek. Jego modlitwa w Getsemani jest tego wymownym świadectwem.
Modlitwa Jezusa była w pierwszym rzędzie modlitwą Syna Człowieczego. W rzeczywistości w swojej ludzkiej duszy i z całej swojej ludzkiej duszy modlił się do swego Ojca tak, jak my się do Niego modlimy. Toteż widzimy, jak się usuwa na miejsce samotne, żeby się modlić, nie tylko po to, aby nam dać przykład? On po prostu potrzebował tego jako człowiek.
Ale Jego modlitwa była Bosko-Synowska, ponieważ Jezus przeżywał w sposób ludzki swoje własne życie jedynego Syna Bożego. O tej modlitwie możemy tylko coś nie coś wyjąkać: była ona oddźwiękiem w Jego ludzkim rozumie oraz sercu tej wymiany poznania i miłości, który tryska nieprzerwanie w łonie samej Trójcy. Aż tutaj chce nas pociągnąć Chrystus za sobą, bo i nasza modlitwa ma być modlitwą synowską.
Jezus modlił się także jako nasz Wódz i w imieniu nas wszystkich. Ewangelia pokazuje nam, że Jego osobista modlitwa była ukształtowana – jeśli to można tak powiedzieć – przez Jego zadanie i charakter Zbawiciela. Nawet wówczas, kiedy na Taborze pozwolił przebłysnąć promieniom swego Bóstwa – to jednak mówił o swojej śmierci. Męka, Krzyż oraz ofiara z życia cechowały modlitwę Zbawiciela i tak samo powinny cechować naszą.
Część pierwsza
CZCIĆ W DUCHU I W PRAWDZIE
I. KLIMAT MODLITWY
Dlaczego mamy się modlić?
Pamiętaj, że gdy Pan Jezus wezwał cię, abyś szedł za Nim, to równocześnie wezwał cię, abyś się razem z Nim modlił. W chwili, gdy rozpoczynasz modlitwę, zapytaj samego siebie co masz zamiar robić i dlaczego?
Powinieneś się modlić przede wszystkim dlatego, że Bóg uczynił cię dla siebie i do Niego musisz powrócić, modlitwa zaś stanowi jakoby ów ciężar właściwy, który wywołuje i przyśpiesza ruch powrotny do twego Pana i Najwyższego Dobra.
Powinieneś się modlić, ponieważ Pan Jezus ukochał cię pierwszy, a twoja miłość jest odpowiedzią na Jego miłość; przyjaźń chce poufnego dialogu, w którym mógłbyś wyrazić swoją miłość i poznawać Boga przez doświadczenie i siłę miłości. Chodzi o to, by osiągnąć poznanie bardzo proste, na ogół ciemne i nie dające się wysłowić, w którym możemy zakosztować Boga i Jego spraw niekiedy wśród słodyczy, niekiedy wśród gorzkości. Dlatego modlitwa będzie nieraz tylko wołaniem, płynącym z naszej głębi i pokornym, milczącym oczekiwaniem, pełnym pragnienia, by poznać Boga tym poznaniem, które tylko Duch Święty dać nam może.
Powinieneś się modlić, ponieważ jesteś nieskończenie nędzny i mały, na to więc, aby stanąć w wewnętrznej prawdzie, musisz wyznać zależność twego jestestwa, błagając Pana, by uzupełnił twoją niewystarczalność przez swoją pełnię.
Wreszcie powinieneś się modlić, ponieważ nasz Odkupiciel Jezus powołał cię do współpracy z Sobą nad zbawieniem ludzi, nie tylko przez niesienie z Nim krzyża, ale przez stałą modlitwę i przez łączenie się z Nim w Jego modlitwie Ogrójca. Dusze ludzkie są na twojej odpowiedzialności: nigdy nie będziesz dostatecznie głęboko przekonany o tej prawdzie. Pamiętaj, że modląc się z całego serca i kosztem własnego „ja” – dajesz maximum tego, co możesz dać, aby zbawić i uświęcić ludzi, których duchowy los Jezus uznał za wskazane uzależnić od twojej nędznej współpracy. Jest to jedno z wielkich zadań twojego życia; tego zadania nic i nikt na świecie nie może ci odebrać ani przeszkodzić w jego spełnieniu.
Pamiętaj o tych rzeczach i idź się modlić.
„Czuwajcie i módlcie się”
To, co Ewangelia mówi o modlitwie, da się streścić w dwóch zasadniczych punktach: modlitwa jest obietnicą, że Bóg sam przyjdzie na nasze spotkanie w czasie oraz sposobie zależnym od Jego Woli – i ta część zadania, najważniejsza, należy do Niego: ona daje nam nadzieję, która nie może być zawiedziona, że modlitwa nasza zakończy się kiedyś w Nim. Modlitwa jest też naglącym wezwaniem do wytrwania wbrew wszystkiemu, co mogłoby się stać i na przekór wszystkim zniechęcającym pozorom – i to stanowi naszą część zadania. I cóż więcej potrzebujemy wiedzieć?
Aby więc nauczyć się modlić, trzeba po prostu modlić się, dużo się modlić i umieć zaczynać modlitwę niestrudzenie od początku, bez zniechęcenia, nawet wtedy, gdy ta modlitwa pozostanie bez odpowiedzi i gdy nie będzie żadnego widocznego rezultatu. Jezus kładł tak wielki nacisk na wytrwałość dlatego, że wiedział, jak ona jest dla nas trudna z powodu tkwiącego w nas pragnienia zmian i nowości.
W walce o wytrwanie należy często przypominać sobie charakterystyczne cechy modlitwy wiary.
Jeśli chcecie się modlić – nie czekajcie na ochotę do modlitwy, bo w końcu przestaniecie się modlić właśnie wtedy, gdy modlitwa będzie wam najbardziej potrzebna. Jest to niebezpieczne złudzenie, które już wielu ludzi oddaliło od Chrystusa. Pragnienie modlitwy może się narodzić jedynie z wiary. Pragnąć się modlić – to już jest skutek modlitwy, niechaj wam wystarczy świadomość, że Bóg na was czeka. Bóg pragnie was widzieć modlących się nawet wówczas, gdy nie macie na to ochoty, a może właśnie szczególnie wówczas. Nie zapominajcie nigdy, że im mniej będziecie się modlić – tym gorzej będziecie to robić i tym mniej będziecie tego pragnąć.
Oczywiście, nie powinniście niczego oczekiwać od modlitwy dla samych siebie. Trzeba się modlić dla Boga, a nie dla własnej satysfakcji albo dla stwierdzenia, że dobrze się modlimy. Nie wydaje mi się, aby. w „Ojcze nasz” była choć jedna prośba, której spełnienie przyniosłoby nam zadowolenie osobiste, albo przynajmniej widoczny, natychmiastowy rezultat. Należy wytrwać, choć się nie widzi i umieć zaczynać od nowa – bez niczego, tylko dla Boga. Niemniej trzeba przyznać, że w tych warunkach, musimy mieć dużo męstwa, aby nie przestać się modlić.
„Jeżeli macie wiarę jak ziarnko gorczyczne …”
Jedynie wiara może nam dopomóc do rzeczywistego kontaktu z Jezusem, nie w abstrakcji, ale w solidnej choć ciemnej oczywistości, ukazanej nam przez Słowo Boże. Musimy się nauczyć znosić ciemności nagiej wiary, tak bardzo nieraz surowej i zaszczepiać w niej miłość, o której Jezus powiedział, iż polega na spełnianiu Woli Jego Ojca. A jednak najlepsza cząstka naszego serca i naszej siły efektywnej nie może się wyobcować z misterium tej miłości, która nie obawiała się wcielenia, łez, otwartego włócznią serca, ani oddania ciała i krwi na pokarm. Trzeba nam zachować wielką równowagę w sposobie kochania Boga, kochania Jezusa, kochania Dziewicy, naszej Matki. Wszystko powinno być skoncentrowane w wierze, która nie jest czymś przeciwnym zmysłom, ale jest ponad nimi. Gdyby było inaczej, Pan Bóg nie zechciałby nam dać jako przedmiotu godnego ukochania „istot widzialnych, aby nas doprowadzić do miłości rzeczy niewidzialnych”, jak to pięknie mówi prefacja Bożego Narodzenia i Bożego Ciała.
Czy życie nasze, poświęcone ludziom i dobrowolnie nastawione na ich codzienne kłopoty, na ich prace, na ich cierpienia, na ich potrzeby – nie jest przepełnione rzeczami i istotami widzialnymi? I w takim to kontekście życia niespokojnego, pełnego różnej szarpaniny – powinna się w nas rozwijać autentyczna miłość Chrystusa, który aktualnie jest dla nas niewidzialny, ale który zostawił nam dotykalne znaki swojej miłości w postaci konsekrowanego chleba, księgi Ewangelii i nauki hierarchii kościelnej. Nie potrafimy nigdy wzmocnić dostatecznie naszej wiary, aby uczynić ją żywą, silną, stanowiącą stałe podłoże naszych decyzji, naszych sądów, a zwłaszcza naszej modlitwy. Dobrze jest, jeśli uczucie podtrzymuje albo wyraża naszą wiarę, ale wiara powinna umieć z całym spokojem obejść się bez niego, przewyższyć je lub pociągnąć pędem miłości, której ona jest źródłem. Musicie być ludźmi wiary – zarówno podczas pracy, jak podczas modlitwy, wśród przyjaznych stosunków z ludźmi, jak i wśród milczenia.
Powinniście – każdy w swoim zakresie – oddać na usługi wiary bogactwa swego serca i temperamentu. Uczynicie to – kochając. Błagałem Jezusa, abyśmy byli prawdziwie żyjącymi w wierze – abyśmy nauczyli się patrzeć na każdą rzecz, na każdą istotę, na każdą sytuację oczyma naszego, żyjącego na ziemi Pana i abyśmy we wszystkich okolicznościach reagowali siłą Jego miłości.
„Gdzie jest skarb twój, tam i serce twoje będzie”
Stałe trzymanie się w obecności Bożej nie polega na aktualnym oraz wyraźnym uświadamianiu sobie tej obecności, zwłaszcza poprzez myśl i wyobraźnię, ale na miłosnej czujności. Uwaga wyobraźniowa czy intelektualna jest tylko środkiem obudzenia tej czujności. Serce powinno czuwać i może czuwać nawet wówczas, gdy człowiek oddaje się całkowicie swojej pracy, aby ją wykonać jak najlepiej.
„Przyjdź Królestwo Twoje, bądź Wola Twoja …”
Są dwa sposoby działania na tym świecie. Pierwszy jest uchwytny natychmiast, w czasie oraz przestrzeni i zależy bezpośrednio od nas: jest owocem naszej inteligencji, naszej inicjatywy, naszej woli i pracy naszych rąk. Jest naszą życiową potrzebą; wszyscy ludzie go pragną, wszyscy mu się oddają na miarę swych zdolności i swego ideału. Drugi sposób działania jest nam dostępny dopiero wówczas, gdy to działanie zagubi się wprzód niejako w wyrzeczeniu się wszelkiego, natychmiastowego czynu. Takie działanie przekracza granice czasu, przestrzeni, głębokości i rozciągłości. Pozostawia nas ono wiecznie nienasyconymi w coraz to rosnącej ambicji działania w każdym miejscu, w którym znajdują się ludzie i w nadziei, że taki czyn uzupełnia się i mnoży w nieskończoność. Bezwzględne pragnienie działania, nie ograniczonego przez czas ani przez przestrzeń, jest oznaką powołania kontemplacyjnego i nie może być zaspokojone inaczej, jak przez współdziałanie z samym Bogiem w jego własnym czynie. Wszelka działalność zewnętrzna, nawet apostolska, nie zadowala nas.
Nasze połączenie z wszechpotężnym działaniem Chrystusa może być jedynie owocem miłości, która kontempluje. Aby utrzymać w swoim własnym życiu hierarchię wartości, trzeba utkwić wzrok wiary w tej rzeczywistości, która stanowi podłoże owego działania i umożliwia tak wyłączną miłość. Wszystko jest zawarte w miłości, tak, ale cechą wyróżniającą miłość kontemplatyka jest to, że jego miłość nie tylko jest zdolna natchnąć go odwagą do spełnienia dobrego czynu, natychmiastowego i widzialnego – ale daje mu ponadto inne, dużo doskonalsze i trudniejsze męstwo: męstwo wierności niewidzialnemu apostolstwu, które wymaga oderwania się – jeśli nie bardziej całkowitego, to w każdym razie głębszego, bo obejmuje ono sam czyn; nie sposób iść wiernie tą drogą bez żywej wiary, wzmocnionej przez łaskę kontemplatywnego poznania Jezusa, Jego krzyża na Kalwarii, oraz Tej, która w sercu każdego z nas przeprowadza nadal dzieło zbawienia ludzkości[1].
II. PRZYJAŹŃ Z JEZUSEM
Nie potraficie nigdy być ubogimi tak jak tego chce Jezus, nie będziecie mieć odwagi, aby wziąć na siebie trud robotników i chorych, nie będziecie umieli kochać sercem wystarczająco pokornym, i braterskim – jeśli nie będziecie złączeni z Jezusem. Charles de Foucauld czerpał z kontemplacji swego „ukochanego Brata i Pana Jezusa” gwałtowną potrzebę upodobnienia się doń we wszystkim.
Ale tu chodzi o coś jeszcze większego: nie chciałbym, abyście mieli pokusę uważać modlitwę oraz zjednoczenie z Jezusem za sposoby zrealizowania życia według Ewangelii, która was pociąga. To by było zupełnym odwróceniem wartości, to by znaczyło, że zupełnie nie rozumiecie duchowości Ojca de Foucauld. Odczytajcie na nowo jego rozmyślania, a zrozumiecie, że Jezus jest Tym, który ma być kochany ponad wszystko, dla Niego samego.
Tego władnie świadectwa obecny świat od was czeka. Niechże wasz prosty i gorący stosunek z Jezusem będzie waszą siłą i waszym światłem. Przyjaźń z Jezusem jest sprawą zbyt ważną, abym wam o niej wspominał w kilku liniach, ale chciałem po prostu zaznaczyć tu, w waszym życiu Małych Braci, jak pierwszorzędne miejsce zajmuje w nim modlitwa. Podobnie jak O. de Foucauld – mamy wierzyć w Jezusa, który jest Władcą rzeczy niemożliwych. Powinniśmy wierzyć, że Jezus nas powołał i czerpać logicznie z rzeczywistości tego wezwania siłę, potrzebną do przyjęcia powołania, które może będzie od nas wymagać heroizmu w odważaniu się na wszystko dla Niego.
Ta sama wiara doprowadziła O. de Foucauld z niewypowiedzianą czcią i miłością do Eucharystii. Bo to przecież przez nią oraz w Ofierze Eucharystycznej nawiązujemy serdeczną i mocną przyjaźń z Osobą Jezusa. Jezus nie jest i nie może być nigdy dla O. de Foucauld kimś dalekim, i abstrakcyjnym; nie jest nim nawet wówczas, gdy Ojciec musi walczyć w ciemnościach wiary o kontakt osobisty, choć dla niego niewyczuwalny, z Tym, który jest jego jedyną miłością albo gdy trwa z cierpliwą wytrwałością w modlitwie nieustannej, choć nieraz bardzo bolesnej. W tej dziedzinie, jak w każdej innej, On powinien być naszym przewodnikiem. Duch Jezusa nie będzie się modlić w nas, jeśli my nie wyjdziemy mu naprzeciw i nie utorujemy mu drogi. „Modlić się – to myśleć o Bogu, kochając Go”. To proste określenie modlitwy, które dał nam Ojciec, wykazuje dostatecznie, że powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby nauczyć się modlić. O. de Foucauld jest równie daleki od postawy biernej, która spuszcza się we wszystkim na działanie Ducha Świętego, jak od przesadnego używania ściśle określonej metody, która by kierowała nasze myśli ku Bogu. Ale w jego własnej modlitwie jest jakieś oddanie się gorące, odważne, całkowite, w które on wkłada całą swoją wolę i całego siebie.
Zaznaczyć też trzeba, że brat Karol rozważał stale słowa samego Boga w Ewangelii, aby według nich urobić własne życie. Jeśli potrafimy przyjmować całym sercem słowa Jezusa jako rozkazy, które mają być przemienione w czyn – to Ewangelia stanie się dla nas prawdziwie żywą regułą życia. Im więcej się do niej zastosujemy, tym głębiej ją zrozumiemy. Nie przyjmujmy nigdy żadnego wewnętrznego światła, choćby ono było bardzo nikłe, bez zastosowania go w życiu. Nic nie jest bardziej męczące ani bardziej bezowocne, jak rozmyślać w kółko o prawdach i wartościach moralnych, pozostawiając je na płaszczyźnie czystej inteligencji, bez wprowadzenia ich w czyn własnego życia[2].
III. PRZYJAŹŃ Z CHRYSTUSEM[3]
Nasz stosunek do Boga
Jeżeli chodzi o nasz stosunek do Boga, to ryzykujemy zawsze, że będziemy go ustawiać na płaszczyźnie uczuć ludzkich. Tymczasem wiecie z własnego doświadczenia, że wszelkie uczucia podległe są zmianom i niestałości, a wiek i doświadczenie wykazują nam, że nie możemy zbytnio na nich polegać zarówno w naszej wiedzy o Chrystusie jak i w związku z Nim. Dochodzimy do wniosku, że chodzi tu o coś innego; zdarza się jednak zbyt często, iż działalność zewnętrzna pochłania nas oraz interesuje do tego stopnia, że oddajemy się jej całkowicie, uspakajając własne sumienie oświadczeniem Jezusa: „Wszystko, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. Zastanówmy się jednak nad tym, o jaki rodzaj miłości bliźniego tu chodzi i czy ów bliźni może naprawdę zająć całkowicie miejsce Chrystusa? Czy mamy prawo dopuścić do tego, aby najwyższa miłość naszego Boga i Pana do tego stopnia w nas zetlała, że zadowoli nas dążenie do Niego jedynie poprzez służbę ludziom? To zagadnienie jest ważne, ponieważ od niego zależy – w chwili obecnej bardziej niż kiedykolwiek – stałość i rozwój miłości w życiu zakonnym i nie sądzę, abyśmy mogli mówić o życiu modlitwy, o jej znaczeniu i wartości oraz sposobach jej osiągnięcia – jeśli nie ustalimy naprzód, czy wolno nam i czy jest w ogóle możliwe mieć bliski i osobisty stosunek do Boga poprzez Jezusa Chrystusa oraz w Nim?
„Trzeci świat” – świat Jezusa
Dobrze jest uświadomić sobie, że Bug mieszka w światłości niedostępnej i że nie ma żadnej współmierności pomiędzy „światem Boga” a „światem stworzonym”. Widzimy w historii Izraela do jakiego stopnia ostrzeżenie, które Jahwe dał Mojżeszowi na górze Synaj: „Człowiek nie może mnie widzieć i pozostać przy życiu” – przeniknęło sumienie religijne ludu w Starym Przymierzu. Bóg, sam w sobie niedostępny poznaniu ludzkiemu, to nawet, co może być poznane, a przede wszystkim fakt Jego istnienia, o którym świadczą Jego dzieła – nie jest oczywistością dla inteligencji człowieka. To nam tłumaczy ów zaskakujący fakt, że znaczna część ludzkości pracuje nad własnym postępem, wyznając równocześnie ateizm spokojny i nie podlegający wątpliwościom. Człowiek pozostawiony własnym siłom (nie mówię tu o tym, co może przeżyć każdy z nas w swej duszy tkniętej łaską) ma przed oczyma i może bezpośrednio dosięgnąć tylko stworzenia widzialne i materialne, stanowiące jedyny punkt wyjścia dla wiedzy naturalnej. Przyznajmy zresztą, że nawet my, ludzie wierzący w Boga, przeżywamy niekiedy chwile wewnętrznego wstrząsu i niepokoju, gdyż wiara nie zaspokaja naszej żądzy wiedzy, a Bóg jest w naszym życiu straszliwie milczący.
Jednakże nie jesteśmy beznadziejnie odcięci od „świata Bożego”, gdyż faktem jest, że istnieje trzeci świat – Jezusa Chrystusa, który łączy świat Boży ze światem stworzenia. To jest naprawdę trzeci świat, bo nie jest on światem niewidzialnego Boga, ale światem Jego Wcielonego Słowa; to jest Chrystusowy świat, ze wszystkim, co ma związek z jego przyczyną oraz celem: Dziewica Maryja, Kościół i Sakramenty oraz nadprzyrodzony świat łaski chrześcijańskiej. Ten świat jest światem Objawienia, ono jedynie pozwala nam poznać jego rozmiary „abyście wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest szerokość i długość i wysokość i głębokość i poznać miłość Chrystusową, przewyższającą wszelką wiedzę …” (Ef 3,18-19).
Jest więc dla nas sprawą pierwszorzędnego znaczenia, aby zapoznać się z owym światem Chrystusa i z Jego prawdziwą naturą. Wobec świata Boga transcendentnego, niematerialnego, niewidzialnego – jesteśmy całkowicie bezsilni, ponieważ jest on niedostępny wszelkiemu doświadczeniu ludzkiemu. Ale jeśli chodzi o Jezusa, który był widziany i słyszany na naszej ziemi, który ma ciało i jest człowiekiem na zawsze i wiecznie – jaki pretekst moglibyśmy wymyślić, aby nie usiłować poznać Go i zbliżyć się do Niego? Jest to bardzo ważne zagadnienie dla każdego chrześcijanina, a jeśli chodzi o nas, jakże moglibyśmy wznosić gmach naszego życia zakonnego czy kapłańskiego, jeśli nie w najściślejszej łączności z Chrystusem? I więcej jeszcze. Żyjemy faktycznie w epoce, w której środowisko społeczności ludzkiej odwraca nas od Boga. W przeszłości nastawienie religijne człowieka wypływało zbyt często z nieznajomości praw natury i to do tego stopnia, że świat otaczał człowieka „tajemnicami”, które mu się przedstawiały spontanicznie jako znaki obecności oraz działanie niewidzialnego Boga. Ale obecnie człowiek sądzi, iż przejrzał tajemnice natury i rości sobie pretensje do tego, że wszystko wie. Dla „człowieka nowoczesnego” nie ma już tajemnic na świecie. Zna on podniosłe uczucie wynikające z przenikania, niemal nieograniczonego, wewnętrznej struktury materii, procesów witalnych i przestrzeni kosmicznych. Ma przeświadczenie, że posiada całe stworzenie w swojej wiedzy i jest pewny, że może wszystko zrozumieć i wszystko wytłumaczyć. Ludzie coraz więcej pokładają nadziei w postępie nauki i to w nich wyrabia mentalność, w której spontaniczny zmysł religijny stopniowo zanika. To zjawisko dotyczy też nas, zakonników i zakonnic, ponieważ jesteśmy zanurzeni w nurt życia, jego aktywność i środowisko świata współczesnego. Nasza umysłowość musi odczuwać ich wpływ, szczególnie wówczas, gdy jesteśmy zaangażowani w działalność zewnętrzną. Czyż nie jest nam coraz trudniej spotkać w swoim życiu Boga bliskiego, Boga żywego i osobowego? I właśnie dlatego całą siłą naszej wiary trzeba nam wejść w świat Chrystusa, aby w nim zawrzeć nasze własne życie.
Czy przyjaźń z Bogiem jest możliwa na ziemi?
Nasuwa się tu nam zasadniczo pytanie: czy zgodzimy się na to, by w owym święcie Chrystusa być istotą anonimową, jakimś numerem zagubionym w masie? Nie, to niemożliwe. Czy zdołamy tu jeszcze, na tym świecie, nawiązać osobistą przyjaźń z Nim, Synom Bożym, przyjaźń, która by zaspokoiła wszystkie nasze tęsknoty do absolutnej miłości, wszystkie tęsknoty do prawdy, wszystkie tęsknoty do dialogu z Bogiem tak poufnego, jak dialog przyjaciela z przyjacielem?
Ociągamy się z odpowiedzią na powyższe pytania, gdyż nasz rozum nie chce przyjąć tej prawdy, że Bóg rzeczywiście interesuje się nami. Owszem, godzimy się na to, że jesteśmy przezeń zbawieni, ale interesować się nami? Zbyt dużo ludzi było i będzie na tym świecie. A gdy przyjdzie nasza kolejką, aby opuścić ziemię, ileż nowych pokoleń będzie ją stopniowo zaludniać? Nasza wyobraźnia i serce są wytrącone z równowagi. Dodać jeszcze trzeba do tego bolesne doświadczenie, jakim „niczym” jesteśmy i obrzydzenie do siebie samych, które utwierdzają nas w przekonaniu, że nie możemy interesować Boga. Jeśli jednak Bóg dał nam świadomość samych siebie i naszej własnej osobowości, obdarzonej pamięcią oraz poczuciem własnego „ja” – to chyba nie po to, aby z nas zakpić; wiemy także, iż pełnia naszej doskonałości w wizji uszczęśliwiającej będzie polegała na posiadaniu osobowym, wiecznym, bezpośrednim, bez zasłony, Najwyższej Prawdy, Najwyższej Miłości i Najwyższego Piękna. Jeśli więc taką jest przyszłość każdego z nas, czyż nie jest rzeczą normalną, abyśmy zaczęli ją realizować już tu, na ziemi? Jakże trudno jest wierzyć w to przeznaczenie, gdy się patrzy na tylu ludzi, którzy z powodu własnej nędzy oraz okoliczności, w których żyją, nie są w stanie zachować najelementarniejszych praw moralnych. Tym bardziej więc nie posiadają nawet minimum warunków potrzebnych do tego, aby móc oddać się modlitwie kontemplacyjnej. Ten fakt może stać się dla nas okazją do wątpliwości i zgorszenia. Zbawienie każdego człowieka i wzrost miłości stanowią tajemnicę Bożą. Wydaje się, że istnieją dusze, które są powołane do tego, aby osiągnąć pełną miarę miłości jeszcze na tym święcie, inne zaś dojdą do tego celu dopiero „po tamtej stronie”.
Wybrani przez Jezusa …
Drugim źródłem światła w dziedzinie, która nas zajmuje, jest sposób postępowania samego Chrystusa podczas Jego ziemskiego życia. Wiemy, że miał przyjaciół, wiemy, że spośród uczniów, którzy poszli za Nim, powołał niektórych do szczególnego zadania, bo do apostolstwa, albo do bliższego z Nim stosunku: „Idź, sprzedaj co masz, a przyjdź i pójdź za Mną”. Wszyscy oni byli wybrani przez Jezusa jako przyjaciele: odpoczywał u nich i płakał nad śmiercią Łazarza. Było w owym czasie na ziemi dużo ludzi, ale Jezus, jako prawdziwy człowiek, który zna wartość i potrzebę przyjaźni w życiu ludzkim wybrał jedynie małe grono. Czy przykład Jezusa nie nasuwa nam na myśl, że nawet w życiu zakonnym i kapłańskim nie możemy obyć się bez przyjaciół? Jeżeli Jezus wówczas wybrał sobie przyjaciół, dlaczego nie miałby i dziś ich wybierać? Jedynie Jego bezinteresowna miłość decyduje o tym wyborze. Ale równocześnie, podkreślając w sposób szczególny swoje przyjazne stosunki z wybranymi, chce On dać świadectwo ludziom na ziemi o skarbach tkliwości i głębi miłości ukrytej w Bogu. Nam w pewnym znaczeniu nie wystarcza świadectwo Objawienia ani nauka Kościoła, my potrzebujemy żyjących przykładów, aby móc uwierzyć w tę prawdę. Istnieją zwłaszcza w dziedzinie miłości takie rzeczy, których nie można przekazać drogą nauczania. Ale gdy się przeczytało życie takiej świętej Katarzyny Sieneńskiej, gdy się rozważyło jej pisma – wówczas zaczyna w nas świtać pojęcie czegoś, czego człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić, a co Bóg wkłada w stosunek, jaki chce i może mieć do duszy ludzkiej. I wtedy ze zdumieniem stawiamy sobie pytanie: czy nas też może to dotyczyć?
Bóg – pierwszy nas umiłował
Nie jest moim zamiarem robić szczegółowy wykład o modlitwie kontemplacyjnej, ale wydaje mi się ważne jasne wykazanie racji bytu takiego życia modlitwą, bo jeśli zrozumiemy jego znaczenie i potrzebę, to reszta pójdzie nam łatwiej. Na początku zaznaczyłem niebezpieczeństwo, które wynika z przeceniania roli uczuć w naszym stosunku do Jezusa. Faktem jest jednak, że trudno nam jest przedstawić sobie prawdziwą miłość bez zaangażowania serca i uczuć, co jest najzupełniej naturalne. Tymczasem na naszą miłość, którą ofiarujemy Jezusowi, odpowiada zwykle Jego milczenie i jesteśmy zmuszeni pogodzić się z tym, że nie możemy dosięgnąć Jezusa tak, jak dosięgamy innych ludzi. Nasza miłość nie otrzymuje podniety widzialnej i odczuwalnej, ponieważ opiera się ona z konieczności na wierze i jedynie z pomocą wiary będziemy mogli stawiać czoło ciężkim okresom, w trakcie których ta miłość zostanie wypróbowana, wzmocniona i rozpłomieniona w swoim pędzie do Boga.
Podstawową prawdą i przekonaniem, na którym powinniśmy mocno oprzeć nasze życie modlitwy jest pewność, że jesteśmy kochani przez Boga, że jesteśmy kochani przez Chrystusa i to nie miłością ogólną, ale miłością wyboru oraz przyjaźni: ta pewność wiary jest koniecznym wstępem do wszystkich naszych dążeń w kierunku Bożym. Dopóki nie uczyniliśmy tego odkrycia, nie możemy postąpić ani w miłości, ani w życiu modlitwy, ponieważ nasza miłość Boga może być tylko odpowiedzią. Jakim bowiem cudem moglibyśmy kochać naprawdę, gdybyśmy sami nie byli wprzód ukochani? Jest faktem stwierdzonym przez doświadczenie, że ludziom jest dużo trudniej uwierzyć w to, że są kochani, niż w to, że sami są zdolni czynić jakie takie wysiłki w dziedzinie miłości. Gdy twierdzimy, że kochamy – to robimy wysiłki, z których zdajemy sobie sprawę i konstatujemy z zadowoleniem, że stać nas jednak na to, aby coś ofiarować Panu Bogu. Ale wiedzieć, że się jest kochanym nawet wtedy, gdy nagrzeszyliśmy, albo gdy jesteśmy letni, gdy cierpimy, gdy jesteśmy pogrążeni w ciemnościach, gdy gorszą nas wyroki Boskiej Opatrzności – to jest rzeczą najtrudniejszą w świecie. Nie zastanawiamy się nad tym dostatecznie, będąc całkowicie zaabsorbowani kontemplowaniem nędznych prób naszej własnej miłości. A oprócz tego istnieje jeszcze zło, problem zła. I poprzez te wszystkie złudne oczywistości musimy wierzyć, że jesteśmy kochani cudowną miłością. Ten, który odkrył ową prawdę – znalazł swoje miejsce na drodze, prowadzącej do Boga, byle by zachował na zawsze tę świadomość żywą i dobrze zakorzenioną w swoim sercu. Oczywiście nie chodzi tu tylko o uczucia, których doznawaliśmy w chwili święceń kapłańskich albo profesji zakonnej, ani o wzruszenia, przeżywane w dowolnych godzinach naszego życia wewnętrznego, gdy Pan pozwala nam zakosztować radości duchowych, co nam dopomaga do odkrycia miłości, co jest zdolne oprzeć się wszelkim pokusom i wszelkim zgorszeniom: chodzi o pewność przekonania, że jesteśmy kochani. W tej pewności bywają różne stopnie.
Trzeba zgodzić się na to, że jesteśmy tym, czym jesteśmy: grzesznikami
Trzeba nam przede wszystkim przyjąć z wdzięcznością z ręki Boga istnienie i życie takie, jakie zostały nam dane. Są ludzie, którzy biadają nad tym, że są tym, kim są i nigdy nie są zadowoleni z tego, czym są. Sądzę, że wszyscy mniej więcej jesteśmy w podobnym położeniu. Jesteśmy niezadowoleni z tego, co Bóg nam dał, ze swojego losu: chciałoby się nie mieć trudności, które dręczą, pokus, które upokarzają, kompleksów, które wikłają nasze stosunki z ludźmi, jednym słowem: chciałoby się być innym, niż się jest. A przecież to Bóg stworzył świąt i właśnie poprzez ten świat taki, jakim on jest i poprzez nasze własne istnienie mamy przede wszystkim uczyć się odkrywać miłość Boga do wszystkich stworzeń. Trzeba kochać wszystko, co istnieje, nie tylko w teorii ale i w konkrecie. To właśnie nastawienie wiary i prawdziwego nadprzyrodzonego optymizmu dawało niektórym wypowiedziom Jana XXIII łaskę przywracania pokoju oraz pogody wśród tylu ludzi. Bądźmy szczęśliwi z tego, że jesteśmy tym, czym jesteśmy, bądźmy szczęśliwi z tego, że istniejemy i że istniejemy właśnie w tej a nie w innej epoce. To wydaje się bez znaczenia, ale w rzeczywistości takie postawienie sprawy stanowi pierwszy krok do odkrycia prawdy, że jesteśmy kochani.
Umiejmy dostrzec w samych naszych brakach i słabościach znak miłości Bożej. Jeśli zgodzimy się na nasz stan ubóstwa oraz nędzy moralnej – tym samym damy sposobność Chrystusowi, by zbliżył się do nas i uzdrowił nas. Trzeba pozwolić na to, by dać się uzdrowić. Na czyim miejscu pragniemy być: na miejscu faryzeusza czy celnika w świątyni? Ów biedny celnik był naprawdę grzesznikiem, podczas gdy faryzeusz był prawdopodobnie człowiekiem sprawiedliwym, z małą ilością grzechów na sumieniu, ponieważ Pan Bóg nie wyrzuca mu nic ponadto, że jest zbyt pewny swojej sprawiedliwości i to sprawiedliwości w oczach samego Boga.
Dlaczego nie mielibyśmy znaleźć powodu wdzięczności i znaku miłości Bożej w naszych własnych ułomnościach? Bóg przez słabość ludzką ukazuje swoją moc. Gdybyśmy nie mieli poczucia własnej nędzy, nie moglibyśmy zrozumieć, co znaczy słowo „miłosierdzie”, do którego Serce Jezusa ma szczególną skłonność. Ta skłonność jest charakterystyczną cechą Jezusa, cechą, która sprawia, że znajduje On niejako potwierdzenie pełni swego Bóstwa w litowaniu się nad nędzą ludzką i przebaczaniu win. Dla nas biednych grzeszników jedyną drogą, prowadzącą do Boga, jest świadomość, że jesteśmy kochani do tego stopnia, że aż rozgrzeszani. Ale musicie sobie powiedzieć, że na to, aby utrzymać owo przekonanie, jako podstawę życia wewnętrznego, trzeba wam się będzie zdobyć na głębokiego ducha wiary. Nie może to być chwilowe wzruszenie, ale niezłomne przekonanie.
Mamy przebywać w centrum zbawcze miłości
Drugi okres – p pamiętajmy jednak, że tu nie chodzi o okresy następujące jeden po drugim w czasie, ale raczej o rozmaite aspekty naszej pogłębiającej się przyjaźni z Chrystusem – polega na tym, aby wierzyć w obecność Jezusa, będącą skutkiem Jego twórczej i zbawczej miłości. Wierzymy, że Jezus zmartwychwstał. Jezus wstąpił do nieba w tym znaczeniu, że nie ma już bezpośrednich stosunków z ziemią poprzez swoje człowieczeństwo tak, jak za czasów apostołów, którzy Go widzieli i dotykali, a jednak jest obecny wśród nas, to znaczy, że nas widzi, zna nas w najgłębszych tajnikach naszego jestestwa i to w każdej chwili naszego życia. Musimy zawsze pamiętać, do jakiego stopnia, zupełnie realnie, Jezus jest całkowicie nasz i Kościół jest nasz, a my znajdujemy się w centrum życia nadprzyrodzonego; należy to rozumieć w tym znaczeniu, że potrzebujemy do rozwoju życia Bożego w nas, dla naszego odkupienia oraz wiecznej szczęśliwości nie tylko jakiejś cząsteczki, jakiegoś fragmentu świata nadprzyrodzonego, ale całej potęgi tego świata. Nie trzeba sądzić, że Krew Pana Jezusa, Jego cierpienia na Kalwarii i, biorąc rzecz głębiej, cała wewnętrzna ofiara Chrystusa, posłusznego po to, aby zbawiać – nie były potrzebne, w całości dla odkupienia każdego z nas, że przeznaczona nam była tylko jedna kropla, jedna cząsteczka Jego Męki. Nie. Boga nie można podzielić, Chrystusa nie można podzielić, ani Jego Męki, ani Jego Krwi, ani Jego Ofiary, ani Jego Miłości. Gdyby na świecie był tylko jeden, jedyny człowiek – cała Męka byłaby potrzebna, aby go zbawić, uczynić z niego dziecko Boże i doprowadzić go do wizji uszczęśliwiającej. To wszystko musimy dobrze wiedzieć, aby zrozumieć, do jakiego stopnia Chrystus nas kocha, do jakiego stopnia my należymy do Niego i do jakiego stopnia On należy do nas.
Przekonanie św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która wierzyła że Chrystus, Jej Bóg, jest całkowicie nią zajęty – nie jest przesądną ambicją, ani zwariowaną imaginacją. Nie, przeciwnie: w tym przekonaniu tkwi głęboka intuicja tajemnicy prostoty i nie złożoności Boga, który daje się zawsze cały. Tak to jest w naszym stosunku z Jezusem Chrystusem: starajmy się umieścić w centrum Jego miłości jako posiadający Go całkowicie – wówczas dopiero będziemy w prawdzie. Myśleć inaczej – to ulegać własnej uczuciowości i wyobraźni, bo właśnie uczuciowość i wyobraźnia sprzeciwiają się wizji wiary, tej wiary, która stawia nas w pełni prawdy Chrystusowego świata, przewyższającego wszystko, cokolwiek moglibyśmy pomyśleć, albo wyobrazić sobie. Trzeba nam umieć coraz głębiej i głębiej poznawać Jezusa Chrystusa. Jakże byśmy mogli trwać w miłości, a ściślej mówiąc wzrastać w miłości, gdybyśmy nie wzrastali równocześnie „w mądrości i rozumieniu duchowym” Tego, którego kochamy? Potrzeba i pragnienie poznania Jezusa jest jednym z pierwszych znaków prawdziwej miłości.
Poznajemy Chrystusa przez objawienie Ducha Świętego
Czy pragniemy rzeczywiście poznać Chrystusa? A jeśli tak – to w jaki sposób możemy Go poznać? Najczęściej padamy ofiarą znajomości zbyt mętnej i sentymentalnej. Jakie pojęcia ma o Bogu ogół chrześcijan? Z pewnością nie możemy myśleć o Bogu ani o Panu Jezusie bez zaczepienia naszej wyobraźni o jakąś formę intelektualną, albo wyobrażeniową, ta forma bywa czasem wysoce duchowa, ale nie możemy się bez niej obejść. Z pewnością łaska może się posłużyć oraz ożywić znajomość nawet bardzo niedoskonałą, bo Duch Święty sam pracuje w naszych sercach. Ale ja mam tu na myśli obiektywną pełność prawdziwej znajomości Boga i Słowa Wcielonego. Gdy myślimy o Panu Jezusie, przedstawiamy sobie kogoś i ten obraz jest z konieczności wyobraźniowy, jest on nieraz zależny od naszych wyobrażeń z czasów dzieciństwa i od naszego wykształcenia. Ale najczęściej jest zbyt ludzki, niekompletny, żeby nie powiedzieć – zdeformowany. Gdyby jakiś niewierzący egzegeta studiował Pismo Święte i Ewangelię – byłby w stanie wytworzyć sobie pojęcie o Chrystusie, opisać Jego charakter, Jego reakcje, nawet Jego naukę, czyż jednak przez to samo poznałby Go naprawdę? On by Go poznał poznaniem czysto rozumowym i ludzkim, nawet wówczas, gdyby odczuwał dla Niego, jako dla człowieka, dużo sympatii a nawet miłości. Apostołowie, przeczuwając tajemnicę mesjaństwa Chrystusowego, mieli jednak z początku taką właśnie wiedzę o Nim, opartą na konkretnym doświadczeniu: zobaczyli, usłyszeli i dopiero powoli, z czasem, nadprzyrodzona intuicja ich wiary wzmocniła się, pogłębiła i pozwoliła im osiągnąć znajomość tajemnicy osobowości i boskości Chrystusa: „a wy za kogo mnie uważacie? … Błogosławiony jesteś, Szymonie … bo nie ciało i krew ci to objawiły, lecz Ojciec mój, który jest w niebie …” (Mt 16,15-17).
Powinniśmy poznać Jezusa lepiej, niż Go dotychczas znamy, ale jakie sposoby prowadzą nas do tej bliższej znajomości? W Kościele Chrystusowym znajdujemy dwie wielkie drogi. Jedna z nich, polegająca na rozważaniu Pisma, w świetle komentarzy magisterium nauczycielskiego Kościoła doprowadza nas do prawdziwego poznania Chrystusa w wierze. I w miarę, jak to poznanie jest niejako wchłaniane przez miłość, dochodzimy powoli do owego „rozumienia duchowego”, o którym mówi św. Paweł w liście do Kolosan, a która przerasta nieskończenie poznanie wyobraźniowe oraz intelektualne, jakie mogliśmy dotychczas posiadać.
To duchowe zrozumienie Chrystusa jest równocześnie owocem naszego osobistego i najbardziej wewnętrznego doświadczenia: komu zostało, wiele przebaczono, ten posiada doświadczalną znajomość miłosierdzia Bożego; tej znajomości nie mogą posiadać ci, którzy jej na sobie nie wypróbowali. Ona zaś dochodzi do szczytu poprzez intuicję wiary, której nie możemy opisać, ani wyrazić, ani przedstawić sobie wyobraźniowo, ale która staje się jednym z fundamentów naszego życia modlitwy.
Równocześnie zaś istnieje droga, którą nas prowadzi sam Duch Święty. Bez Jego interwencji nie możemy poznać doskonale Jezusa, opierając się jedynie na naszym własnym wysiłku myślowym, na studiach i na rozważaniach, choćby one wypływały z wielkiej miłości. Czy bierzemy prawdziwie na serio ostrzeżenia i obietnice, które nam dał Pan w swojej mowie pożegnalnej wieczorem w Wielki Czwartek? Dlaczego trudno jest nam uwierzyć w rzeczywistą działalność Ducha Św. w duszy ludzkiej podczas modlitwy? Nie mamy dostatecznie silnej wiary i dlatego brak nam śmiałości, a nadzieja nasza jest nędzna.
Na drodze przyjaźni z Chrystusem jest ostatni etap, który należy przebyć, a jest nim naśladowanie Pana. Dużo aspektów niezgłębionego bogactwa naszego stosunku z Nim pozostaje dla nas niedostępne, jeśli nie staniemy się podobni do Niego. Nie dojdziemy nigdy do prawdziwego poznania Jezusa, jeśli wprzód nasze życie i nasze serce nie zostanie zmienione przez miłość i przez ducha ośmiu błogosławieństw. Św. Jan ostrzega: „Kto mówi, że w nim trwa, powinien sam również postępować tak, jak On postępował” (1 J 2,6). Ale równocześnie, prawdziwą jest też odwrotność: nie możemy żyć pełnią miłości, jeśli nie znamy Jezusa. Na każdym kroku stwierdzamy, do jakiego stopnia jesteśmy nieporadni w dziedzinie miłości; tu właśnie w szczególny sposób rozbijamy się o brak wewnętrznej jedności, o rozdarcie między naszym wnętrzem a zewnętrzem, które trapi człowieka upadłego i zranionego przez grzech. Jedynie kontemplacja w świetle Ducha Św. jest w stanie zapewnić jedność między modlitwą a poświęceniem się dla innych, między naszą miłością Boga a miłością bliźniego. Bywają światła wewnętrzne, wykazujące, czego miłość od nas żąda, których nie potrafimy zrozumieć, jeśli nie poznamy Serca Jezusowego; jest znajomość Chrystusa, nieodzowna, aby odkryć wymagania miłości, zarówno w jej objawach najbardziej zewnętrznych, konkretnych, skromnych, jak w najwznioślejszych. Istnieją odcienie delikatności, serdeczności, szacunku dla ludzi, a także nieskończonego miłosierdzia, których nie możemy mieć, ani odczuć, jeśli nie jesteśmy w stanie kontemplować ich w Sercu Chrystusa i jeśli Chrystus nie żyje w nas. Bez tego jesteśmy skazani na jakieś niezręczne namiastki miłości, a czasem wręcz na falsyfikaty; praktykowanie jej jest niejako zracjonalizowane przez naszą własną ciasnotę. Nie wierzę, aby było możliwe wprowadzać w czyn polecenia Jezusowe i starać się być doskonałym, jak Ojciec nasz niebieski doskonałym jest, bez pewnego stopnia kontemplacji Chrystus. Każdy święty jest w ten czy inny sposób kontemplatykiem Chrystusa Błędem byłoby dzielić świętych na świętych kontemplatyków i świętych oddanych życiu czynnemu, według rodzaju ich stosunku z Jezusem; można to uczynić, jedynie opierając się na sposobie ich życia, co jest sprawą całkowicie zewnętrzną. Sam św. Ignacy nauczał, że trzeba być kontemplatykiem w czynie.
Wymagania kontemplacji w życiu chrześcijańskim i zakonnym są w obecnych czasach tym ważniejsze, że świat, w którym przebywamy, pobudza nas rozlicznymi wymaganiami do aktywności tak w dziedzinie apostolstwa jak i dzieł charytatywnych – nie potrafimy im sprostać bez nasilenia kontemplacji. Im bardziej ciało staje się ociężałe i pełne złożoności, tym duch powinien być silniejszy, czujniejszy, żywszy. Bez wzmożenia kontemplacji ryzykujemy, że nastąpi zachwianie równowagi nie tylko w Zgromadzeniach zakonnych, ale w całym Kościele. W ten sposób Bóg zaprasza nas do pogłębienia życia modlitwy nawet przez okoliczności współczesnego życia.
Sposoby zjednoczenia z Bogiem
Na zakończenie chciałbym wam dać kilka wskazówek, dotyczących życia kontemplacyjnego, wskazówek krótkich i nie wyczerpujących materiału, gdyż liczne są drogi, które prowadzić mogą do kontemplacji, stosownie do typu danej duszy, do rodzaju umysłowości i sposobu życia.
Mówiąc o sposobach zjednoczenia z Bogiem powinniśmy pamiętać, że są wśród nich dwa rodzaje. Jedne z nich same przez się sprzyjają skupieniu i poznawaniu Boga. To są sposoby tradycyjne, wypróbowano w życiu Kościoła, jak na przykład milczenie, usunięcie się od aktywności ludzkiej i wszelkie czynności, które ze swej natury przyczyniają się do pogłębienia wiary: czytanie duchowne, rozważanie Ewangelii i studium teologii. Te sposoby są jakby gorejącymi żagwiami, które, będąc same rozpalone, są w stanie rozniecić ogień, choćby był on uprzednio zupełnie zgaszony. Ale oprócz nich są jeszcze inne czyny ludzkie, które mogą wzmocnić naszą miłość Boga i naszą modlitwę. Ściśle biorąc, nie są one środkami kontemplacji, ale mogą stanowić przedmiot, dać okazję, być podnietą do modlitwy kontemplacyjnej, pod warunkiem jednak, że nasze serce jest dostatecznie przygotowane, dostatecznie rozpalone miłością i to prawdziwą miłością. Te czyny są wówczas jakby zimnymi węglami, które jednak – jeśli są wrzucone do ognia dość silnego, aby je rozpalić – dodają gorąca całemu ognisku. Ale jeżeli ogień ów jest zbyt słaby, wówczas zgaszą go zamiast rozżarzyć. I tak wszystkie nasze zwyczajne i codzienne uczynki, cała działalność, może mieć podwójny skutek w dziedzinie stosunków z Chrystusem: może stopniowo przytłumić ducha i oddalić nas od Pana Jezusa, zajmując pierwsze miejsce w naszym życiu, ponieważ nie ma swego źródła w Nim. I odwrotnie: może oczyścić naszą miłość, nastawić nas na modlitwę i doprowadzić do niej. Powinniśmy się starać dążyć do Boga obydwiema drogami.
Sądzę, że dużym brakiem naszego życia zakonnego jest fakt, iż pośród wzmożonej aktywności współczesnego świata nie umiemy stworzyć sobie warunków, umożliwiających rozwój życia wewnętrznego. Chcę przez to powiedzieć, że pewna ilość zakonników i zakonnic (a dotyczy to też i laikatu) nie odkryła jeszcze odpowiedniej ascezy, która by ułatwiła im zachowanie wśród świata panowania nad sobą, a stąd możliwości skupienia. Sądzę, że można by określić tę potrzebną ascezę jako nabytą, umiejętność utrzymania się w takim stanie psychicznym, nerwowym i fizycznym, aby móc się skoncentrować, na chwili obecnej. Wydaje mi się, że zdolność koncentracji w chwili obecnej jest wielką tajemnicą życia, duchowego i że jeśli się nie jest w stania tego uczynić – tym samym traci się możność skupienia oraz życia wewnętrznego. Ta niemożność życia chwilą obecną wynika albo z przemęczenia, albo z powodu nieopanowanych namiętności albo wreszcie dlatego, że się nie jest dostatecznie oderwanym i chce się robić trzy albo cztery rzeczy na raz; jednym słowem: dlatego, że się straciło panowanie nad sobą.
IV. MODLITWA WKORZENIONA W NATURĘ LUDZKĄ
Miałem nieraz okazję stwierdzić, że gdy narzekaliśmy na brak czasu na modlitwę, właściwie chodziło nie o rzeczywisty brak czasu, ale raczej o psychiczną niemożność znalezienia sobie potrzebnego czasu, niemożność, wywołaną stanem wewnętrznego napięcia i gorączki, który się przeciwstawia wszelkiemu duchowemu skupieniu. Nasze powołanie zmusza nas do tego, aby szukać drogi do modlitwy kontemplacyjnej bez usuwania się od stosunków z ludźmi; jest więc rzeczą niezmiernie ważną, by znaleźć sposób uciszenia wewnętrznego. Ten wstępny warunek wydaje się nam może całkiem przyziemny i natury czysto psychologicznej. Jesteśmy skłonni sądzić, że byłoby doskonalej poświęcić się bez miary, a w naszym stosunku z Bogiem oczekiwać wszystkiego od działania łaski. Z pewnością Pan Bóg może w tej dziedzinie robić, co Mu się podoba, byłoby jednak błędem nie brać dostatecznie poważnie pod uwagę warunków naturalnych, na które składa się nieraz wierność w drobiazgach i nadprzyrodzona równowaga, stanowiąca podstawę kontemplacji. Jakże często rodziny chrześcijańskie, a także życie zakonne i kapłańskie są w naszych czasach wykolejono jedynie z powodu braku zdrowego rozsądku.
Dlaczego ten stan wewnętrznego rozgorączkowania zdarza się tak często i jakie są jego przyczyny?
Istnieje przede wszystkim predyspozycja, wypływająca z wrodzonego usposobienia i dawnych nawyków: możemy jednak zawsze udoskonalać nasze usposobienie z pomocą łaski Bożej, a także uzbroiwszy się w niestrudzoną cierpliwość, pokorę i wytrwałość. Nie trzeba nigdy chcieć natychmiastowego rezultatu ani czynić wysiłki, przerastające psychiczne możliwości danej chwili. Hojność jest całkowita wówczas, gdy dajemy nasz pełny wymiar: sięgać ponadto nie jest hojnością, ale zarozumialstwem albo brakiem zdrowego sądu.
Istnieje również wpływ rozrastającego się środowiska ze wszystkimi jego konsekwencjami zdenerwowania, przemęczenia i braku snu. W tej dziedzinie nie możemy z pewnością robić wszystkiego, co chcemy, ale byłoby to już bardzo wiele, gdybyśmy zechcieli wziąć poważnie na siebie obowiązek robienia wszystkiego, co się da w granicach możliwości. Wyobrażamy sobie, niestety, że hojność Boga i Jego łaska pozwalają nam narażać się bez niebezpieczeństw na jakikolwiek tryb życia i jakiekolwiek podniety zmysłowe.
Ale najgroźniejsza, a równocześnie najsubtelniejsza przyczyna wewnętrznego braku równowagi tkwi bardzo często w nas samych. Jest to jakieś uczucie frustracji, głębokiego niezadowolenia i braku szczęścia, które się nam wymyka z rąk. Nie mamy odwagi wyznać tego sami przed sobą. Przez hojność i wierność usiłujemy w ciągłym napięciu woli poświęcać się dla ludzi i dla Boga, przekreślając siebie w sposób, który nam samym wydaje się nieludzki. Życie duchowe przedstawia się nam jako dość chwiejne rusztowanie, które runęłoby natychmiast, gdybyśmy się choć chwilę zatrzymali, aby zacząć myśleć, bo wówczas zdalibyśmy sobie sprawę z wewnętrznej rozterki. Czyż życie kontemplacyjne polega na tym, aby znosić odważnie poczucie sfrustrowanego szczęścia, nie odwracając się od tej świadomości ani w myśli, ani w czynie?
Na czym polega nasz błąd – bo zdajemy sobie jednak sprawę, że zaparcie się siebie dawnych świętych miało inny wydźwięk. Poświęcenie siebie, wyrzeczenie się wszystkiego – tak, to było; ale towarzyszyło im uczucie pełności i pokoju. Mętnie czujemy, że w środowisku dzisiejszego świata jest coś nieuchwytnego, jakaś skłonność do pesymizmu, a nawet do rozpaczy, która oddziałuje i na nas. Odczuwamy w głębi duszy jakiś niesmak, nieomal kompleks wobec stwierdzenia tęsknoty do osobistego szczęścia, podczas gdy nasze otoczenie podkreśla – nie bez ironii – charakter mityczny i egoistyczny wiary w doskonałe szczęście przyszłego życia. Trzeba więc nam odzyskać wewnętrzną równowagę człowieka takiego, jakim go Bóg stworzyły a Chrystus przetworzył i śmiało widzieć w Bogu źródło zupełnego szczęścia i doskonałości człowieka. Wyrzeczenie, którego od nas Jezus wymaga, nie jest przekreśleniem podstawowych potrzeb naszej natury, ale wstrzymaniem się czasami od dóbr skończonych, aby sobie zapewnić posiadanie bezkresne dobra nieskończonego. Wyrzeczenie polega w gruncie rzeczy na nawyku oczekiwania radości większej i zupełniejszej, dotyczącej nie tylko naszego ducha, ale całej naszej istoty. Jezus mówi o posiadaniu skarbów. Stwierdza, że ci, którzy się wyrzekną rzeczy upragnionych na ziemi, mianowicie rodziny, żony, dzieci, dóbr materialnych, otrzymają „stokroć tyle”. Dopóki nie przyjmiemy jako jednego z motywów chrześcijańskiego życia – potrzeby znalezienia krótszej drogi do większego szczęścia, dopóty nie stworzymy odpowiednich warunków dla ustalenia równowagi duchowej. Oczywiście, musimy przejść przez krzyży ale patrząc wzwyż. Nie potrafimy zrobić lepiej niż Jezus, któremu śpieszno było skończyć z agonią Ogrójca i Krzyża na Kalwarii, ponieważ pragnął – intensywnie pragnął – innych rzeczy: końca cierpień, zmartwychwstania i uwielbienia swego człowieczeństwa[4].
Część druga
DROGA MODLITWY
I. POSZCZEGÓLNE OKRESY NA DRODZE MODLITWY
Są jakby dwa okresy na drodze modlitwy, okresy oddzielone od siebie etapem wielkiego ogołocenia. W ciągu pierwszego okres modlitwa przedstawia się nam przede wszystkim jako nasze własne dzieło. Wiara, oparta o medytacji, karmiona uczuciami, usiłuje narzucić naszym zmysłom, naszej wyobraźni, naszemu umysłowi, postawę dziecka Bożego, która jednak nie jest w nas ani spontaniczna ani naturalna. Jesteśmy jeszcze uwikłani w zmysłowość, obciążeni instynktami naturalnymi i odczuwamy potrzebę oparcia się na czymś zewnętrznym, stojącym poza nami. Odczuwamy potrzebę społecznej pomocy naszych braci poprzez przykład i naukę świętych, bierzemy za swoje ich modlitwy oraz uczucia względem Boga, ponieważ nie jesteśmy jeszcze, nawet przed Nim – w pełni sami sobą. Przeżywamy epokę duchowego „pierzenia się”; w tym okresie głównym środkiem doprowadzającym do skupienia w Bogu jest medytacja
Następnie przychodzi czas zubożenia umysłowego w modlitwie zubożenia, które obejmuje oderwanie od wszystkiego, przekreślenie siebie, powolne dojrzewanie pierwiastka duchowego ponad zmysłowy. Męka Pana Jezusa powinna przeorać nasze życie, a to wyciska znamię i na modlitwie. Stajemy się prawdziwymi nędzarzami wobec Boga, ponieważ nauczyliśmy się być wobec Niego tym, czym jesteśmy w rzeczywistości. Uczymy się powoli „przyjmować” podczas modlitwy, nie zdając sobie sprawy z tego, że przyjmujemy, zamiast usiłować tylko dawać, dobrze wiedząc, że dajemy. Cała nasza istota uczy się oddawać i ofiarowywać się Bogu nie w uczuciach, ani w słowach, ale w bolesnej prawdzie: rodzimy się z Krzyża. Wówczas zaczyna się drugi okres, do którego odnosi się przede wszystkim to, co powiedziałem w „Modlitwie ubogich ludzi”.
Nie ma sprzeczności między tymi dwoma rodzajami modlitwy, ani między dwiema odmiennymi drogami: to są po prostu dwa okresy tej samej drogi. Oczywiście nie istnieje między nimi ściśle określona granica; być też może, iż trzeba było, aby „Modlitwa ubogich ludzi” została napisana pierwsza. W świetle tego, co jest tam powiedziane o wewnętrznym ogołoceniu, lepiej zrozumiemy bardziej rozumowe i pracowite dążenie pierwszego okresu, podczas którego musimy więcej dawać z siebie, wzmacniać wiarę, ćwiczyć wolę w wysiłku miłości, aby kiedyś dać się uprościć w ubóstwie duchowym, które nie powinno opóźnić, ani wyprzedzać działania Bożego; jedynie posiadanie bogactwa Bożego może nas uczynić ubogimi.
II. DROGA MODLITWY
Trudności
Doświadczyliście już nieraz, jak trudno jest być wiernym adoracji i spędzać ten czas naprawdę na modlitwie. Niektóre z napotykanych przeszkód są niezależne od waszej gorliwości. Istnieją pewno okoliczności materialne, których zmienić nie możemy: kaplica jest duszna, słychać radio sąsiada, albo czas jest ściśle wymierzony na adorację tak, iż trzeba się śpieszyć. Inne trudności są bardziej wewnętrzne, ale również nie możemy ich opanować: głowa jest pusta, czujemy się ogłupiali i senni z powodu zmęczenia po ciężkiej, fizycznej pracy czy niedospanej nocy, albo zaczyna się wałęsanie wyobraźni daleko od Pana i marzenia, które nas otumaniają … Nie sposób jest uniknąć tych trudności, i jeżeli niektóre z nich wypływają z trybu życia, jaki prowadzimy – to inne są wspólne wszystkim ludziom, usiłującym się modlić. Powinniśmy znosić cierpliwie wszystkie trudności zewnętrzne i wewnętrzne, a one dadzą się przezwyciężyć, stopniowo, w granicach, jakie są możliwe dla człowieka. Do tych jednak przeszkód dochodzą inne, za które jesteśmy mniej albo więcej odpowiedzialni i których przyczynę powinniśmy starać się usunąć. Niektóre z nich wynikają z fałszywego pojęcia modlitwy, ducha wiary oraz prawideł jego rozwoju, albo też z niedostatecznej jeszcze formacji do modlitwy, czy wreszcie – trzeba się do tego przyznać – z zaniedbania albo wręcz niestosowania się do otrzymanych w tej dziedzinie wskazówek.
Potrzeba więc wysiłku, aby lepiej się modlić: ale jakiego rodzaju ma być ten wysiłek?
Ubóstwo ducha i umysłu
Pełna godzina adoracji jest, zdaniem wszystkich, pracą ciężką i trudną. Najczęściej stajemy się pastwą roztargnień oraz trosk, które, nawet gdy je odegnamy, odsłaniają przed naszymi oczyma rodzaj pustki wewnętrznej. Usiłujemy wówczas „przetrwać” ten czas, który powinniśmy spędzić w kaplicy. Modlitwa przybiera wtedy w naszych oczach postać ofiary, którą musimy wytrzymać i złożyć ją mężnie w dani naszemu Panu. Dla większości wśród was modlitwa wydawała się łatwiejsza na początku życia zakonnego. Potem, dość szybko ta jakaś „pustka” na nas naszła. Początkowo staraliście się z niej otrząsnąć, ale potem stwierdziliście, że widocznie inaczej być nie może, choć w głębi duszy coś wam mówiło, że jednak dałoby się tu coś zrobić. Ale co? Niektórzy nie umieją rozróżnić, czy ta pustka wewnętrzna wynika z ich własnego niedbalstwa, czy też z woli Bożej. Jak więc należy rozumieć wskazówki zawarte w rozdziale „Modlitwy ubogich ludzi”? Niektórzy podkreślają, że nie powinno się dobrowolnie wyrzekać warunków oraz pomocy, potrzebnych normalnie do rozwoju modlitwy, o ile nie zostanie się wprzód wprowadzonym w stan modlitwy wiary. Ten rodzaj modlitwy jest niezmiernie prosty, zostaje nam udzielony przez Ducha Św. a łączy z Bogiem głębiej niż inne rodzaje modlitwy, bardziej odczuwalne i będące owocem świadomych wysiłków rozumu, wyobraźni oraz serca. Modlitwa zaś kontemplacyjna, będąca darem Bożym, nie zależy prawie wcale od warunków zewnętrznych i pozostawia nietknięte pole naszej wyobraźni oraz świadomości, stąd powstaje uczucie pewnej pustki i suchości wewnętrznej, które wymaga z naszej strony męstwa, jeśli mamy je długo znosić. Nie bardzo wiadomo, jak odróżnić ten stan, który jest najpiękniejszą modlitwą, od pustki wewnętrznej innego rodzaju i od owej nieokreślonej bierności, która daje się nieraz odczuć po kilku latach, gdy uczuciowa modlitwa nie jest nam już dana. Z pewnością, jeśli ta pustka jest pełna obecności Bożej, to owa obecność daje prawie zawsze znać o sobie przez świadomość istnienia jakiegoś absolutu i przez życiodajną pewność, że godzina adoracji jest najważniejszą i najskuteczniejszą chwilą dnia. Ta pewność jest nieraz odczuwana przez nas silniej poza czasem modlitwy, niż podczas jej trwania, gdyż wśród tej ostatniej ogarnia nas ciemność z towarzyszącym jej bolesnym uczuciem nędzy oraz niemocy. Jest to niejasna świadomość i miłość bez uczucia szczęścia, połączona z ostrą znajomością swojej własnej nędzy moralnej i braku wspaniałomyślności. Nie jest się już w stanie osądzić własnej modlitwy: jeden Bóg wie, jaką ona jest. W chwilach zwątpienia stawiamy sobie pytanie, czy nie byłoby lepiej zacząć coś robić, aby wyjść z tego stanu modlitwy bez obrazów i bez myśli, podczas której wyobraźnia urządza swoje wędrówki i swoje wewnętrzne „kino”. Może należałoby wziąć książkę albo przemedytować jakiś ustęp z Ewangelii? I rzeczywiście, wprawdzie czasom mamy pewność, że duch Jezusa modli się w nas w ten sposób – ale są inne chwile, w których Pan wymaga od nas bardziej czynnej współpracy. Stan nieokreślonej pustki, w której się czasem znajdujemy podczas modlitwy – nie jest, być może, ani modlitwą, ani utajoną obecnością Jezusa; jest bardzo po prostu następstwem tego faktu, że nie umiemy się modlić, albo że nie jesteśmy dość wspaniałomyślni w wytrwaniu.
Na drodze do modlitwy kontemplacyjnej
Jeżeli Jezus wezwał nas, abyśmy szli za Nim, czyż nie zobowiązał się przez to samo do tego, aby nam dać łaskę dobrej modlitwy? Tak, ale ta łaska nie musi być koniecznie dla każdego łaską kontemplacji wlanej. A jednak powinniśmy ufać, że Jezus da nam zawsze możność prowadzenia życia w łączności z Nim i oddawania się modlitwie pochwalnej i błagalnej też razem z Nim. On nie zrobi niczego bez nas. Nie dowiemy się nigdy, czy Jezus postanowił dać nam prędzej czy później ten niczym niezasłużony dar modlitwy kontemplacyjnej i z trudem godzimy się na tę niepewność. Czyż w oczach Bożych bylibyśmy podzieleni niejako na dwie grupy – na tych, którzy są przeznaczeni do otrzymania łaski modlitwy kontemplacyjnej i na tych, którzy nie mając tego przeznaczenia, powinni trwać przed zamkniętymi drzwiami, kołacząc? Nie, to wcale nie jest takie proste. Oczywiście, że Jezus czyni, co chce i jest Panem swoich darów. Przychodzi i odchodzi, nawiedza raz jednego, a raz drugiego człowieka, zjawia się nagle albo każę na siebie długo czekać. A w dodatku to jest tylko taki sposób mówienia, że Jezus przychodzi, w rzeczywistości jego obecność nie objawia się jedynie przez jakąś wiedzę wlaną; Jezus ma dużo innych sposobów uobecnienia się w sercu każdego człowieka, który stara się modlić jak tylko może najlepiej, całą siłą swojej miłości – a ma wciąż poczucie, że nigdy się tego nie nauczy.
Zdarza się często, i jest zjawiskiem normalnym, że nasz świadomy stosunek z Jezusem rozpoczyna się od okresu łatwej modlitwy, będącej źródłem szczęścia oraz czułej miłości, która nam daje poznanie Chrystusa i ułatwia oderwanie się od wszystkiego. To jest okres normalny, chciałoby się powiedzieć: klasyczny i należałoby życzyć, aby każdy przeżywał go przez czas dłuższy lub krótszy. Nie trzeba starać się go skracać, ani odrywać się od niego przed czasem: te radości i ułatwienia przychodzą nam z rąk Pana i mają za zadanie ułatwić nam wyjście z naszego „ja”, rozpalić naszą miłość do Jezusa, do Maryi Dziewicy i do Świętych. Musimy tylko uważać, aby się w nas nie rozwinęły wady i niedoskonałości, na które jesteśmy narażeni w tym okresie.
Powiedziałem, że ten okres jest normalny. Ale co myśleć o tym, jeśli nie przeżywaliśmy go nigdy? Jeśli nigdy nie byliśmy wprowadzeni w tę modlitwę, pełną szczęścia z przynależności do Boga i całkowicie zaimprowizowaną przez Niego? Czy to jest nasza wina? Nie zawsze. Ale może się zdarzyć, że jesteśmy za to mniej lub więcej odpowiedzialni, bo zlekceważyliśmy naukę modlitwy. Byłoby jednak błędem zrzucać całą odpowiedzialność za trudności napotykane w tej dziedzinie, na brak formacji albo metody w modlitwie. Nie będziemy mieć nigdy pełnego zadowolenia z udanej modlitwy, choćby nie wiedzieć, jak była gorąca – oto pierwszy wniosek, który należy sobie zapamiętać. A nawet im więcej będzie nas ona zbliżać do Boga – tym mniej będziemy z niej zadowoleni. To uczucie niezadowolenia należy do modlitwy: jest dowodem nienasyconego pragnienia, które wzrasta razem z miłością i skończy się dopiero w chwili, gdy ujrzymy Boga twarzą w twarz. Trzeba zgodzić się z tym, że nigdy nie będziemy zadowoleni z naszej modlitwy, zdecydujmy się więc na to, aby ciągle od nowa, próbować robić lepiej, w tym przekonaniu, że rezultat – do pewnego stopnia – zależy od nas, nawet wówczas, gdy Bóg zechce wprowadzić naszą modlitwę na drogę całkowitej prostoty.
„Wzmocnieni w wierze, zakorzenieni w miłości – poznacie miłość Chrystusową”
„Modlić się – to znaczy myśleć o Jezusie – kochając Go”[5]. W modlitwie uczymy się poznawać Boga oraz bardziej Go kochać i choćby to poznanie było ciemne i nieodczuwalne, ono jednak stanowi zawsze niewidzialną drogę, po której stąpa miłość. Poznawać i kochać: ale przecież nam się wydaje, że właśnie to najrzadziej robimy w kaplicy.
Istnieje dość ogólna skłonność, żeby zaniedbywać szukania, poznawania Boga, bez czego jednak nie może być modlitwy. Czy to zaniedbanie nie leży często u podstaw owej nieokreślonej pustki wewnętrznej, na którą się skarżą różne osoby z poczuciem częściowej odpowiedzialności za ten stan? I czyż nie jest normalne, że w takich warunkach godzina adoracji staje się dla nas ciężką chwilą, którą przeżywamy u stóp Chrystusa Ukrzyżowanego? Niemniej wmawiamy w siebie, że ów czyn „darmo dany”, wykonany jedynie dla samego Chrystusa ma duże znaczenie i adoracja przedstawia się nam jako ofiara.
Z pewnością modlitwa ma w sobie moment ofiary i poświęcenia, ale ona nie jest tylko tym. Gdyby te odważne akty samozaparcia nie były podtrzymywane przez znajomość Jezusa, którą z kolei odnawia stale wiara – musiałaby doprowadzić nas do zniechęcenia. Zbyt woluntarystyczna postawa podczas modlitwy ma to niebezpieczeństwo, że przejdziemy mimo obok warunków koniecznych do złożenia ofiary z samych siebie, ofiary, która nie powinna być aktem samotnej odwagi, wymierzonej w próżnię, ale świadomym oddaniem samego siebie w ręce Jezusa ukrzyżowanego przez miłość: w tym celu nasza wspaniałomyślność powinna być kierowana w świetle wiary do Osoby Jezusa. Zdajemy sobie zresztą sprawę z tego, że ów stan nieokreślonej bierności duchowej, o którym wyżej mówiliśmy, odbiera nam odwagę, potrzebną do uczestniczenia w Krzyżu Jezusowym. Jesteśmy zbyt wyłączeni, wydani na łup samych siebie, a w naszej próżni brak bodaj słabego światełka, które by kierowało aktem naszej woli, przepoiło go miłością Jezusową i dało mu prawdziwy udział w Jego ofierze. Na szczęście nie zawsze sprawa tak się przedstawia, ale chciałem was ostrzec przed grożącym złudzeniem i pomóc wam uwolnić się od niego.
Najczęściej brak nam podczas modlitwy umiejętności zastosowania się do praw rozwoju cnót wiary oraz miłości. Modlitwa jest niczym innym, jak chwilą szczególnie poświęconą na ożywienie aktu wiary, połączone z pragnieniem osiągnięcia Boga przez jej ciemne światło w celu umiłowania Go jeszcze więcej: myśleć o Bogu – kochając. Nie możemy myśleć o Bogu nie znając Go, a ta poufna znajomość jest całkowicie zawarta w Boskiej wierze, która nas prowadzi poprzez odkrycie Jezusa aż do tajemnicy trójosobowego Boga. Jeśli kładę tak duży nacisk na znaczenie wiary to dlatego: że ona wyprzedza czystą miłość. Nasz błąd polega często na tym, że chcemy praktykować miłość, nie troszcząc się dostatecznie o zasilenie wiary. Jesteśmy nawet nieraz skłonni sądzić, że wiara może istnieć i umacniać się, nie będąc zasilana i nie korzystając z wysiłku władz poznawczych. Tu leży źródło naszego deficytu, a wszakże zależy tylko od nas, aby mu zaradzić i przez to nauczyć się lepiej modlić.
Czy nie zachodzi pewna dwuznaczność, gdy tak często mówimy o „życiu wiarą”? To wyrażenie posiada treść mało określoną: z pewnością chodzi tu o chęć wytrwania w wierności Jezusowi, ale bez dostatecznego wysiłku umysłowego, aby uściślić to pojęcie. Intelekt współczesnego człowieka ma naturalną skłonność do braku ścisłości i obiektywizmu, zadowala się łatwo utartymi sloganami, których treść jest bardzo ogólnikowa, ale które działają na sentymenty; istnieje tendencja, by strzec się wszelkiej dyscypliny oraz pomocy zewnętrznej, pod pozorem, że pragniemy być w prawdzie i pozostać sobą. Ta drażliwość na punkcie własnej bezpośredniości, od której uzależnia się istotną wartość modlitwy, przeszkadza w zrozumieniu czym jest prawdziwa wolność. Wstręt przed sztucznością przed każdą zewnętrzną formą, przed rutyną, każę nam odrzucać instynktownie wszelką tradycyjną podporę modlitwy, wszelką metodę, wszelki środek dyscyplinujący wyobraźnię oraz myśli; usiłujemy tak bardzo uprościć ramy życia duchowego – niech to będzie życie modlitwy i liturgii – że możemy dojść do tego, iż pozbawimy nasze przyrodzone władze poznawcze normalnego punktu oparcia. Jesteśmy spragnieni realizmu i chcąc uniknąć niebezpieczeństwa pozostania w pół drogi – nie obieramy żadnej drogi, narażając się przez to na zbłąkanie w przedwczesnej próżni, w której nie umiemy posuwać się naprzód.
Zasilenie wiary i ćwiczenie jej przez konkretne akty, przygotowuje nas bezpośrednio do modlitwy. Modlitwa, a zwłaszcza rozważanie jest nawykiem umysłu, wzmacnianego i sublimowanego przez łaskę. Jest nawykiem patrzenia na Jezusa, patrzenia na Boga i patrzenia na świat z punktu widzenia Bożego. Ten nawyk zdobywa się, jak wszystkie nawyki, przez powtarzania poszczególnych aktów, akty zaś te – jak wszystkie akty poznawcze – powinny mieć ściśle określony przedmiot, podany nam w tym wypadku przez Objawienie. Nie ma innej drogi. Żadne subiektywne uczucie tego nie zastąpi i żadna modlitwa, nie trafi do Boga przez sam – pozbawiony światła wiary – wysiłek dobrej woli i uczucia.
Nie improwizuje się modlitwy; ona jest zbyt związana z naszą osobowością. Modlitwa jest wyrazem naszego stanu wewnętrznego. Z konieczności zachodzi ścisła łączność między nią a ogólnym poziomem naszego stosunku z Bogiem. Wiara obudzi się i ożywi naszą modlitwę stosownie do stopnia siły oraz żywotności, które osiągnęła w swoim ogólnym rozwoju. Na to, aby wiara mogła wypowiedzieć się swobodnie w poufnym przestawaniu z Bogiem – trzeba, aby znajomość prawd w niej zawartych była dostatecznie zasilana także poza modlitwą. Wiara nasza może do tego stopnia zwiędnąć z powodu braku zasilania, że przestanie owocować. Wiara jest żyjącą rzeczywistością: karmi się poznaniem, które Bóg jej podaje, a wzmacnia się aktami, wzbudzanymi z miłości. Każda istota żyjąca pozbawiona pokarmu i ruchu musi zginąć, bo nic nie asymiluje. Jest to brak zdrowego sądu i logiki wpadać w zniechęcenia z powodu chwiejności swojej wiary – a równocześnie nie móc się zdecydować na dostarczenie jej pokarmu i ćwiczeń.
Powinniśmy, oczywiście, uczyć się stawać wobec Pana takimi, jakimi naprawdę jesteśmy: słabi, bez rzetelnej gorliwości, bez dostatecznego wyrzeczenia. I nie trzeba się lękać, że Pan Jezus nas takimi zobaczy. Ale ten sposób szczery i prosty trwania przed Bogiem nie wystarcza, nie możemy się na nim zatrzymać. Powinniśmy się wznieść ponad siebie, otrzymując od Jezusa wiedzę, potrzebną do tego, by Go poznać. W chwili modlitwy trzeba przynieść ze sobą to poznanie przez wiarę oraz pragnienie, aby otrzymać go więcej.
Karmić swoją wiarę chlebem Słowa
Karmić wiarę, to znaczy odkrywać przez czytanie czy słuchanie, pouczenia Boże o Nim samym albo o życiu Jego wśród nas. Ta wiedza Boża może być przyswojona jedynie przez, nasze władze poznawcze. Zbyt często zaniedbuje się ten aspekt wiary. Chciałoby się zanadto upraszczać i otrzymać tę wiedzę nie wiem już jakim sposobem, z pominięciom obrazów oraz idei, bez wysiłku wyobraźni i myśli – a to jest mylne, Z pewnością pouczenia Ducha Św., których tajemnicę On jedynie zna – są ważniejsze od jakiejkolwiek innej nauki, ale jeśli z jednej strony powinniśmy się przygotować do przyjmowania bezpośrednich natchnień Ducha Św., i oczekiwać ich z upragnieniem, to z drugiej – nie mamy prawa lekceważyć zasilania naszej wiary normalnymi środkami, dopóki to będzie potrzebne, a potrzebne będzie zawsze w mniejszym lub większym stopniu. Jeśli chcemy przygotować się jak najlepiej do tego, by podczas modlitwy usłyszeć głos Pana, pouczający nas bezpośrednio w głębi duszy, to powinniśmy dołożyć – poza modlitwą – wszelkich starań, aby pogłębić naszą znajomość prawd wiary. Te starania obejmują wysiłek skupienia uwagi, rozważania i pamięci. Wówczas nasza modlitwa będzie mogła się rozwijać w sposób bardziej prosty, cichy i w sercu lepiej przygotowanym. Odczujemy głęboki pokój, płynący z przeświadczenia, że uczyniliśmy wszystko, co jest w naszej mocy, aby Jezus mógł przyjść. I wtedy modlitwa prześwietli się po prostu pragnieniom i oczekiwaniem, nie wyprzedzając chwili.
Władzami poznawczymi, które wiara może wykorzystać w swoich celach są: wyobraźnia, inteligencja oraz pamięć. Gdy mówię: wyobraźnia, to mam na myśli pracę wszystkich zmysłów w tej mierze, w jakiej są ono środkami poznawania na usługach inteligencji. Odkąd odwieczne Słowo Boże stało się Ciałem w łonie Maryi Dziewicy, aby żyć pośród nas, przemawiać do nas ludzkim językiem i pełnić ludzkie czyny – nasze zmysły mają też swoje zadanie do spełnienia w dziedzinie poznania Boga. Pan Jezus ma postać ludzką, którą powinniśmy odkryć i ukochać, trzeba Go zobaczyć w rozmaitych sytuacjach Jego ziemskiego życia: trzeba Go zobaczyć, jak kochał ludzi, jak leczył ich i jak umierał za nich, trzeba usłyszeć Jego słowa i zachować to wszystko w pamięci. Trzeba rozważać Ewangelię, a to rozważanie zasili naszą pamięć i wyryje w niej postać Jezusa jako istoty najbardziej ukochanej na świecie: „A Maryja zachowywała te wszystkie słowa, rozważając je w swoim sercu”.
Ale to nie wystarcza, bo Duch Jezusa ożywia ponadto i pobudza do działania w czynie i w słowie – swój Kościół oraz Świętych.
Duch Jezusa natchnął myśl Apostołów i Ewangelistów, przechowają w pismach Nowego Testamentu, On też czuwa nad magisterium Kościoła od samego początku aż do Piusa XII i Jana XXIII: tenże Duch nagromadził w Kościele wszystko, cokolwiek rozum wzmocniony wiarą potrafił odczytać w Objawieniach i zwierzeniach Boga – ludzkości. Tu się znajduje na płaszczyźnie bardziej intelektualnej najpożywniejszy pokarm naszej wiary, pokarm zdrowy, mający gwarancję Kościoła. To odżywianie się doktryną i teologią stanowi niezbędną podstawę: i dlatego my wszyscy powinniśmy nauczyć się poznawać tajemnice Jezusa i Jego życie poprzez studia teologiczne. Nie wystarczy tylko zrozumieć i przyjąć; trzeba także powierzyć pamięci, po prostu: zapamiętać, aby następnie w ciągu życia Duch Jezusa mógł posługiwać się tymi elementami, oświecać je i ożywiać jakby od wewnątrz – swoim światłem. Poza tym historia świętych, którym Jezus dał wzrost w Kościele, ich postać ludzka, ich czyny oraz słowa – przemawiają również do naszego rozumu, choć nieraz poprzez wyobraźnię. Tu też znajdujemy pouczenia, które powinny wrazić się w naszą pamięć: Ewangelia ożywa w owych ludziach, bardziej do nas czasowo zbliżonych, których portrety mamy, być może, w ręku.
Rozważanie Ewangelii oraz Pisma św., czytanie życiorysów, dzieł ludzi Bożych, studium teologii według powołania i możliwości każdego z nas – oto są niezbędne podstawy modlitwy[6].
Jest rzeczą niemożliwą – według normalnych praw nadprzyrodzonej roztropności i wyjąwszy wypadki łaski nadzwyczajnej – dojść do życia modlitwy kontemplacyjnej na tym świecie bez zachowania owego warunku niezbędnego i przedwstępnego, którym jest dostateczne zasilenie swojej wiary: nikt nie potrafi chodzie bez jedzenia.
Trzeba też przeciwstawiać się skłonności do odczłowieczenia naszych władz poznawczych pod pretekstem oderwania i ubóstwa duchowego. Chodzi o to, by utrzymać w sobie znajomość Jezusa oraz Jego tajemnic i by ożywiać to wspomnienie. Nie mamy prawa obywać się – czy to przez lekceważenie, czy też tym bardziej z zasady – bez konkretnych sposobów, które są w stanie zbliżyć nam rzeczywistość osób i spraw świata niewidzialnego. Sam Jezus nie chciał się bez nich obyć, ale ustanawiając sakramenty, dowiódł nam, że przywiązuje znaczenie do konkretnych znaków podtrzymujących wiarę. Postać Jezusa ukrzyżowanego, którą mamy przed oczyma w swoim pokoju czy na stole – pomaga nam w chwilach trudnych, gdy na nią spojrzymy, do uprzytomnienia sobie rzeczywistości ofiary Chrystusowej. Obraz Matki Najświętszej przypomina nam tyle rzeczy. A jeśli nie odczuwamy już tej potrzeby, to może dlatego, że zaniedbaliśmy ją ożywiać i nie pamiętamy, iż jest naszym obowiązkiem kochać Matkę Boską, Pana Jezusa oraz świętych z pomocą wszystkich naszych biednych, ludzkich sposobów i gestów. Sądzę też, że w chwili, gdy pięć naszych zmysłów jest bardziej niż kiedykolwiek podniecone przez formy, barwy, dźwięki, muzykę, obrazy, telewizję, publicystykę – byłoby wręcz niebezpieczne wyrzekać się wszystkich środków widzialnych, przedstawiających świat niewidzialny, który przecież powinien nam być stale bliski przez wiarę. Byłoby zuchwalstwem zachowywać się inaczej, przyjmując postawę sprzeczną z prawami ludzkiej natury i ze stałym sposobom postępowania Boga względom nas.
Oczyszczać serca przez wiarę
Nie wystarczy zasilać swej wiary; trzeba, aby ona przeszła w czyn. Jeśli nie żyjemy według wiary w ciągu dnia, nie dziwmy się, że jest ona jakby zdrętwiała podczas adoracji. Aby zbliżyć się do Boga, potrzebne jest potrójne usposobienie duszy: oderwanie od całego świata i od siebie samego, miłość bliźniego oraz posłuszeństwo. Żadne z tych usposobień nie jest samorzutne: to są nawyki wyrabiane powoli przez świadome powtarzanie aktów.
Żyć – to działać. Żyć wiarą – to zmusić swoją wolę i uczucie do czynów, które nie są zgodne z naszymi zwykłymi, ludzkimi reakcjami, ale są logicznym następstwem niewidzialnej rzeczywistości, jaką tylko wiara może dosięgnąć. Na to, aby działać wbrew skłonnościom naturalnym, trzeba mieć przed oczyma duszy motyw wyraźny, choć na razie może podświadomy, jednak wystarczająco silny, aby wywołać nadprzyrodzoną reakcję. Trzeba mieć w pamięci postać Jezusa ukrzyżowanego albo słyszeć Jego słowa o konieczności zaparcia się siebie, ażeby zgodzić się na dobrowolną ofiarę, która nas zaskakuje niespodzianie w ciągu dnia. Jeśli potrafimy uzgodnić nasze życie z wiarą, to znaczy, że treść tej ostatniej jest bardzo żywa w naszej pamięci i zdolna wypowiedzieć się w czynach.
Modlitwa jest tak złączona z naszym życiem, że nie może być lepsza od niego. Jest aktem naszej chrześcijańskiej istoty i te same nawyki, te same cnoty działają podczas samotnych chwil naszej modlitwy, jak podczas życia czynnego wśród ludzi. Jedynie przedmiot i kierunek tych sił jest inny. W tym znaczeniu należy rozumieć jedność życia i modlitwy: jedno potrzebne jest drugiemu. Prawdziwa modlitwa tkwi zawsze w życiu. Byłoby jednak błędem do prowadzić do tej jedności, nadając modlitwie w sposób sztuczny treść i kierunek w ścisłej zależności od naszych zajęć czysto ludzkich. Gdy idziemy modlić się – idziemy złożyć wizytę Bogu. Oczywiście, że Bóg przebywa wśród ludzi i że łączymy się z Nim, ile razy spełniamy czyn miłości względem tych ostatnich. Niemniej Bóg pozostaje transcendentny dla wszelkiego stworzenia i żeby z Nim przebywać, trzeba koniecznie opuścić całą resztę, nawet ludzi, nawet aniołów, nawet, a przede wszystkim – samych siebie. Jest to warunek absolutny, od którego Bóg nie daje dyspensy, a który wymaga oderwania od wszystkiego, a w pierwszym rzędzie od samych siebie dla Boga. Znaczy to, że w chwili modlitwy trzeba świadomie umieć przekładać Boga ponad wszystko. Taki wybór nie dokonuje się przez improwizację, on się przygotowuje w ciągu dnia przez akty wiary.
Czyż jednak przebywanie z ludźmi, zwłaszcza z ludźmi cierpiącymi albo stroniącymi od Boga, nie zachęca nas i nie pomaga do modlitwy? Czyż konieczność zadośćuczynienia i niezbędność naszej misji „wytrwałych w modlitwie” – nie stają się dla nas jaśniejsze w kontekście ze złem? W modlitwie naszej ponosimy odpowiedzialność za dusze, ponieważ Jezus zechciał, aby w Jego Kościele rozrost łaski pozostawał w pewnym stosunku do modlitwy wielu, a przede wszystkim modlitwy tych, których sam wybrał. Modlitwa Jezusa, ta, która zapełniała Jego samotne noce, zwłaszcza na pustyni w okresie pokus, modlitwa, która uprzedziła wybór Apostołów, Jego dialog z Ojcem na Górze Tabor i w chwili wskrzeszenia Łazarza, modlitwa podczas Ostatniej Wieczerzy, jak i skarga Jego na widok tłumów pozbawionych opieki, albo Jego błaganie pełne łez w Getsemani – wszystkie te modlitwy Jezusa jako Syna Człowieczego, zanoszone w imię ludzi, były potrzebne do ustanowienia Królestwa Bożego wśród nas. Trwają one dotychczas, ale powinny znaleźć swój dalszy ciąg w modlitwie członków Jezusowych. Powinniśmy się modlić nie tylko tak jak Jezus, ale razem z Nim, ofiarując Mu się w taki sposób, by mógł On przedłużyć swoją modlitwę w naszej.
Dobrze wiemy, jak głęboko Jezus był przejęty widokiem nędzy ludzkiej, jak ją zanosił przed majestat swego Ojca, obarczony naszymi winami i słabościami. Ale ten, do którego mówił, był Jego Ojcem. On Go odnajdywał wówczas, gdy oddalał się od ludzi na długie czuwanie nocne: Jezus widział swego Ojca. Nasza modlitwa może tylko w sposób bardzo daleki upodobni się do Jego modlitwy, a najdoskonalszą jej postacią jest: ofiarować Bogu serce tak czyste, aby Jezus mógł przyjść i modlić się w nim swoją własną modlitwą.
Kontakty z ludźmi jako wkład w naszą modlitwę
W jaki sposób nasz kontakt z ludźmi i miłość mogą się przyczynić do udoskonalenia modlitwy?
Po pierwsze dlatego, że może wrócimy z naszej wędrówki pomiędzy ludźmi mniejszymi egocentrykami, będziemy bardziej oderwani od siebie i pokorniejsi; te same dyspozycje serca oraz umysłu są potrzebne do kochania Boga, jak i do kochania bliźniego. Niemożność wsparcia nędzy moralnej, której jesteśmy świadkami oraz zaradzenia złu – rzuci nas w modlitwę, nie w poczuciu bezsilności, która szuka najłatwiejszego wyjścia z sytuacji, ale dla zaznaczenia powagi naszego zadania. Czujemy potrzebę wołania do Boga, błagania Go, a przede wszystkim – ofiarowania Mu podwójnego cierpienia, które odczuwamy na widok zła i na widok własnej bezsilności w zwalczaniu go. Pamięć o ludziach, których nam Bóg powierzył, albo którzy pokładają w nas nadzieję, powinna ożywić w nas wiarę w prawdziwość powołania jako „zbawiających z Jezusem” i rzucić nas do stóp Pana. Musimy jednak uważać, aby wrażliwość nasza nie dała się przytłoczyć tą troską i abyśmy pozostali wolni dla Boga, gotowi przygarnąć wszystkich ludzi. Jezus niósł cierpienia i grzechy wszystkich ludzi w swojej duszy, nie w swoim uczuciu. Choćbyśmy byli przepełnieni troskami i nieszczęściami naszych braci, nie możemy przejmować się nimi więcej niż Bogiem i nie potrafimy się modlić prawdziwą modlitwą, która cuda otrzymuje, jeśli nie oderwaliśmy się od wszystkiego, żeby wpatrzeć się w samego tylko Boga. Stosunki z ludźmi mogą nam dać lepsze przygotowanie do modlitwy, nowe intencje bardziej bezpośrednio odczute, zdolne pobudzić naszą gorliwość i pchnąć nas do żarliwej modlitwy błagalnej, ale wszelkie zbliżenie do Boga w Jego życiu wewnętrznym, wszelka adoracja, wszelki prawdziwy z Nim dialog – w żaden sposób nie może być bezpośrednim rezultatem naszego stosunku ze stworzeniami, ponieważ jodynie cnoty teologalne dają nam przystęp do Serca Bożego.
III. NA PROGU MODLITWY
Chwila modlitwy jest więc przygotowana przez wierność i wspaniałomyślność, których dowody daliśmy w ciągu zajęć całego dnia. Jesteśmy zjednoczeni z Jezusem o tyle, o ile Go kochamy naprawdę. Ta sama wewnętrzna więź, która nas z Nim łączy wtedy, gdy cała nasza istota jest zaangażowana w modlitwie – łączy nas także wówczas, gdy zajęci jesteśmy pracą albo stosunkami z ludźmi. Na tym polega jedność naszego życia. Ale podczas modlitwy wszystkie nasze możliwości poznania i działania powinny być zwrócone bezpośrednio do Jezusa i wyłącznie w Nim pogrążone. Gdy więc nadchodzi chwila modlitwy, musi się dokonać w naszej postawie zasadnicza zmiana: autentyczność naszej modlitwy będzie zależeć od tego, w jaki sposób potrafiliśmy zrobić ów zwrot do Boga.
Na to, aby móc zwrócić jedynie do Boga nasze władze poznawcze oraz zdolność działania – musimy je wprzód oderwać od tego wszystkiego, co nas zaprząta przez cały dzień. Trzeba wstrzymać wszystkie czynności zewnętrzne, przerwać wszelką pracę i uspokoić wzburzenie nerwowe, trzeba skierować ku Bogu zmysły, wyobraźnię, pamięć oraz inteligencję. Przyjdzie to nam z trudem, jeśli już przedtem nie nabyliśmy pewnego nawyku oderwania, ale Jezus ostrzegał wyraźnie, że nie możemy iść za Nim, jeśli nie opuścimy wszystkiego: ludzi, rzeczy, a w pierwszym rzędzie – samych siebie. Trzeba się zgodzić na to, że musimy zatracić siebie, zatracić swoje życie i że Pan Bóg upomni się może o to wyraźnie podczas modlitwy. Oderwać się – jest świadomym aktem naszej osobowości; powinniśmy zostawić sobie pewien czas na odnalezienie siebie, na uspokojenie i odprężenie. Nie trzeba nigdy wpadać z pośpiechem do kaplicy pod pozorem, że jesteśmy spóźnieni. Nie to jest ważne, aby przedłużyć adorację o kilka minut, ale żeby ją dobrze odprawić. Owo przejście od zaaferowania życiem do modlitwy jest konieczne i jeśli go poważnie nie zrobimy – modlitwa nie będzie dobra. Początek modlitwy jest chwilą najważniejszą – wszak św. Tomasz twierdzi, że w naszej mocy jest tylko dobrze zacząć modlitwę, bo zbyt trudne, żeby nie powiedzieć niemożliwe dla człowieka – nawet z pomocą łaski – jest wytrwać dłuższy czas w modlitwie, nie ulegając roztargnieniem.
Wchodząc więc do kaplicy, musimy już być po dokonaniu tego przejścia, ale dobrze jest skonkretyzować je przez jakiś akt zewnętrzny, któremu postaramy się być wierni, przynajmniej do chwili, kiedy stan naszej modlitwy wewnętrznej na tyle się utrwali, że nie będziemy już potrzebować specjalnego przygotowania, gdyż Bóg będzie zawsze obecny w głębi naszej duszy. Jasnym jest, że jeśli już jesteśmy z Nim, wewnątrz naszej izby – to nie będziemy wychodzić na zewnątrz, aby z uszanowaniem, pukać do drzwi i wchodzić po raz drugi.
Gdy już raz jesteśmy w kaplicy, to minimum tego, co możemy zrobić jest: wyrazić ruchami i postawą wiarę w obecność Jezusa oraz nieskończoną cześć i miłość, które mamy dla Niego. Byłoby to niewybaczalne, gdybyśmy zaniechali tego rodzaju modlitwy, tym bardziej, że jest on nam zawsze dostępny. Jesteśmy nieraz bardzo nielogiczni, jeśli chodzi o modlitwę: skarżymy się, że nie umiemy się modlić, a równocześnie nie robimy tych aktów, które są w naszej mocy i które stanowią początek dobrej modlitwy.
Obawiam się, że pominięcie tych skromnych, zewnętrznych środków wypływa nie tylko z zaniedbania, ale i z pewnej zasady, bardziej albo mniej świadomej. Boję się, abyśmy pod pozorem unikania formalizmu oraz rutyny znaków – nie odrzucili elementarnych sposobów dobrej modlitwy – a to byłoby poważnym niebezpieczeństwem. Lekceważenie drobnych rzeczy pociąga z konieczności lekceważenie wielkich. Brak uszanowania w postawie zewnętrznej nie może się łączyć z wewnętrznym nastawieniem nieskończonej czci należnej Bogu, bo – ludźmi jesteśmy. Jedność natury ludzkiej jest tak ścisła, że najgłębsze nasze przeżycia są związane z odpowiednią postawą ciała, która nie tylko jest ich wyrazem, ale nieraz pomaga nam odczuć je w prawdzie. Sposób wyrażania na zewnątrz tych przeżyć oraz potrzeba ich wyrażania, zmienia się stosownie do ras i cywilizacji, niemniej jedność, która istnieje między modlitwą a ruchami jest tak ściśle ludzka, że poddał się jej nawet Syn Boży[7].
Postawa podczas modlitwy powinna wyrażać cześć dla Boga, równocześnie ułatwiać nam skupienie wewnętrzne. Na ogół biorąc, postawa w kaplicy powinna pomagać nam w modlitwie, ale normalnie nie należy traktować jej jako środek umartwienia, chyba, że nadejdą chwile tak ciężkie, iż nie będziemy mieć pozornie nic więcej do ofiarowania Bogu, jak postawę naszego ciała. Gdy modlitwa idzie nam ciężko, powinniśmy ją stale odnawiać; ponieważ zaś tylko jej początek leży prawdziwie w naszej mocy, musimy więc nakazywać sobie od czasu do czasu, że cztery do pięciu razy na godzinę, postanowienia ponownego oddania się Bogu i tak się zachowywać, jak byśmy dopiero przed chwilą weszli po raz pierwszy do kaplicy.
„Panie, naucz nas modlić się”
Apostołowie byli nieraz świadkami długiej modlitwy Jezusa w nocy albo o świcie, na pustyni albo na górze: z pewnością mieli wielką ochotę naśladować Go i modlić się tak jak On, ale im się to nie udawało. Na Taborze i w Getsemani, czyli w dwóch punktach szczytowych modlitwy Jezusa – oni po prostu spali. Nie byli w stanie modlić się tak, jak Jezus i być może, iż w chwili zniechęcenia poprosili któregoś dnia Pana Jezusa, aby ich nauczył, jak mają się modlić. „Panie, naucz nas modlić się, tak jak Jan nauczył swoich uczniów” (Łk 11,1).
Nie wiemy, w jaki sposób Pan zabrał się do dzieła, aby nauczyć modlitwy swoich uczniów. Chodziło zapewne o jakąś modlitwę wspólną, złożoną z psalmów, a nie o cichą modlitwę wewnętrzną. W przeciwnym razie Apostołowie nie postawiliby tego pytania swemu Mistrzowi. Pan Jezus zaś odpowiada po prostu, odmawiając wobec nich Ojcze Nasz. To wszystko. Następujące tu po sobie prośby świadczą o tym, co odczuwał sam Jezus wówczas, gdy się modlił. Zwraca się do Ojca, a przeżycia Jego, które się odbijają w tej modlitwie, to adoracja i założenie Królestwa Bożego w duszach ludzi. Później Jezus powie, że ci, którzy do Niego należą mają się modlić w Jego imię.
Jeśli Jezus nie powiedział nic na ten temat, to dlatego, że chciał, aby Jego Kościół i Mistrzowie duchowni, których Duch Święty w tym Kościele wzbudza, nauczyli ludzi modlitwy stosownie do rozmaitości epok, miejsca, umysłów i temperamentu.
Z biegiem wieków zmieniają się nie tylko ludzkie możliwości tych, którzy się modlą. W miarę rozwoju życia duchowego w Kościele, następuje pogłębienie samej modlitwy, jej udziału w rozszerzaniu się Królestwa Bożego na ziemi i bardziej świadome uczestnictwo w modlitwie i ofierze Jezusa poprzez Jego Ciało mistyczne. Rozwój życia zakonnego, ongiś wyłącznie mniszego, ku nowym formom, bardziej apostolskim, uświadomienie sobie zadań misyjnych, objawienia Najświętszego Serca Jezusa i wreszcie pogłębienie Kultu Eucharystii, pozwoliły nam lepiej zrozumieć, do jakiego stopnia modlitwa chrześcijan, podobnie jak modlitwa Chrystusa i dzięki niej, jest czynem uwielbienia, wstawiennictwa oraz zadośćuczynienia w imieniu całej ludzkości.
Za naszych czasów ta świadomość jest żywsza niż kiedykolwiek, wzbudziła ona u wielu potrzebę bardziej konkretnej formy tego posłannictwa stałej modlitwy w imieniu ludzi, a mianowicie chęć dzielenia ich warunków życia. Nasze powołanie idzie po tej linii. „Jesteśmy głosem ubogich, ich znakiem liturgicznym” – pisał mi jeden z was.
Nawe pojęcie modlitwy, które czerpie swój punkt wyjścia i do pewnego stopnia swoją formę w ogołoceniu narzuconym przez warunki bytowania ludzi ubogich, a także współczesna mentalność, pozostająca pod wpływem rytmu aktualnego świata – wszystko to sprawia, że sposoby modlitwy, podawane nam przez mistrzów duchowych ubiegłych stuleci, straciły część swojej skuteczności. Dla niektórych osób stały się one nawet psychicznie nie do przyjęcia. Jest to prawdopodobnie jedna z przyczyn trudności odczuwanych przez wielu w dążeniu do skupienia i w utrzymaniu się w takowym. Człowiek, na którego działa przez cały rok bez przerwy rytm nowoczesnego miasta, odczuwa wielką trudność w opanowaniu wyobraźni i myśli. Nerwowe zmęczenie, stałe napięcie, fakt, że musi przyjmować w ciągu dnia i w sposób półświadomy cały tłum obrazów, blasków i tonów, wszystko to stwarza rodzaj niemożliwości wewnętrznej koncentracji oraz skupienia uwagi. Na drodze do modlitwy kontemplacyjnej grozi to słabością i ubóstwem środków, którym nie jesteśmy w stanie całkowicie zaradzić. Ale nie wolno nam się zniechęcać, ani poddawać się biernie losowi.
Trzeba działać w dwóch kierunkach, mianowicie: przeciwstawiać się tej słabości w granicach dla nas dostępnych, przygotowując się do modlitwy według podanych wyżej wskazówek; dopiero wówczas, gdy uczynimy sumiennie wszystko, co jesteśmy w stanie uczynić, będziemy mieli prawo przedstawić Bogu tę naszą słabość, jako pokorną ofiarę, błagając Go, by zechciał jej użyć jako środka do wprowadzenia nas w modlitwę prostej wiary i całkowitego oddania siebie, którego dokonać w nas może jedynie duch samego Jezusa. Dary Ducha Świętego zostały złożone w nas, jako obietnica pomocy Bożej, która będzie w nas działać wówczas, gdy okaże się, że zadanie, powierzone nam przez Jezusa, przerasta najzupełniej nasze siły.
Trzeba więc równocześnie robić pokornie wszystko, co jest w naszej mocy, aby dobrze się modlić, błagać Ducha Świętego, aby nam pomagał bez zwłoki oraz przygotowywać się przez wielkie pragnienie i cierpliwe, ufne oczekiwanie na przybycie modlitwy Jezusa, w której On sam będzie się przez nas modlił. Jeśli to wszystko zrobiliśmy, pozostaje nam tylko trwać ufnie, z uszanowaniem dla modlitwy, nie zaniedbując jej starannego przygotowania i zaczynając na nowo każdego dnia. Chodzi o to, aby za każdym razem wkładać w ten trud całe serce, tak jakby to był pierwszy jej dzień, z takim samym jak wtedy oczekiwaniem przyjścia Jezusa i w wielkim pokoju. Mamy bowiem pewność, że w tej ciemności, wbrew temu, co czujemy albo nie czujemy, Pan Jezus jest obecny i jest z nas zadowolony, więc modlitwa nasza musi być skuteczna; brakuje nam jedynie tego, by odczuwać tę obecność i cieszyć się nią. Ale rzeczywistość, którą jest w tym wypadku sam Bóg, ma większe znaczenie niż jej odczuwanie: na tym polega wiara, której będziemy poddani aż do śmierci.
To właśnie tłumaczę w modlitwie „Ubogich ludzi”. Byłoby błędem używać podanych tam argumentów po to, aby pozostać biernym, nie ucząc się modlić, nie przeciwstawiając się zewnętrznym trudnościom modlitwy dlatego tylko, że są one naturalne w naszym życiu i że nie możemy ich całkowicie uniknąć. Wszystko to jednak stanie się oczyszczeniem, oczekiwaniem na łaskę zjednoczenia oraz ofiarą miłą Bogu – pod podwójnym warunkiem: że zrobimy wszystko, co jest w naszej mocy, aby pokierować naszą modlitwą i uczynić z niej możliwie najpełniejsze dziękczynienie oraz że postaramy się sprowadzić do minimum trudności materialne i zewnętrzne, które zwykle opóźniają jej rozwój.
Potrzeba modlitwy ustnej
Dobrze jest rozpoczynać adorację od wypowiedzenia powoli, wewnętrznie jakiejś modlitwy ustnej, a jeszcze lepiej: powiedzieć ją półgłosem, jeżeli jesteśmy sami. W ten sposób wyrażamy z całą prostotą, pragnienie ofiarowania Panu całej naszej istoty wraz ze czcią i postanowieniom dobrej modlitwy. Dobrze jest robić to nawet wówczas, gdy czujemy pociąg do modlitwy prostej obecności (całkowitej prostoty). Powinniśmy stać w obecności Bożej jako ludzie, a dobrze odmówiona modlitwa ustna jest prawdziwą ofiarą.
Czy nie byłoby słuszne zaczynać modlitwy od wezwania Ducha Świętego, odmawiając np. Veni Creator? Dobrze jest też pamiętać o Aniołach i o Najśw. Dziewicy, ich Królowej, ponieważ Aniołowie zostali specjalnie wyznaczeni przez Boga, aby być posłańcami naszej modlitwy; mają też za zadanie pomagać nam skuteczniej w niezręcznym wysiłku, z jakim kierujemy wzrok naszej duszy ku Temu, którego oblicze oni oglądają bez zasłony.
Dobrze jest zmieniać treść modlitw, aby uniknąć rutyny, ale nie stawiajmy znaku równości między rutyną a nawykiem. Niektórzy z nas mają skłonność usuwania ze swego życia duchowego wszelkiej regularnej modlitwy ustnej i wszelkiego konkretnego jej wyrażania – a to pod pretekstem unikania rutyny; oczywiście przyzwyczajamy się łatwo do wszystkiego, co jest zewnętrzne i konkretne. Ale tak samo przyzwyczajamy się do tego, aby nie robić żadnych wysiłków duchowych, więc ta droga prowadzi do pustki wewnętrznej i do letniości. Nie staniemy się bardziej gorliwi przez to, że odrzucimy ćwiczenie, które początkowo było nam wyraźnie pomocne. To, że nasza wrażliwość nie reaguje już na jakąś modlitwę ustną albo na jakieś ćwiczenie nie jest powodem, żeby je odrzucać. Powinniśmy się zdobyć na odpowiedni wysiłek uwagi i miłości, aby przywrócić tym aktom ich pierwotne znaczenie i w dalszym ciągu używać ich jako znaków wyrażających uczucia, które szczerze pragnęlibyśmy odczuwać oraz ofiarować je Bogu. Liturgia, Msza św., oficjum, Ewangelia, różaniec, Droga Krzyżowa, kult Najśw. Sakramentu – wszystko to są praktyki, do których można się przyzwyczaić; czyż dlatego będziemy stopniowo wyrzekać się wszystkich zewnętrznych form modlitwy? Zwalczanie rutyny przez odrzucanie wszelkich praktyk, do których moglibyśmy przywyknąć – jest złudzeniem. Można się bronić, mnożąc ich rozmaitość, ale lepiej jest wznieść się na wyższy poziom ducha i wiary, która, choć może nie znajduje pożywki dla siebie w tych aktach, jednak gotowa jest ich używać, jako sposobu wypowiedzenia się na zewnątrz.
Wzrok utkwiony w Boga
Chodzi o to, aby podczas modlitwy utrzymać wzrok wiary utkwiony w Boga i kierować ku Niemu wszystko, co przeżywamy: uwielbienie, dziękczynienie, radość z Jego chwały i z tego, że jest tym, kim jest, wstawiennictwo i zadośćuczynienie. Trzeba też zachować postawę ogołocenia wewnętrznego, unikając – na ile nas stać – tumultu dystrakcji, trosk i marzeń. Roztargnienia są zresztą w pewnej mierze nie do uniknięcia, ale najważniejszą rzeczą jest zachować wśród nich spokój, płynący z przeświadczenia, żeśmy zrobili wszystko, co jest w naszej mocy, aby ich nie mieć i wobec tego nie jesteśmy za nie odpowiedzialni. Zresztą nie zawsze trzeba walczyć wprost z roztargnieniami i marzeniami, co byłoby denerwujące i w dodatku bezskuteczne, ale należy po prostu, bez nerwów, skierowywać ku Bogu, ku Jezusowi, wyobraźnię oraz myśl. Nie ma takie metody, która pozwoliłaby nam uniknąć wszystkich roztargnień podczas modlitwy. Jedyną rzeczą, którą możemy oddać Bogu całkowicie, jest pragnienie kochania Go, a nie nasza pełna świadomość. Ale uwaga serca zależy bądź co bądź od zwykłej uwagi. Dlatego powinniśmy używać wszystkich dostępnych nam środków, które mogą pomóc w skierowaniu uwagi wyobraźniowej oraz intelektualnej – na Boga. Najlepszym lekarstwem przeciw roztargnieniem jest zwalczanie ich przyczyn oraz ścisłość w przygotowywaniu się do modlitwy. Roztargnienia zależą przecież od przyczyn, które poprzedzają modlitwę: kłopoty, zaaferowanie pracą, niepokoje, całe nasze życie codzienne staje przed nami w pamięci tym łatwiej, że w chwili modlitwy pole naszej świadomości jest wolne.
Sposoby, których należy używać, aby skupić na Bogu uwagę wyobraźni oraz umysłu, są bardzo różne. Zależą one z pewnością od usposobienia wrodzonego, od stanu zdrowia, od rodzaju zajęć, od większego albo mniejszego nawyku do modlitwy, ale przede wszystkim od sposobu, w jaki odpowiadamy na natchnienia Ducha Świętego. Jedni posługują się bardziej wyobraźnią, którą kierują na Chrystusa, na jego mękę, na tajemnice Jego życia, albo na Matkę Boską, na Aniołów i na Świętych, którzy już oglądają Boga twarzą w twarz. Inni dochodzą łatwiej do skupienia prostszego i bardziej ogołoconego. Uproszczenie modlitwy jest po części rezultatem nawyku skupienia, ale przede wszystkim jest dziełem Ducha Świętego. Nie mam na myśli modlitwy skupienia ani tej, do której nie znamy już drogi, bo nie mamy tu nic innego do roboty, jak dać się prowadzić przez Ducha Świętego. Może też zaistnieć niebezpieczeństwo zatrzymania się na płaszczyźnie rozważań intelektualnych czy wyobraźniowych, zamiast starać się wypowiedzieć w serdecznym dialogu z Bogiem najrozmaitsze uczucia miłości, wdzięczności i nieskończonej czci, które Mu są należne.
Każdy powinien znaleźć rodzaj modlitwy, który mu najwięcej odpowiada, trzeba mieć swój własny schemat, zwłaszcza gdy modlimy się długo. Oba schematy, których używał Brat Karol są bardzo proste i mogą nam służyć za wzór[8]. Odsłaniają nam one charakterystyczną postawę wewnętrzną, a także sposób, w jaki jego wiara, ożywiona miłością, posługiwała się wyobraźnią oraz zmysłami, aby dać niewidzialnym rzeczywistościom siłę takiej oczywistości, że stanie się zdolna, zawładnąć uwagą i pchnąć wolę do czynu. Znajdują się tu wszystkie elementy prawdziwej modlitwy, której nie ma powodu naśladować dosłownie, bo prawdopodobnie mamy inne usposobienie niż O. de Foucauld, ale jego metoda może nas natchnąć do znalezienia własnej drogi, która najlepiej odpowiada naszym pragnieniom oraz trudnościom i najbardziej jest dostosowana do sposobu, w jaki Bóg prowadził nas dotychczas[9].
Karmienie Eucharystią i Ewangelią
W modlitwie O. de Foucauld istnieją elementy stałe, które powinny znajdować się zawsze w modlitwie Małego Brata. Dlatego nasz wzrok wewnętrzny będzie się kierował najchętniej na Jezusa, począwszy od obecności Jego w Eucharystii i od rozważania Ewangelii. Trzeba odnawiać w sobie wiarę w prawdziwą obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie – o ile zajdzie tego potrzeba – przez modlitwę albo odpowiedni hymn. Dopóki łaska utrzyma w nas żywe spojrzenie uwielbienia oraz miłości, dopóty trzeba trwać i nie zajmować się niczym innym. Ale jeśli to jakoś nie idzie, wówczas trzeba czynnie współpracować z modlitwą, co się nam nie uda, jeśli nie przywykliśmy trzymać się ustalonego z góry schematu. Schemat ma na celu dopomóc uwadze duchowej i zmysłowej, aby skierować się na Boga w spojrzeniu wiary. Na ogół jest on z początku dokładniejszy i bardziej rozwinięty, a później będzie mieć tendencję do uproszczenia się tego, aby stać się wreszcie prostym nawykiem wewnętrznej uwagi na obecność Bożą. Byłoby wielkim zaniedbaniom z naszej strony zwolnić się z ułożenia metody, odpowiedniej do naszego życia wewnętrznego, choćbyśmy później mieli ją zmienić.
Aby ustalić metodę, trzeba wziąć pod uwagę kilka prostych zasad. Nie zapominać, że akt wiary wymaga koncentracji uwagi, ta ostatnia zaś nie potrafi się na ogół utrzymać przy jednym przedmiocie, o ile nie zostanie pobudzona przez silne bodźce zewnętrzne.
Musimy więc przewidzieć częste zaczynanie modlitwy na nowo, np. co dziesięć albo piętnaście minut: nie obawiajmy się wtedy znów uklęknąć, odnowić naszą świadomość obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, albo przeczytać kilka linii Ewangelii. Czy mamy przewidzieć używanie też innych książek w czasie godziny adoracji? Tak – ile razy stwierdzimy, że pomagają nam one do stanięcia w obecności Bożej. Nie – jeśli zdajemy sobie sprawę w głębi duszy, że ta lektura jest właściwie tchórzostwem, jakby ucieczką przed aktem oddania się Bogu i przekreślenia siebie, choć wiemy dobrze, że te akty są konieczne, aby przyjąć ciemną, choć rzeczywistą obecność Bożą w głębi naszej duszy. Czytanie duchowne powinno być krótkie, obejmujące bardzo prosty tekst, w którym jest wyraźnie mowa o Bogu, o Chrystusie, o Matce Najświętszej. Powinniśmy je robić nie ze względu na medytację samą w sobie, choćby ono mogło ją niezmiernie wzbogacić, ale żeby przywrócić wewnętrzny dialog z Bogiem, w którym pierwsze miejsce zajmie miłość, a nie czysto umysłowe rozważania.
A potem nie zostaje nam już nic innego, jak trwać cierpliwie, bez niepokoju o uzyskany rezultat, który zresztą wymyka się spod naszej kontroli. Jeden Bóg zna wartość naszej modlitwy. Lepiej nie zastanawiać się nad wartością samej modlitwy, ale raczej nad tym, czy byliśmy wierni w przygotowaniu jej, w utrzymaniu odpowiedniej postawy wewnętrznej oraz w czynnej współpracy. Jeśli zrobimy wszystko, co jest w naszej mocy, wówczas nie pozostaje nam nic innego, jak trwać i nigdy się nie zniechęcać. Najlepszą modlitwą nie jest ta, w której wydaje się nam, żeśmy najwięcej otrzymali. Pan Jezus tak silnie podkreślał znaczenie wytrwałości jako nieodzownego warunku dobrej modlitwy, że jest zupełnie normalne, aby od czasu do czasu nie mieć innych motywów tejże wytrwałości, jak tylko ów nakaz Jezusa oraz ufną wiarę w spełnienie Jego obietnic.
Modlitwa i kult Eucharystii
Mogą być rozmaite formy modlitwy, stosownie do danej chwili i do otrzymywanych od Boga łask. Może być ona spokojną kontemplacją Oblicza Bożego – albo być napiętnowana ofiarą, w łączności z modlitwą Chrystusa w Getsemani, może też ona – zwłaszcza gdy modlimy się przed Najśw. Sakramentem uroczyście wystawionym – przybrać postać kultu Eucharystii. Naszym zadaniem, wynikającym z profesji zakonnej, jest czcić obecność i chwalebne Człowieczeństwo Jezusa w Najświętszym Sakramencie, a także wielbić je w imieniu Kościoła oraz ludzi, na których służbę poświęciliśmy nasze życie. Gdy Brat Karol od Jezusa modlił się w swojej ubogiej kaplicy, jego modlitwa brała za punkt wyjścia akt wiary w obecność sakramentalną Chrystusa. Ta święta obecność stawała się niejako miejscem jego modlitwy. Widoczny znak postaci, które ukrywają prawdziwe człowieczeństwo Jezusa – powinien być bodźcem wyzwalającym oraz kierującym naszą adoracją. Nie wolno nam jednak poprzestać na radowaniu się obecnością eucharystyczną w naszej kaplicy, jedynie ze względu na nas samych. Bylibyśmy wtedy skłonni widzieć w wystawieniu Najświętszego Sakramentu tylko jeszcze jedną zewnętrzną uroczystość, pogłębiającą gorliwość naszej własnej modlitwy. W takim wypadku każdy oceniałby ją inaczej, stosownie do swego osobistego usposobienia i łatwo mógłby przeoczyć zasadniczy aspekt kultu eucharystycznego, którym jest oddanie czci oraz uwielbienie Ciała i Krwi Jezusa. Ten kult powinien być zewnętrzny i wyrażać się w sposób konkretny oraz widzialny pod grozą zlekceważenia wartości znaku, zasadniczej w sakramentach. Pan Jezus zachęca nas do tego przez to, że postanowił zostać z nami widzialnie i dotykalnie – jeśli można się tak wyrazić. W tym bezinteresownym aspekcie uwielbienia i adoracji, kult eucharystyczny posiada rację bytu nawet wtedy, gdy jest nam trochę niewygodny i gdy nam się zdaje, że moglibyśmy się pozbyć tej zewnętrznej formy, pozostając nadal wierni modlitwie. Nie powinniśmy sądzić, że sprawą jest miłość oraz zjednoczenie z łaskę i cnoty teologiczne – wobec tego kult Eucharystii zajmuje jakieś drugorzędne miejsce. Należy on do logiki miłości, bo każda miłość pragnie wyrazić się na zewnątrz. Istnieją powody naszej czci Najśw. Ciała Chrystusowego, które rozumie serce, ale nie pojmuje rozum. Nie będę powtarzać tu tego, co już powiedziałem o konieczności dla nas ludzi wyrażania przez znaki zewnętrzne swoich przeżyć wewnętrznych, to co tam mówiłem, stosuje się do kultu eucharystycznego takiego, jaki ustanowił Kościół.
Ten kult jest dla naszej słabości pokarmem oraz niezbędną podporą, toteż nie powinniśmy się go nigdy pozbawiać, wyjąwszy przez posłuszeństwo. W naszych „Braterstwach” kult Eucharystii jest prawie jedynym znakiem zewnętrznym konsekracji, która kładzie znamię na naszym życiu zagrzebanym w powszedniości zmaterializowanego społeczeństwa; czy nie byłoby więc zarozumiałością wyobrażać sobie, że możemy bezkarnie obyć się bez tego znaku, który sam Jezus zechciał umieścić w naszym ziemskim życiu? Zresztą bardzo nieliczni są ci, którzy nie zaznali na sobie czułej łaski gorliwości, łaski związanej z wytrwałym i pełnym czci kultem Najśw. Sakramentu. Postawa pokornej uległości przepisom Kościoła, poleceniom tak bardzo usilnym Brata Karola od Jezusa, nakazom naszej reguły – taka jedyna postawa może nas otworzyć na przyjęcie wszystkich łask, związanych z naszym powołaniem.
Wprawdzie O. de Foucauld, idąc za szczególnym wezwaniem miłości, nie zawahał się poświęcić na przeciąg kilku miesięcy, nie tylko adoracji Najśw. Sakramentu, ale samej Jego świętej obecności, a także odprawiania Mszy Św., ale nie zdecydował się na tę ostateczność bez wielkiego wahania oraz bólu i stale tęsknił do chwili, w której będzie mu dane odnaleźć tę ukochaną obecność, pełną łask; ona stała się dlań, w dosłownym brzmieniu tego słowa, drogą wiodącą do Boga. I nam też może się zdarzyć, że przez posłuszeństwo naszemu powołaniu będziemy zmuszeni pozbawić się w niektóre dni Mszy św., a nawet obecności eucharystycznej. W takim wypadku Pan uzupełni łaski, które otrzymujemy zwykle poprzez Sakrament Ciała Jezusowego i Jego kult, ale musimy wtedy bardziej niż kiedykolwiek być spragnionymi uczczenia Ciała Chrystusowego i Komunii z Nim[10].
Załącznik I: O kontemplacji
Obawiam się, że istnieje nieporozumienie co do określenia „kontemplacyjny”. Trzeba zacząć od dokładnego ustalenia, co rozumiemy przez to wyrażenie.
Naprzód stwierdzamy fakt, że kontemplacja nadprzyrodzona istnieje: wszelka sprawa, stan duszy albo rodzaj życia może być nazwany kontemplacyjnym jedynie w odniesieniu do tego faktu. Kontemplacja jest to doświadczalne i nadprzyrodzone poznanie Boga poprzez obopólną miłość (connaturalite d’amour) pod wpływem darów Ducha Świętego. W szerszym znaczeniu tego słowa rozumiemy pod tym określeniem stan wewnętrzny, który przygotowuje albo poprzedza Boską kontemplację. Kontemplacja sama w sobie, w swoim najistotniejszym akcie jest niedostępna dla władz naszej duszy: jest światłem Bożym i Bóg pozostaje na zawsze jej wyłącznym Panem. Istnieje jednak cały zespół aktów przygotowawczych, który leży najzupełniej w naszej mocy, a który stanowi niejako przejście ku kontemplacji w tym znaczeniu, że jest na ogół potrzebny do pełnego jej rozwoju. Łaski kontemplacji nie są koniecznym następstwem tych przygotowań, ani nawet tęsknego oczekiwania na ich przyjście, są jednak jakby przedłużeniem i dalszym ciągiem normalnym – choć w tajemniczy sposób darmo danym – naszej wędrówki na spotkanie Boga w świecie. I dlatego prawdą jest, że wiele dusz nie otrzymuje łaski kontemplacji wlanej z powodu braku gruntownego przygotowania. Pan Bóg rzadko kiedy uzupełnia w sposób bezpośredni to, co dusza mogła uczynić własnym wysiłkiem.
Sądzę, że ostateczne przygotowanie duszy na przyjęcie wiedzy wlanej, która jest mądrością, da się streścić w swojej istocie w jednym zdaniu: „śmierć wszystkiemu, co nie jest Bogiem”. To nastawienie potrzebuje koniecznie podłoża miłości, ono zawiera w sobie zupełne oderwanie od stworzeń, a przede wszystkim od siebie samego Nie dlatego, aby taka śmierć sobie i stworzeniom leżała całkowicie w naszej mocy: łaska kontemplacji wykończy to dzieło, wprowadzając pożerający ogień miłości w głębię naszej duszy, tam, gdzie my jesteśmy całkiem bezsilni. Ale ta śmierć, choćby była w nas aktualnie bardzo niedoskonale realizowana, powinna być przynajmniej w naszyć intencjach chciana, upragniona i ukochana.
Zasadnicze przygotowanie na przyjęcie kontemplacji wlanej znajduje się więc w porządku miłości. Co zresztą jest zupełnie normalne wobec faktu, że kontemplacja polega na swobodnym działaniu darów Ducha Świętego, których rozwój jest współzależny od rozwoju miłości[11].
Sam tylko Bóg wie, do jakiego stopnia miłość jest jedynym łącznikiem między Nim a nami. Grubość drzwi nie jest duża i Pan Bóg jest, być może, nieraz bliższym tego, który kołacze – niż tego który znajduje odrzwi otwarte i może zajrzeć do wnętrza. Jest to znakiem szczególnej miłości Bożej, że wezwał nas, abyśmy trwali ufnie przed zamkniętymi drzwiami, nie przestając kołatać, ponieważ całą naszą nadzieję pokładamy w słowie Tego, którego co dzień szukamy na pustynnej drodze: „Proście, a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie, kołaczcie a będzie wam otworzone. Bo ktokolwiek prosi – otrzymuje, a kto szuka – znajduje, a kołaczącemu będzie otworzone”. Nasze szukanie jest już poniekąd znalezieniem, a nasze wyczekiwanie pod drzwiami – już nas wprowadziło do wnętrza tajemnicy, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Przyjmijmy z radością cząstkę, którą nam Pan przeznaczył: bądźmy pewni, że – jakakolwiek by ona była – zawiera w sobie na pewno dar życia Bożego, nadziei i światła, a zwłaszcza współudział w Krzyżu.
Załącznik II: O czytaniu i rozważaniu Pisma św.
Czytanie Pisma św. połączone z rozważaniem, a zwłaszcza czytanie ksiąg Nowego Testamentu – jest chlebem powszednim, zasilającym wiarę. Jak każde pożywienie, powinno być podawano regularnie i przyswajane przez organizm. Szukaj w tym czytaniu dwóch rzeczy: poznania prawdziwego Oblicza Boga i Pana naszego Jezusa Chrystusa oraz nauczenia się praw, którymi powinieneś się rządzie, aby stać się podobnym do Jezusa.
Czytanie Biblii, połączone z rozważaniem, jest środkiem nieodzownym do przygotowania się do kontemplacji tajemnic Bożych. Nie potrafisz się obejść bez nich. Gorliwe życie modlitwy jest nie do pomyślenia bez uprzedniego zasilenia swego umysłu, pamięci oraz serca – rozważaniem Słowa Bożego.
Czytanie Pisma świętego połączone z rozważaniem powinno wrazić w twoją pamięć postawę Boga – Człowieka oraz głoszone przez Niego nauki, aby je wprowadzić w czyn. Nie postąpisz w zrozumieniu Pisma św., a zwłaszcza Ewangelii, jeśli nie będziesz praktykował tego, o czym czytasz. Dopiero wówczas odsłoni ci się tajemnica Pisma i otrzymasz udział w Mądrości Bożej, gdy będziesz żyć Ewangelią i czynić według niej. Nie czytaj Ewangelii przez ciekawość, ale po to, aby znaleźć w niej rozkaz, mobilizujący cię natychmiast. Trzeba być przemienionym przez praktykowanie mądrości ewangelicznej, aby móc przyjąć światło Boże.
Księgi Starego Testamentu wymagają na ogół, aby im poświęcić więcej czasu, nie będziesz więc mógł prawdopodobnie czytać ich codziennie, zrób to jednak w granicach swoich możliwości, przynajmniej raz w tygodniu.
Księgi Nowego Testamentu, zwłaszcza Ewangelie, powinny stanowić twoją lekturę codzienną. Będzie ona dłuższa albo krótsza, stosownie do czasu, którym rozporządzasz i stosownie do stopnia zażyłości ze świętymi tekstami: zażyłości, którą uzyskasz z czasem w świetle Bożym.
Istnieją różne okresy w korzystaniu z Pisma św. Pierwszy okres, absolutnie niezbędny, polega na odkryciu świętych tekstów i na uzyskaniu potrzebnych wiadomości z dziedziny historii i egzegezy, bez których nie mógłbyś zrozumieć prawdziwego znaczenia przytoczonych wydarzeń, faktów oraz pouczeń. Drugi okres jest okresem czytania, połączonego z rozważaniem. W tym okresie twoja myśl, wspomagana łaską, usiłuje odkryć głęboki sens świętych tekstów, zapamiętać je i przyswoić sobie. Trzeci okres zaczyna się wówczas, gdy posiadamy tak wielką znajomość tekstów, że wydają się nam, iż nic nowego w nich nie znajdziemy: siła słów jest jakby stępiona przez przyzwyczajenie. Powinieneś wtedy niejako przewałkować pokornie jeszcze raz święte teksty, z sercem otwartym na przyjęcie Ducha Świętego, obiecanego przez Jezusa, tego Ducha, który jeden potrafi odsłonić przed tobą powoli niedościgłe bogactwa Mądrości Bożej, ukrytej pod powłoką nieudolnych słów ludzkich.
Trzy powyższe sposoby rozważania Biblii, nie wykluczają siebie wzajemnie; dobrze jest zawracać do jednego albo do drugiego wedle potrzeby. Dobrze jest zmieniać metody, stosowane w rozważaniu lektury. Podczas trzeciego okresu będziesz potrzebować dużo cierpliwości, pokornej wytrwałości oraz ufnej wiary; pamiętaj też o tym, co było powiedziane o modlitwie kontemplacyjnej i dostosuj to również do rozważania Pisma[12].
Załącznik III: O modlitwie ustnej
Nie umniejszaj jej wartości. Odkąd tajemnice, ukryte w Bogu zostały wypowiedziane ludzkimi ustami Wcielonego Boga, stało się koniecznym, aby i twoje wargi wyrażały modlitwę oraz wewnętrzne przeżycia, stwierdzając w ten sposób twoją ludzką naturę, a równocześnie naśladując modlitwę Jezusa i łącząc się z nią.
Modlitwa ustna ma podwójny cel: okazać na zewnątrz to, co przeżywasz wewnętrznie oraz wzbudzić, względnie wzmocnić w tobie to, co wyrażają jej słowa. Modlitwa ustna jest ofiarą złożoną Bogu – powinna być tego godna. Tymczasem traci ona całkowicie znaczenie, jeśli nie jest aktem pełnego człowieczeństwa, złożonym ze czcią i uwagą.
Modlitwa ustna wyraża na zewnątrz jednolitą modlitwę braci, połączonych we wspólnocie umysłów oraz serca, zgromadzonych w obecności Pana i modlących się w Jego imieniu. Ale pamiętaj, że modlitwy się nie recytuje, lecz mówi się do Boga[13].
Załącznik IV: O pobożnych praktykach
Pobożne praktyki to jeszcze nie jest doskonałość. Trzeba nawet zaznaczyć, że nie są one modlitwą, tylko sposobami i środkami modlitwy. Można sobie wyobrazić życie chrześcijańskie, nawet doskonale, bez żadnej praktyki pobożnej, a nie można go sobie wyobrazić bez częstej modlitwy. Jeśli podczas medytacji używamy ściśle określonej metody – to będzie właśnie „praktyka” – środek służący modlitwie i jej podporządkowany. Czy trzeba przez to rozumieć, że każda modlitwa ustna jest tylko „środkiem”? Powinno się nazywać „praktyką” każdą ściśle sformułowaną modlitwę, którą postanawiamy odmawiać stale, publicznie, albo prywatnie, np. Anioł Pański i różaniec. Jedyny wyjątek stanowi modlitwa liturgiczna. Ale modlitwa ustna, która wytryska spontanicznie z serca i nawiązuje dialog z samym Bogiem, bez żadnej ustalonej z góry formuły – nie jest „praktyką”. W życiu Chrystusa i Maryi nie spotykamy żadnych praktyk, bo oni nie potrzebowali specjalnych „środków” modlitwy. Ich ustne wypowiedzi były spontanicznym wyrazem tego, co przeżywali. W ten sposób wytrysnęły wspaniałe modlitwy, zapisane na kartach Ewangelii, znajdujemy je na ustach Chrystusa, jak np. modlitwa Arcykapłańska przy końcu Ostatniej Wieczerzy, albo modlitwa podczas Jogo agonii, znajdujemy je też na wargach Najśw. Dziewicy – hymn „Wielbi dusza moja Pana”.
Praktyki pobożne mają więc o tyle wartości, o ile rozpalają w nas życie modlitwą oraz ułatwiają nam nabycie i praktykę cnót chrześcijańskich. Oceniać je należy wyłącznie pod kątem ich wydajności w tej dziedzinie. Musimy jednak uważać, aby nie wpaść w przeciwne błędy – byłoby równie wielką nieroztropnością odrzucać lekkomyślnie dane ćwiczenie pod pozorem, że nie odpowiada już ono wcale naszym aktualnym potrzebom – jak trzymać się go kurczowo, jakby doskonałość była ściśle przywiązana do tej właśnie praktyki. Można porównać ćwiczenia pobożne do rusztowania albo do szkieletu wznoszonego budynku. Jeśli zdejmiemy rusztowanie za wcześnie, to budynek zostanie nie wykończony. Jeśli usuniemy zbyt prędko części szkieletu, ponieważ wydaje się, że budowa jest skończona – ryzykujemy całkowitą albo częściową ruinę gmachu. Ale i na odwrót: gdy główne roboty są już ukończone, jest nieraz pożyteczne usunąć niższe części rusztowania, aby ułatwić prowadzenie dalszej pracy. Wreszcie, gdy dom jest już całkowicie i mocno zbudowany, trzeba koniecznie usunąć wszystkie rusztowania. To samo dotyczy pobożnych ćwiczeń. Każdy wypadek powinien być rozważany osobno i trzeba wielkiej roztropności, aby rozstrzygnąć go tak, jak należy. W tej dziedzinie nie ma recept ani łatwych decyzji.
Na koniec podam parę zasad, o których nie wolno zapominać. Nie oceniajcie nigdy wartości waszego dnia według dokładności w odbywaniu praktyk. Nie pozwalajcie sobie nigdy na osądzanie innych w tej dziedzinie. Można i trzeba postawić ogólną zasadę, choć oczywiście zdarzają się wyjątki, że im dalej dusza postąpiła w życiu wewnętrznym, tym mniej potrzebuje praktyk. W niektórych wypadkach mogą one naprawdę krępować i stać się przeszkodą w modlitwie. Szereg ćwiczeń zewnętrznych dobrze odbytych, daje niekiedy złudzenie pobożności, a w rzeczywistości nie przynoszą żadnej korzyści duszy. Na to, aby korzyść zaistniała, praktyki powinny być wyrazem naszego życia wewnętrznego oraz przyczyniać się do rozwoju prawdziwej modlitwy i do wzrostu miłości. Nie wolno nam mieć postawy biernej wobec ćwiczeń duchownych[14].
Część trzecia
MODLITWA W ŻYCIU
I. STAŁOŚĆ W MODLITWIE
Obecni w święcie niewidzialnym
Każdy człowiek jest całkowicie i naturalnie obecny w aktualnej rzeczywistości, do której przywiera przez wszystkie swoje zmysły. Chrześcijanin, a ze szczególnego tytułu swego powołania – kontemplatyk, powinien być oprócz tego obecny w święcie niewidzialnym. Człowiek oddany modlitwie ma tę cechę, że jest obecny w całym święcie: w świecie rzeczy widzialnych, które osiąga przez zmysły i w świecie rzeczy niewidzialnych, których dotyka przez wiarę. Te ostatnie, powinny mu być tym bliższe, że są bardziej rzeczywiste w prawdziwym znaczeniu tego słowa. Ów dualizm życia i jego perspektyw rozdziera wewnętrznie człowieka wierzącego i sprawia, że czuje się on obco wśród swoich braci, którzy nie noszą w sercu wizji innego świata. Przebywając wśród ludzi – kimkolwiek by oni byli – towarzysze pracy, przechodnie, a nawet krewni i przyjaciele – będziecie się czuć jednocześnie bardzo daleko i bardzo blisko od nich, a to uczucie stanie się chwilami tak silne, że aż bolesne. Będzie to uczucie samotności, połączone z niemożnością przekazania towarzyszom wewnętrznej wizji, mimo waszej najlepszej woli – bo przecież kochacie tych ludzi. Tak właśnie żył Chrystus pośród ludzi, równocześnie całkowicie obecny i tajemniczo nieobecny, wśród samotności nieskończenie boleśniejszej i głębszej niż ta, którą wy moglibyście kiedykolwiek przeżyć. Byłoby błędem zwalczać to uczucie samotności oraz następstwa, jakie pociąga za sobą. W dniu, w którym przestaniemy być w pewien sposób znakiem zapytania dla otaczających nas ludzi – będziemy mogli powiedzieć sobie, że przestaliśmy nosić wśród nich Obecność Niewidzialnego i nie będziemy dla nich świadkami życia ani światła.
Chodzi więc, o zrealizowanie w sobie obcowania ze światem i niewidzialnym. Jest to dzieło wiary, która będzie się rozwijać, aż stanie się w naszym życiu siłą habitualnie czynną i będzie w nas jakby okiem zawsze otwartym na sprawy Boże, gotowym na przyjęcie wewnętrznych świateł. Wizja wiary ma swoje źródło i swój wyraz w modlitwie. Mały Brat powinien być „stały w modlitwie”. Wydaje mi się, że to określenie, wzięte w całym bogactwie jego konkretnej treści, a używane dziś w różnych organizacjach syndykalnych i zawodowych, wykazuje jasno, jaka powinna być nasza postawa wobec Boga i ludzi. Ono wyraża dobrze nasze powołanie do modlitwy oraz jego charakterystyczne cechy.
Stałym pracownikiem jest człowiek, który pozwala sobą rozporządzać w danej specjalizacji, poświęcając jej część swego czasu dla dobra ogółu: podobnie Mały Brat powinien być ciągle w stanie rozporządzalności w dziedzinie modlitwy.
Stały pracownik powinien też – jak to wyraża samo określenie – dać gwarancję pewnej ciągłości pracy, ta zaś zakłada dłuższą obecność pracownika w danym miejscu. Podobnie Mały Brat powinien być obecny przed Bogiem i przed Chrystusem w sposób stały, poprzez stan modlitwy, który ma w nim trwać bez przerwy. Wreszcie stały pracownik jest przedstawicielem swoich towarzyszy. Powinien o tym pamiętać, jeżeli chce w duchu służby wypełnić bez zarzutu powierzony, sobie mandat. To samo obowiązuje Małego Brata na płaszczyźnie odpowiedzialności duchowej: wziął ją na siebie na mocy jedności Ciała Mistycznego Chrystusa, która czyni go – w dosłownym brzmieniu tego słowa – przedstawicielem swych braci w modlitwie.
Życiowa potrzeba modlitwy
Powinniśmy zawsze być gotowi do modlitwy. A nie będziemy gotowi, jeśli nie uwierzymy głęboko w jej życiowe znaczenie. Jak można wymagać od kogokolwiek, aby podjął się zadania, w którego wartość on sam w gruncie nie wierzy? To, że z największą dokładnością i z maximum dobrej woli stosujemy się do regulaminu, który nam wyznacza czas na modlitwę – nie oznacza jeszcze, że wierzymy w jej wartość. Dopóki nie zaangażowaliśmy osobiście naszej istoty i całego życia w modlitwę, z pełną odpowiedzialnością za to, co robimy, mimo zmęczenia pracą, mimo ponęt rzeczy zewnętrznych oraz ludzi i pośród wabiącej nas aktywności doczesnej – dopóty nie jesteśmy jeszcze prawdopodobnie gotowi do modlitwy i nie łudźmy się co do tego.
Modlitwa naszego życia ma dwa aspekty: istnieją chwile modlitwy czystej, chwile skupienia, odosobnienia, milczenia oraz zaprzestania wszelkiej zewnętrznej działalności, istnieje też stały stan modlitwy, trwającej podczas wszystkich naszych czynności, podczas pracy i stosunków z ludźmi.
Omówimy naprzód pierwszy sposób modlitwy, który warunkuje – cokolwiek by się o tym nie mówiło – sposób drugi. W naszej epoce panuje ogólna gorączka czynu. Książa i zakonnicy ulegają jej także, zwłaszcza, że są nagabywani zewsząd przez prace apostolskie, nie cierpiące zwłoki, a tak liczne, że nie są w stanie im podołać. Czas przeznaczony na modlitwę wydaje się nam jakąś próżnią, jakimś zatrzymaniem się w drodze, a zachowujemy go jeszcze przez resztę skrupułów, albo dlatego, iż wbijano nam wielokrotnie w głowę, że przestaniemy być prawdziwymi apostołami, jeśli nie będziemy czerpać sił z modlitwy i z medytacji. Często jednak wcale nie mamy uczucia, że coś wtedy czerpiemy, podczas gdy działalność apostolska oraz poświęcenie się dla innych dają nam niezaprzeczalne wrażenie wewnętrznego bogacenia się. Pod naporem zewnętrznych nalegań dojdziemy wreszcie do przekonania, że chwile samotności i milczenia są zwykłą stratą czasu, i że dużo lepiej będzie oddać się całkowicie działalności zewnętrznej, byleby wewnętrzne zjednoczenie z Bogiem przemieniało je w ciągłą modlitwę. Ale chociaż nie jest błędem – daleko od tego – chcieć przemienić swoje życie w stałą modlitwę, byłoby jednak bardzo mylne sądzić, że czysta modlitwa może stać się zbędną. Jest ona obowiązująca nie tylko jako źródło tego, co nazywamy dzisiaj rytmem modlitwy „l’oraison diffuse”, ale jako czynność wyższego rzędu, niezbędna w naszym stosunku z Bogiem, od której żadna potęga świata nie może nas zwolnić. Któż bardziej niż Jezus Chrystus trwał w obecności Ojca, pogrążony w modlitwie i adoracji, ponieważ wizja Boga tkwiła nieprzerwanie w Jego duszy podczas rozległej działalności zewnętrznej, a jednak widzimy, że Pan Jezus korzystał z każdej nadarzającej się okazji, aby się zagłębić w milczeniu i samotności czystej modlitwy: „a rozpuściwszy rzeszę, wszedł na górę sam na modlitwę” (Mt 14,23). „A wstawszy bardzo rano, wyszedł i oddalił się na miejsce samotne i tam się modlił” (Mk 1,35). Pan Jezus urywał te chwile modlitwy męczącym dniom, podczas których oddawał się całkowicie swoim uczniom, chorym i tłumowi, napierającemu nań zewsząd i szukającemu Go. Wieczorem, w nocy albo wczesnym rankiem ucieka, aby się modlić. Jezus jako Człowiek odczuwał potrzebę modlitwy czystej, pozbawionej wszelkiej działalności ludzkiej.
Człowiek, który ma zmysł Boga, nie dziwi się tej potrzebie, jednak w miarę jak traci ów zmysł – a w związku tego, świadomość, że jest stworzeniem – traci też zmysł modlitwy, przekreślając siebie wobec Boga. Modlitwa pochwalna, która stanowi istotę modlitwy, nie służy – w ścisłym znaczeniu tego słowa – do niczego i póki nie zrozumiemy dogłębnie tej prawdy, póty nie będziemy umieli się modlić. Jaki pożytek przynieść nam mogą trzy pierwsze prośby Ojcze nasz?
Ileż siły i światła czerpiemy z owej prawdy, gdy będąc przekonani o jej słuszności, zaczynamy praktykować ją w życiu. Mimo pięknych teorii, które posiadamy w odniesieniu do modlitwy pochwalnej oraz naszego stosunku z Jezusem i z Panem Bogiem zdarzyć się może nieraz, że idziemy na modlitwę bardziej albo mniej świadomie po to, by uzyskać coś konkretnego: żeby wzmocnić odwagę, żeby się zasilić i jak się to teraz mówi „odżywić”. A gdy zagości kiedyś modlitwa wiary ze swoją oschłością w zmysłach i pustką myśli – wówczas powstanie zamęt nie lada. Doprowadzić zaś do tego może, zwykła zmiana otoczenia i środowiska albo trud i zmęczenie pracą: wystarcza, że Pan Jezus przestanie nas pociągać do siebie w sposób czuły, a przyjdzie zniechęcenie, nuda podczas modlitwy i – jeszcze trochę – a przestaniemy wierzyć w Jej skuteczność, co z kolei musi się odbić ujemnie na jej praktykowaniu. Nie będziemy wówczas wcale „gotowi do modlitwy”.
Oddać całego siebie w oderwaniu od świata
Trzeba mieć głębokie przekonanie, że idziemy na adorację nie po to, aby otrzymać, ale po to, aby dać, więcej jeszcze: żeby dawać zawsze, nie wiedząc, że dajemy i co dajemy. Idziemy, aby oddać wśród ciemności nocy całą naszą istotę Bogu. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, co zawierają słowa: oddać się całkowicie Bogu: ile tam jest ślepej wiary, czasem cierpienia, a zawsze miłości. Adoracja i wszelka modlitwa nie są przede wszystkim uczuciem albo myślą: one są uznaniem władzy Boga nad nami, nad najtajniejszą głębią naszych dusz: jest to dzieło wspanialsze i bardziej absolutne, niż możemy to sobie wystawić. Jest to akt, który wymaga dużej odwagi oraz ufnego poddania się działaniu Chrystusa w nas, co jest niekiedy straszliwie bolesne. W miarę nabywania doświadczenia zrozumiemy coraz lepiej, do jakiego stopnia modlitwa wymaga całkowitego oderwania się od stworzeń. W chwili modlitwy powinna się w nas dokonać, w sposób prawdziwie aktualny – jakby śmierć wszystkiemu, co nie jest Bogiem. Właśnie dlatego tyle osób, zakonników i świeckich ucieka od prawdziwej modlitwy i chroni się w złudnej modlitwie ustnej albo w namiastce rozważania nad jakimś zagadnieniem moralnym. Wszystko to jednak będą bardziej albo mniej świadome wybiegi jeśli nie zdobyliśmy się na zasadniczy akt oddania siebie, który jest wstępnym warunkiem każdej prawdziwej modlitwy. Nie znaczy to bynajmniej, że trzeba zarzucić modlitwy ustne albo rozważanie Ewangelii i prawd wiary. W niektórych jednak wypadkach mogą one służyć jako „alibi” dla duszy, która nie chce się oddać.
Nasza gotowość do modlitwy obejmuje więc nie tylko wiarę w jej wartość, ale rzetelną pracę nad oderwaniem wewnętrznym które powinno być gruntowne i bez granic, wedle rozmiaru naszej miłości. Wiara zaś w wartość modlitwy powinna się wypowiadać w bardzo konkretnych formach.
Przede wszystkim powinniśmy pragnąć modlitwy. Nie ulega wątpliwości, że jeśli nasza adoracja zawiera w sobie rzeczywisty dar z siebie Chrystusowi, to będziemy jej pragnąć stosownie do miary naszej miłości. Nie wyobrażajmy sobie jednak, że to pragnienie powstanie samo z siebie. Ono nie jest naturalne dla człowieka: staje się łatwym i spontanicznym tylko dzięki działaniu nadprzyrodzonej łaski. Normalnie – jest aktem wiary. Zaś akt wiary równa się aktowi woli, który narzuca całej naszej naturze, często wbrew jej oporowi i wśród ciemności, postawę zgodną z rzeczywistością świata niewidzialnego: dlatego nic nie jest prawdziwsze, jak postawa duszy albo jej działalność, nakazana przez wolę w świetle wiary. Nie trzeba sądzić, że każda postawa jest o tyle prawdziwa, o ile jest naturalna i spontaniczna. Tylko wiara może to sprawić, że będziemy pragnąć modlitwy. To pragnienie będzie się w nas powoli zakorzeniać, przygotowując drogę samej modlitwie. Ale najlepszym sposobem aby obudzić pragnienie spotkania się z Jezusem podczas adoracji jest: rzeczywiście ją odprawiać. Im więcej się modlimy, tym więcej pragniemy modlitwy. Czujemy wtedy, jak wzmaga się w nas i ustala owo rozdarcie między Jezusem a ludźmi, między miłością Boga a miłością człowieka, rozdarcie, które cechuje duszę kontemplacyjną.
Trzeba więc przejść do praktyki i stać się nie tylko teoretycznie, ale całkiem realnie gotowymi do modlitwy. Byłoby zaś dowodem, że nie jesteśmy gotowi, gdybyśmy nigdy nie czuli potrzeby spędzenia kilku chwil na modlitwie bezinteresownej, tylko przez miłość do Jezusa czekającego na nas, a także gdybyśmy sądzili, że spłaciliśmy dług wobec Pana Boga dlatego, że odprawiliśmy nakazane nabożeństwo. Faktem jest, że człowiek kochający modlitwę zawsze jakoś znajduje na nią czas.
Miłość jako więź między czynem a modlitwą
Zbyt często istnieje prawdziwy rozłam między modlitwą a życiem. Na to, aby spełnić nasze powołanie, nie wystarczy poświęcić modlitwie oznaczone chwile w ciągu dnia. Musimy dążyć wytrwale do spełnienia nakazu Chrystusowego odnośnie stałej modlitwy. Całe nasze życie powinno być modlitwą. Wydaje mi się, że aby do tego dojść, potrzebny jest potrójny wysiłek: aklimatyzować, wszczepić modlitwę w konkretne warunki życia, wśród których ma się rozwijać, pracować nad tym, by stała się ona żywym aktem miłości i darem siebie, wreszcie doprowadzić do tego, by nasze czyny stały się automatyczną modlitwą.
Potrzebujemy na to, aby się modlić, zwłaszcza wówczas, gdy nie jesteśmy pod bezpośrednim wpływem działania Ducha Świętego, pewnych dyspozycji psychicznych oraz sposobów ćwiczenia naszej wiary. Właśnie w tej dziedzinie powinno się dokonać to, co nazwałem aklimatyzowaniem się modlitwy w środowisku. Tymczasem bardzo często nasze życie duchowe jest nastawicie na ton zbyt intelektualny i to stanowi ważną przyczynę, która jednak nieraz przechodzi niespostrzeżenie, braku wewnętrznej równowagi i zaniechania, modlitwy, zwłaszcza może u kapłanów i u zakonników.
Przy tym trzeba zawsze pamiętać, że więzią i to więzią jedyną, która może zaprowadzić jedność w nas samych i w naszym życiu, a zwłaszcza między modlitwą a czynem, jest miłość. Zbyt często zapomina się o tym: modlitwa jest dziełem miłości i praca powinna być dziełem miłości i służba bliźnim też powinna płynąć z miłości. Pan Jezus nakazał nam kochać Boga i bliźnich, naszych braci, aż do śmierci sobie: na tym polega doskonałość. Człowiek, powołany przez Boga do życia kontemplacyjnego, powinien bardziej niż inni czuwać nad tym, aby jego modlitwa była dziełem miłości, aby była autentyczna i żywa. Nie sądźmy, że to się zrobi samo z siebie. Nawet w ciągu samej modlitwy dobrze jest przypomnieć sobie słowa św. Pawła: „Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jako miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice i posiadał wszelką wiedzę i wiarę taką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał – byłbym niczym” (1 Kor 13,1-2, Tyniec).
Zbyt często nasze modlitwy są tylko praktykami bez życia. I jak się tu dziwić, że następuje rozłam między życiem, a takim sposobem modlitwy?
Modlitwa jest żywa, jeśli jest życiodajnym aktem tego, co w nas żyje, a więc wiary i miłości. Trzeba też, aby modlitwa wyrażała prawdę, jeśli ma nas połączyć takich, jakimi jesteśmy, z całym naszym zmęczeniem, nędzą, grzechami i pokusami – z Chrystusem, który stoi tuż, między Bogiem a nami. Modlitwa jest czynem istoty żywej, czynem miłości, a więc aktem oddania siebie Bogu.
Tu podkreślamy przede wszystkim wysiłek wiary, prawie zawsze ukryty i oschły, który szuka Boga, a pomijamy na razie mniej lub bardziej stałą działalność darów Ducha Świętego. Jedynie bowiem wiara wymaga od nas czynnego wysiłku, podczas gdy mamy się tylko poddać działaniu Ducha Świętego, które przychodzi jakby samo z siebie wykończyć to, co rozpoczął nasz trud, tak nieraz ubogi w swoich skutkach.
Z tą samą troską o czystość intencji i w tym samym porywie miłości mamy iść na adorację, jak do pracy i do służby bliźniemu. Wówczas nasze życie będzie jednolite. Na dnie naszej duszy pozostaje jakby utajone pragnienie miłości oraz chęć okazania tej miłości, czy to w cichej modlitwie, czy w pracy, czy w rozmowie. Taki stan wymaga opanowania siebie i ogołocenia ze wszystkich nieporządnych zachcianek. Tylko pod tym warunkiem będziemy mogli opanować całość naszego działania w modlitwie oraz w pracy i uczynić zeń różnoraki wyraz jednej i tej samej miłości.
Całe nasze życie powinno być modlitwą
Trzeba nauczyć się modlitwy stałej, nie tylko w chwilach jej wyłącznie poświęconych. Musimy dobrze zrozumieć o co tu chodzi, bo nieraz spotyka się w tej dziedzinie mniej lub więcej niedokładne pojęcia, które są źródłem zniechęcenia.
Gdy mówimy o modlitwie, o trzymaniu się w obecności Boga, chodzi zawsze o akt wiary, nie tylko o akt miłości. One są ze sobą najściślej połączone i jedno bez drugiego nie może istnieć; ale nie można powiedzieć, że nasze czyny i całe dnie są modlitwą tylko dlatego, iż przeżywamy je z miłością. Jest tu nadużycie słownictwa i w końcu sami nie wiemy, co dane określenia znaczą. Modlić się – jest aktem, w skład którego wchodzą w większym albo mniejszym stopniu, rozumna myśl oraz wiara, które wielbią albo proszą słowami lub bez słów. Modlić się – to jest patrzeć, to jest myśleć, to jest mówić, to jest błagać ze łzami, mniejsza z tym, czy posługujemy się przy tym określonymi wyrazami, czy ideami, czy obrazami, czy też bez porównania głębszym, ale mrocznym spojrzeniem kontemplacji. Jeśli tego nie ma – nie możemy twierdzić, że się modlimy w ścisłym znaczeniu tego słowa.
Cóż więc mamy robić, aby przedłużyć modlitwę na cały dzień, w jaki sposób uczynić z niej modlitwę stałą? Każde poświęcenie może być uważane za modlitwę w szerokim znaczeniu tego słowa. Nasze życie, wzięte pod tym kątem widzenia, może stać się modlitwą, jeśli jest wyraźnie ofiarowane Bogu, zwłaszcza w łączności z Ofiarą Eucharystyczną. Takie ofiarnicze nastawienie, jeżeli jest odnawiane świadomie podczas każdej Mszy św., nadaje wszystkim czynnościom całego dnia charakter ofiary, która czyni z nich prawdziwą modlitwę życia. Stąd płynie wartość ducha ofiary, dzięki któremu nasze życie staje się rzeczywistą modlitwą.
Nasze życie może stać się modlitwą, jeśli zachowujemy we wszystkich jego okolicznościach swobodę ducha, która jest pierwszym warunkiem modlitwy. Jesteśmy wtedy zawsze gotowi do modlitwy. Dotykamy też wówczas konieczności ascezy wewnętrznej, ponieważ swoboda ducha jest synonimem oderwania się od wszelkiego stworzenia i wszelkiej ludzkiej zapobiegliwości. Nauczmy się zachowywać tę swobodę przy równoczesnej gotowości oddania się radosnego pracy, przyjaciołom, towarzyszom i braciom. W chwili rozpoczynania modlitwy zorientujemy się niechybnie, czy zachowaliśmy tę swobodę ducha, którą nazwałbym inaczej: „milczeniem wewnętrznym”. Miłość Krzyża Chrystusowego dopomoże nam je zachować.
Wszyscy jednak będziemy czuć potrzebę czegoś więcej: mianowicie chwil poświęconych wyłącznie modlitwie. Wytyczmy nimi w częstszych lub rzadszych odstępach czasu – drogę naszego życia. Nauczmy się modlić w sposób najprostszy słowami albo prostym spojrzeniem duszy, wszędzie i za każdym razem, gdy Bóg zawezwie nas do tego swoją łaską. Owa stałość modlitwy w ścisłym znaczeniu tego słowa przybiera tyle różnych form, ile jest osób oraz okresów w rozwoju wiary. Będzie to wspomnienie jakiegoś wersetu z Ewangelii, proste spojrzenie na Chrystusa, uczucie obecności Matki Najświętszej, albo też odruch ofiary w samej głębi duszy w intencji któregoś z towarzyszy, czy też wszystkich ludzi, wywołany przez przyjazny kontakt z kimś, przez widok zła, przez zetknięcie się z obojętnością tłumu. Jednym słowem chodzi tu o reakcję naszej wiary, która zmierza powoli do tego, by przejść w stan habitualny aktu i utrzymać nas w kontakcie z rzeczywistością świata niewidzialnego. Owe powtarzające się akty wiary przygotowują stan prostej kontemplacji, który wzbudzić w nas mogą jedynie dary Ducha Świętego. Modlitwa właściwa (prière diffuse) jest więc spojrzeniem wiary, na rzeczywistość tego świata. Istnieje pewien sposób patrzenia w świetle wiary na człowieka, na pracę, na przyjemność i na związane z nią zabiegi, który stawia nas w pełnej prawdzie ludzkiej i boskiej, widzialnej i niewidzialnej. To są jakby narodziny modlitwy.
Modlitwa zbawcza
Świadomość, że jesteśmy rzeczywiście przedstawicielami ludzi wobec Boga, jest potężną pomocą w uzyskaniu ducha wiary. Trzeba przez ciągły nawrót do tej myśli zakotwiczyć w sobie wizję świata w świetle wiary. Jesteśmy – dzięki więzi Ciała Mistycznego solidarni między sobą.
Codzienny kontakt z ludźmi przyczyni się do wzmocnienia w nas poczucia solidarności duchowej więzi przyjaźni, współkoleżeństwa w pracy, wzajemnej pomocy dużo skuteczniejszej i głębszej. Starajmy się dojrzeć oczyma wiary, poprzez widzialne oznaki jedności – więzy niewidzialne, które dają nam udział w cierpieniach, w grzechu, w nędzy moralnej i w potrzebach innych ludzi. Przez naszą modlitwę oraz ofiarę z siebie możemy nadać sens bezcelowemu cierpieniu świata. Przyjmijmy to cierpienie i nieśmy je, jak Jezus je niósł, z Nim i w Nim, z pokorą, słodyczą i miłością. Nasza wizja świata niewidzialnego czyni nas w pewien sposób obcokrajowcami na tej ziemi, ale w żaden sposób nie powinna nas czynić obojętnymi i oziębłymi – wręcz przeciwnie.
Jest jeszcze inne zło, które możemy łatwo przeoczyć, jeśli nie zwrócimy na nie uwagi. Mówię tu o grzechu, o złu moralnym, o wszystkich grzechach, z całkowitym odrzuceniem Boga włącznie. Powinniśmy zachować pamięć o grzechu, o tym, który jest w nas, jak i o tym, który jest na świecie, w każdym człowieku, jakimkolwiek by on był. Jeśli mamy zmysł Boga, a zwłaszcza, jeżeli zgłębiliśmy tajemnicę Serca Jezusowego i żyjemy w Jego przyjaźni – nie minie nas udział w Jego agonii w obliczu grzechów, całej ludzkości. Przez miłość do Niego i do ludzi nasza modlitwa stanie się błagalna i zadośćczyniąca.
W tym rozumieniu powinna się rozwijać w nas solidarność duchowa z ludzkością. Ale nie łudźmy siebie: kontakt nasz z nędzą fizyczną i moralną ludzi pobudza nas do oderwania od nas samych i do postępu na drodze miłości jedynie w tym celu, byśmy przywarli ściślej do Jezusa. Nasza łączność z Chrystusem jest pierwsza i ona jest w nas źródłem wszelkiej duchowej płodności. Nie możemy zbawiać z Jezusem, jeśli wprzód sami nie zostaniemy zbawieni[15].
II. MODLITWA UBOGICH LUDZI
Oczekiwać w trudzie na przyjście Jezusa
Nasza ociężałość, nasza niemoc w modlitwie doprowadza nas czasem do tego, że stawiamy sobie pytanie: czy nie ma jakiejś tajemniczej metody, która by nam wreszcie wskazała drogę? Taka metoda prawdopodobnie nie istnieje, a w każdym razie nie zawiera nic ponadto, co Pan już nam powiedział w Ewangelii. Jezus pozostanie zawsze głównym Mistrzem modlitwy nie tylko dlatego, że mówił o niej jako znający się na rzeczy, ale przez przykład swego życia, ponieważ modlił się najlepiej ze wszystkich ludzi. Jezus żył życiem doskonałej modlitwy i to w warunkach szczególnie burzliwych, a nieraz przygniatających. Ale przede wszystkim jest Mistrzom modlitwy dlatego, ponieważ On sam jedynie, bezinteresownie i z miłości może tchnąć w nasz rozum, pamięć i serce prawdziwego ducha modlitwy.
Ile razy Pan Jezus chciał pociągnąć do wspólnej modlitwy któregoś z apostołów (a przecież to byli ci „wybrani”), tyle razy oni zasypiali. Na Taborze, gdy ich Mistrz rozmawiał z Mojżeszem i Eliaszem o swojej bliskiej już śmierci, „Piotr i ci, co z Nim byli, zmorzeni byli snem” (Łk 9,32). W Gethsemani „przyszedł i zastał ich śpiących” (Mk 14,37-40). A Pan Jezus nie zraża się ani niecierpliwi. Apostołowie to byli ludzie prości, zmuszeni do nocnych połowów i przyzwyczajeni do tego, by powetować sobie zaległości snu o jakiejkolwiek porze w ciągu dnia. Któż z nas nie zazna w ciężkim życiu robotniczym tego odwetu ciała nad duszą? Zasypia się, wszystko jedno, gdzie. Sądzę, że i Panu Jezusowi zdarzało się to, iż w ciągu dnia wynagradzał sobie noce, skrócone przez natarczywość wiernych, albo przez zbyt wczesną modlitwę: podczas przeprawy przez jezioro, przy burzliwej pogodzie, „On był w tyle łodzi, śpiąc na wezgłówku” (Mk 4,38). Te fakty nas pocieszają i ukazują sedno rzeczy, bo jednak, mimo wszystko, Pan Jezus potrafił urobić serca swoich Apostołów i nauczyć ich, jak mają się modlić.
Nie należy wszakże wyciągać stąd wniosku, że nie mamy nic innego do roboty, jak czekać na przyjście Ducha Jezusowego. Trzeba iść na Jego spotkanie i to „usiłować iść wąską drogą”. Trzeba w modlitwie „usiłować”, a równocześnie oczekiwać Pana na to, aby się naprawdę rozmodlić. Nie ma sprzeczności w tym wszystkim, wyjąwszy, kiedy Pan zechce przyjść sam z siebie. Trzeba mieć ciągle na uwadze te dwie rzeczywistości: pokorną ufność, ciągle ponawianą, w Jego przyjście i nasze oczekiwanie w trudzie.
Warunki autentycznej modlitwy
Stale niepokoimy się o to, żeby znaleźć warunki autentycznej modlitwy i żeby się jej oddać bez reszty. Może nawet przeżywaliśmy chwile zwątpienia w jej osiągalność? Wobec powagi tego zagadnienia czujemy się nieraz tak, jak byśmy stali u wejścia nieznanej drogi, a raczej ścieżki, straszliwie wąskiej i niebezpiecznej. Główny szkopuł, na który natrafiamy w naszym życiu jest ten, że zmęczenie, hałas prawie nieustanny, a także ociężałość umysłu, wywołana przez długi i ciężki wysiłek fizyczny – wydają się odbierać wszelką możliwość autentycznego życia modlitwą. To zagadnienie jest ważne dla milionów ludzi, skromnych pracowników, zmuszonych do przytłaczającego jarzma pracy na to, aby móc żyć. Musi być jakieś rozwiązanie tego dylematu. Bóg nas zachęca do coraz bardziej całkowitego udziału w losie ubogich, a równocześnie pogłębia w duszach zrozumienie powołania do modlitwy. Zresztą, czytając Ewangelię, nie wydaje się, aby Pan Jezus chciał uczynić z modlitwy jakąś rzecz rzadką, zastrzeżoną ludziom, którzy mają spokój i wolny czas, potrzebny do owocnej medytacji. „Pójdźcie do Mnie wszyscy, którzy pracujecie i uginacie się pod ciężarem … a znajdziecie odpoczynek dla dusz waszych” (Mt 11, 28-30).
Tak, trzeba się na to zgodzić, że podczas modlitwy będziemy przeważnie niezdolni do medytacji oraz do myślenia i cała rzecz jest w tym, żeby wiedzieć, czy istnieje jakaś inna ścieżka, mogąca doprowadzić nas do Boga.
Przez pewien okres czasu, dłuższy lub krótszy, zależnie od okoliczności, jest normalne, a nawet wskazane, aby nasz dialog z Bogiem zaczynał się od wymiany myśli, podczas której wzruszenia i wyobraźnia będą też mieć co do powiedzenia. Ale ten dialog powinien prowadzić do takiej strefy naszego „ja”, które się znajduje wysoko ponad uczuciowością, ponad wyobraźnią i ponad myślą. Nie obawiajmy się upraszczać i aktualizować nasze spotkania z Bogiem w każdym okresie. Na początku naszego życia modlitwą – a ten „początek” może trwać długo – umiejmy na przykład otworzyć Ewangelię albo Biblię, nie tyle, żeby rozważać słowa Boże, ile żeby trwać w ich świetle, czytając z wolna, raz po raz wersety, nie analizując i nie dyskutując sami z sobą. To wszystko jest proste i da się połączyć z ciężkim zmęczeniem pracowitych dni. Trzeba będzie zawracać do tych „początków”, nawet dużo później w ciągu dalszej drogi.
Ale zwłaszcza nie czepiajmy się środków, jakiekolwiek by one były. Idziemy do Boga całą naszą istotą, jak tylko możemy. Idziemy do Niego naprzód przez naszą działalność ludzką, którą przygotowuje obecność łaski w nas. Ale wkrótce podprowadzi nas i to coraz bliżej do samego Boga wiara, nadzieja i miłość, żyjące w nas. Wtedy trzeba nam będzie dużo męstwa, bo pamiętajmy, że te akty nie zależą od wrażeń uczuciowych, ani od tak zwanych „pociech”, których nam dostarczają. Wystarczy nam wiedzieć, że jesteśmy dziećmi Bożymi i że chcemy Jemu się oddać. Najwyższa część naszej istoty nie jest wyczuwalna. W ten sposób dojdziemy do życiowej praktyki cnót: wiary, nadziei i miłości, a to już będzie prawdziwą modlitwą, choć w wielkim ogołoceniu. Może wtedy przyjdzie do nas Pan i wykończy w nas dzieło swego miłosierdzia. Nie jest potrzebne, abyśmy to czuli – nasza modlitwa jest najprawdziwsza i najgłębsza, gdy przetacza się poza zasięgiem uczucia i świadomości. Człowiek modlący się prawdziwie traci siebie z oczu, a swój wzrok kieruje wyłącznie na Boga; ten wzrok zaś jest wzrokiem czystej wiary, nadziei i miłości, który nie znajdzie pociechy w niczym zmysłowym ani uczuciowym. Wydaje się nam, że brak nam ufności i tracimy wszelki punkt oparcia, a tymczasem właśnie wtedy zaczynamy się poruszać na płaszczyźnie nadprzyrodzonej. Sądzimy, że jesteśmy w złej formie, a właśnie wtedy życie nasze układa się tak, jak Bóg chce. Gdy posuwamy się naprzód, zniewoleni przez samą wiarę, gdy trwamy przed Najświętszym Sakramentem, nie bardzo wiedząc jak i dlaczego, gdy służymy innym bez ochoty i zapału, gdy słowa Ewangelii oraz liturgii wydają się nam ogołocone z wszelkiej siły pociągającej – wówczas właśnie, jeśli jesteśmy winni i jeśli Bóg tego chce, dokonuje się w nas tajemnica wiary i poczynamy zagłębiać się w strefę duszy, w której ukazuje się życie Boże. Jedynie w świetle tej perspektywy i przekonani o jej prawdzie – możemy rozważać zagadnienie modlitwy.
Medytować – to jeszcze nie znaczy modlić się. Ale medytacja ma też swoją rolę: przygotowuje ona modlitwę i jest dla niektórych bramą wejściową. Medytacja jednak nie jest modlitwą, nie jest nawet najważniejszym przygotowaniem do modlitwy, jeśli warunki niezależne od naszej woli, zmuszają nas do obrania innej drogi. Bo istnieje inna droga. Więcej jeszcze: medytacja może stanowić przeszkodę w modlitwie, niby jakiś ekran postawiony między nami a Bogiem albo zbyt łatwa droga, zachęcająca do włóczęgi.
Bóg może wyjść na nasze spotkanie jedynie w miarę naszej rzeczywistej miłości, a ta miłość znajduje się wyłącznie na drodze nagiej wiary. Ścieżka owa prowadzi poprzez noc ogołocenia rozumu i uczucia; takie ogołocenie jest konieczne nie tylko dlatego, że należy do natury oczyszczenia, ale jako zwykły sposób działania Pana Jezusa, który nie może zbliżyć się do nas inaczej, jak spalając nas swoją agonią i swoim Krzyżem. Ci, którzy zaczynają od rozważania – zakosztują tego w swoim czasie: przyjdzie chwila, jeśli będą wierni, że Duch Święty roztrzaska zbyt wyrozumowany porządek ich życia duchowego i sprawi, że wszelka medytacja okaże się niemożliwa, stanie się to zaś w tym celu, aby wola ich była zmuszona zwrócić się wprost do samego Boga, przechodząc ponad wszelką myślą i uczuciem. Bo, podobnie jak medytacja, uczucie też nie jest modlitwą: jest niestałe, a pożyteczne jest tylko na początku, aby ułatwić rozpęd woli. Prawdziwa miłość mieści się w woli.
Trzeba nam mocno wierzyć, że prawda modlitwy i droga zjednoczenia z Bogiem są ponad wszelkim uczuciem, ponad myślą i słowami. Zanadto się pomniejsza rzeczywistość modlitwy, pojęcie o niej jest za mało wysokie. Nie wierzymy, że Bóg może naprawdę przyjść do nas, aby modlić się z nami, albo jeśli nawet w to wierzymy, jesteśmy skłonni przypuszczać, że się to udaje jedynie małej liczbie „odłączonych”, tym, których klauzura otacza atmosferą milczenia, sprzyjającą medytacji. Dlaczegóż miałoby tak być? Ci, którzy nie mogą odprawiać medytacji z powodu warunków ich życia, czyż przez to samo nie mogliby się modlić? Czyż modlitwa nie jest ponad medytacją? Ubodzy ludzie nie mogą medytować, nie mają do tego głowy ani potrzebnej kultury, nie znają mechanizmu medytacji, albo są zanadto zmęczeni. Dzieląc życie robotników, powinniśmy też dzielić sposób ich modlitwy. Dzięki wytrwałej odwadze, przez proste i nagie akty wiary oraz miłości stańmy przed Bogiem i czekajmy, otwierając przed Nim głębię naszej istoty takiej, jaką rzeczywiście jest. Oczekiwać Boga w wielkim pragnieniu, ale przede wszystkim uczuciu swojej niemocy, nędzy i podłości. Rezultatem będzie nieraz modlitwa bolesna, ociężała, na pozór mało uduchowiona. Poprzez wysiłek wiary w gorliwej postawie przebije się pragnienie i oczekiwanie Boga, które jest na dnie naszej duszy. Wola chce się modlić: pragnie i prosi o modlitwę. Nieraz tylko to będziemy mogli ofiarować Bogu, do Niego należy uczynić z tej ofiary prawdziwą modlitwę i środek jednoczący z Nim.
Być może potrzebna nam będzie wielka cierpliwość, zawsze czujna, która przeprowadzi nas z mężną wytrwałością poprzez okresy przygnębienia i oschłości. Dla niektórych ten okres stałej baczności oraz oschłego ćwiczenia się w cnotach teologicznych będzie trwać może przez całe życie. Jeden Bóg to wie, On, który nami kieruje. Ale możemy i musimy prosić pokornie i bez przerwy, by On sam modlił się w nas w sposób niewypowiedziany, modlitwą, którą On sam tylko może zanieść do Swego Ojca. I powiedzmy sobie szczerze, iż w życiu pracy fizycznej, które jest nieraz naszym udziałem, może się dokonać zjednoczenie bardzo autentyczne, ale przybrane w tak prostą, chciałoby się powiedzieć, banalną formę, że my sami go nie rozpoznamy.
Nie trzeba więc tylko „znosić” naszego życia, pełnego pracy oraz zmęczenia, uważając go za stan niski i uciążliwy – ale raczej przyjąć je odważnie jako uprzywilejowany sposób oczyszczenia i wprowadzenia nas – jeśli taką jest wola Boża – w dar darmo dany zjednoczenia z Bogiem. Pragnijmy zmierzać prosto do bolesnej modlitwy nagiej wiary. Niemożność medytowania, chociaż pochodząca z okoliczności zewnętrznych i czysto materialnych, może stać się pod działaniem Bożym prawdziwym przejściem do modlitwy wiary. Pan Jezus nie obiecał nam nic innego. Jestem przekonany, że Bóg przyjmuje dla biednych ludzi taki uproszczony sposób; lecz aby zasłużyć na to przyjęcie, trzeba być pokornym i prawdziwie małym.
Wytrwać odważnie
Nie obawiajcie się, że zabłądzicie na tej drodze. Nic lękajcie się niczego pod warunkiem, że wytrwacie na niej mężnie: to jest jedyny istotny warunek. Jezus nie żąda od nas niczego ponadto. Jest charakterystyczne, że zebrawszy wszystkie nauki Pana Jezusa o modlitwie – znajdujemy właściwie tylko jedno polecenie: wytrwać. Nie trzeba się bać, że nieraz wnosimy w naszą modlitwę, a często wynosimy z niej uczucie zupełnego obrzydzenia, odnośnie naszej słabości, naszych grzechów i naszej nędzy. Odczytajmy przypowieść o faryzeuszu i celniku, którzy modlili się razem w świątyni i postarajmy się zrozumieć, dlaczego sympatia Pana Jezusa idzie wyraźnie w kierunku tego publikanina, który był nieśmiały i świadomy swoich win. Prawdopodobnie im szlachetniejsza i czystsza będzie nasza modlitwa, tym uczucie nieudolności będzie u nas ostrzejsze i bardziej przygniatające. Mniejsza z tym. Bądźmy przed Panem Bogiem tacy, jakimi jesteśmy i zgódźmy się na to, aby modlić się tak, jak Pan Bóg chce, abyśmy się modlili, a nie inaczej. Nie usiłujmy zwłaszcza ulżyć sobie w modlitwie i uczynić ją bardziej uczuciową przez posługiwanie się książką – byłaby to prawdopodobnie strata czasu. Chodzi tylko o to, aby się trzymać w obecności Bożej nie przez myśli, przez wyobraźnię i uczucie, bo one nieraz wałęsają się gdzie indziej, ale przez stale ponawiany akt woli. Niekiedy jedynym sposobem, pozostającym w naszej mocy będzie nasza fizyczna obecność na klęczkach przed tabernakulum. I to wystarczy. Podczas modlitwy trzeba umieć przyjmować jej wymagania i nieraz iść za nią jak na Krzyż. W tym powiedzeniu tkwi prawda o wiele głębsza niż się to nam wydaje, bo przecież w modlitwie łączymy się z dziełem odkupienia, które się dokonało na krzyżu. Idźmy więc na modlitwę po to, aby siebie zatracić, a na pewno spełnimy wolę Bożą, „albowiem kto by chciał zachować duszę swoją straci ją, a kto by stracił duszę swoją dla mnie – zachowa ją” (Mt 16,25).
Modlitwa Małych Braci od Jezusa
Mali Bracia są powołani do tego, aby przeżywać stały wysiłek modlitwy oraz wiary, który wytryska nieraz z cierpienia ich własnego życia, a częściej jeszcze z nędzy fizycznej i moralnej tych, którzy ich otaczają. To wszczepienie w cierpiącą ludzkość jest ściśle połączone z prądem ich modlitwy, ich obowiązkiem jest wchłonąć w swoją duszę modlitwę, biednych ludzi, wprzęgniętych w ciężką pracę codziennego dnia. Nie dziwcie się więc, Mali Bracia, jeśli stwierdzicie, że Wasza modlitwa jest najczęściej bolesnym skurczem, niejasnym oczekiwaniem, albo nienasyconym pragnieniem, skierowanym do Jezusa, w połączeniu ze świadomością tak silną, że aż dręczącą swojej własnej, zupełnej nieudolności. Nie sądzę, aby w ramach waszego powołania mieścił się sposób modlitwy, w którym moglibyście zatrzymać się i odpocząć. Z miłości związaliście wasz los z ludźmi, którzy z trudem przedzierają się ku światłu. Przez ćwiczenie się w modlitwie żywej wiary otrzymacie dla nich to minimum wiary, które jest niezbędne, aby skierować ich życie ku Bogu, przez wysiłek nadziei, która niekiedy z trudem podnosi Wasze serca ku Jezusowi, ulżycie tym, którzy są w rozpaczy, a przez miłość, która wyraża się zwłaszcza w nienasyconym pragnieniu znalezienia Jezusa, albo posiadania Go coraz więcej, przez ten sposób kochania, który jest raczej pożądaniem niż ukojeniem w posiadaniu – otrzymacie dla ludzi przygwożdżonych do ziemi pragnienie – chociaż mgliste – tego, który jest samą miłością. W ten właśnie sposób Duch Święty będzie działał w waszych sercach i dobrze jest, abyście zdali sobie sprawę, w jakim kierunku was prowadzi i nie stawiali Mu oporu, ale poczuli się swojsko w tym właśnie rodzaju modlitwy.
Jak zawsze Jezus powinien być naszym wzorem. Jesteśmy specjalnie wezwani do tego, aby w naszym życiu odtworzyć modlitwę, która wznosiła się z Jego serca wówczas, gdy był przytłoczony gromadą chorych i ubogich, utrudzony wędrówką przez piaszczyste drogi, popychany i zasypywany prośbami przez wszystkich do tego stopnia, że nie miał czasu na jedzenie.
Albo ta Jego ciężka i krwawa modlitwa podczas agonii w Gethsemani, to modlitwa ofiary z siebie, połączona z ostrą wizją nędzy ludzkiej, tej nędzy, z którą się ciągle stykacie i o której powinniście stale pamiętać. Ta modlitwa, która tliła w Nim, jak nikły płomyczek wiecznej lampki, ukrytej pod ciężką powłoką zmęczenia Jego udręczonego ciała, gdy czołgał się po kamienistej drodze, zmiażdżony ciężarem Krzyża, albo gdy przeżywał ostatnią walkę swego konania. Najwspanialszy akt Jezusowego życia, największy dowód Jego miłości, czyn, który zbawia świat, nie dokonał się w uciszeniu i radości spokojnej modlitwy, choć przecież mogłoby tak być, ale w bolesnym wysiłku modlitewnym, który przebijał się z trudem przez umęczenie ciała zdruzgotanego cierpieniem.
Modlitwa wasza jest złączona z waszym życiem pełnym miłości, posłuszeństwa oraz udziału w troskach i pracy ubogich ludzi. Wszyscy zrozumieliście dobrze, iż nie możecie oddzielić myśli o nich od myśli o Jezusie i czujecie w sercu wielkie pragnienie modlitwy, połączone z bolesnym uczuciem niemocy. Trzeba, aby to pragnienie modlitwy wzrastało w was i trzeba przede wszystkim, aby doprowadziło do aktu modlitwy. Działanie Ducha Świętego jest tak różnorodne, że potrafi w każdym z was ożywić i ustalić silną i ciągłą modlitwę, taką, której Jezus żąda od wszystkich ludzi, od wszystkich biednych grzeszników i do której powinniśmy zmierzać całą siłą naszej wiary. Pan Jezus nie kpi z biednych ludzi i jeśli czegoś od nas wymaga, to znaczy, że to jest możliwe, z Jego pomocą. Doprowadzić do doskonałej miłości modlitwę celnika, jawnogrzesznicy, wszystkich chorych i ślepych, którzy oblegali Jezusa dniem i nocą – oto jest łaska, na którą mamy otworzyć serca. Wówczas modlitwa będzie „w” naszym życiu, a nie „obok” życia i znajdzie w nim pokarm dla siebie, otrzyma samego Pana Jezusa.
Nasza modlitwa powinna też być uwielbieniem. Zbyt częsty kontakt z ludźmi może sprawić, że o tym zapominamy. Uginając się pod ciężarem cierpienia ludzkości, nie dajmy się uwieść pokusie, której ulegli apostołowie, gdy byli, świadkami marnotrawstwa Magdaleny, wylewającej cenny olejek na Ciało Jezusowe. Pan Jezus zasługuje na to, by Go wielbić i kochać dla Niego samego, zasługuje by tracić czas dla Niego nawet wówczas, gdy są na święcie istoty, które płaczą i cierpią. Ten aspekt „straty czasu” przez miłość, w którym przedstawia się nam nieraz akt czystej modlitwy, stanowi kryterium sprawdzające naszą wiarę w transcendentalność Bożą i oczyszczające nasze stosunki z ludźmi. Dziś z trudem się rozumie ten aspekt naszego życia, „który nie jest potrzebny ani pożyteczny dla nikogo”, zwłaszcza w środowisku przyjmującym użyteczność, jako kryterium absolutnej wartości. Sądzę jednak, że i wtedy nasza modlitwa będzie zmierzać do kontemplacji tajemnicy Boga w inny sposób, niż modlitwa ludzi samotnych, bo nawet podczas niej nie potrafimy zrzucić z siebie ciężaru dusz oraz ich nędzy, która na nas ciąży. Nasza modlitwa będzie podobna do tego, co się działo, gdy Jezus przygnieciony zmęczeniem odchodził na górę aby się modlić samotnie. Czyżby w swej duszy Zbawiciel nie zabierał ze sobą owych cierpień moralnych i fizycznych, które w ciągu dnia przewinęły się przed Jego oczami? Nasza adoracja stanie się dzięki temu jeszcze czystsza. Adoracja jest uwielbieniem najwyższej i ukrytej tajemnicy Bóstwa. Wiemy dzięki Jezusowi, że owa tajemnica jest miłością i miłosierdziem, bo wypowiedziała się całkowicie w Boskim działaniu Wcielenia i Odkupienia. Adoracja, która tryska z serca gotowego do służby bliźnim jest prawdziwą i czystą adoracją[16].
III. RYTM ŻYCIA MODLITWY
Nie łamać rytmu odpoczynku
Całe życie świata widzialnego, życie roślin, jak też życie ciała i duszy – jest rytmiczne i dwa takty tego rytmu przeciwstawiają się sobie jako praca i odpoczynek. W każdym rodzaju życia istnieje niebezpieczeństwo zamącania rytmu przez nadużycie, jednego z tych dwóch taktów. Życie Boże w nas oraz modlitwa podlegają również temu prawu. Rodzaj życia naszych wspólnot, który jest rodzajem życia ludzi ubogich, pochwyconych w tryby codziennych trosk, ma swoje własne niebezpieczeństwa, podobnie jak życie ludzi samotnych i mnichów ma swoje. U robotników ociężałość woli i nadmiar zmęczenia może złamać nerwową równowagę pracy nad sobą, podczas gdy ciągły ruch i hałas może wreszcie zmącić wewnętrzne milczenie serca. Jest więc rzeczą konieczną, aby znaleźć czas, w regularnych odstępach, na rozważanie prawd wiary, Ewangelii i stanu własnej duszy, aby nie ulec złudzeniom na jej punkcie.
Nie możemy się obyć bez regularnych powrotów do spokoju fizycznego, do odpoczynku, do wewnętrznego milczenia. Taki rytm jest życiowy, a równocześnie głęboko ludzki. Pan Jezus też odczuwał jego potrzebę i szanował wymagania: trzy lata Jego publicznego życia nie tylko zaczynają się od czterdziestodniowych rekolekcji, ale są usiane nocnymi albo porannymi ucieczkami w pustynię, aby tam modlić się w spokoju przez parę godzin, albo też przyprowadzić Apostołów na kilkudniowe wytchnienie.
W związku z tym należy sobie przypomnieć wielkie przykazanie spoczynku każdego siódmego dnia, dane przez Boga ludziom na początku świata. Ten odpoczynek jest tak zasadniczym rytmem, że dzieło stworzenia zostało nim naznaczone przez Boga od samego początku. Ukazuje się nam jakby złączony z twórczym czynem, którego jest wynikiem i odblaskiem: „Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe prace. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci twego Boga, Jahwe (…), bo w sześciu dniach uczynił Jahwe niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest w nich, w siódmym zaś dniu odpoczął. Dlatego pobłogosławił Jahwe dzień szabatu i uznał go za święty”. (Ex 20,8-11; por. Gen 2,1-3, Ex 31,13-14). Chodzi tu o przykazanie szczególnie ważne i święte. W Starym Testamencie ten, kto je przestąpił, był karany śmiercią, jakby naruszył żywe dobro ludzkości. Ten rytm spoczynku jest święty: przyczynia się do wykończenia podobieństwa człowieka do Boga na odcinku czynu.
Ludzkość zagubiła sens tego prawa Bożego, a jeśli nawet odnajduje zasadę wypoczynku dnia siódmego, to nie umie go już przeżyć, jako spoczynku człowieka stworzonego na obraz Boży. Ludzie nie umieją przerwać zajęć zazębiających się jedne o drugie; nasuwa się pytanie, czy są jeszcze ich panami? Chrześcijaństwo nie ustrzegło się przed tą epidemią i pamiętając jedynie o materialnej treści przykazania kościelnego, zachowuje je nieraz tylko formalnie – zapomina o przedmiocie rozkazu Stworzyciela, który obowiązuje nadal, którego zakres przekracza przepisy kościelne, wydane w tym celu, aby uściślić i wykończyć, ale nie na to, aby znosić. Nie jesteśmy w porządku z Panem Bogiem dlatego, żeśmy w niedzielę „wysłuchali” Mszy świętej i wstrzymali się od tzw. robót „służebnych”, jeżeli równocześnie przepełniamy nasz dzień innymi pracami, równie licznymi i przykuwającymi nas, jak tamte. W każdym prawie jest duch, który trzeba zrozumieć i uszanować. Stały rytm odpoczynku dla ciała i dla duszy obowiązuje nas w sumieniu. Czy umiemy, jeśli tylko to jest możliwe, poddać się pokornie pod prawo wypoczynku fizycznego oraz odprężenia nerwów; które jest konieczne? Nieposłuszeństwo prawu, tak istotne żywotnemu, pociąga za sobą groźne następstwa.
Ale istnieje także jeszcze ważniejszy, choć zależny od pierwszego, rytm życia duszy i dlatego dzień wypoczynku został uświęcony przez Boga. Dotykamy tu naszych bezpośrednich stosunków z Nim samym. Nie każdy rodzaj pracy daje się połączyć z rozwojem życia chrześcijańskiego, bo chwile wytchnienia codzienne albo okresowe, na które on pozwala, są niedostateczne, aby zachować życiowe minimum wytchnienia duchowego, cichej modlitwy i rozważania, które zasila naszą wiarę.
Znaczenie rytmu: praca – odpoczynek
Ów życiowy krąg duchowego odetchnienia zamyka się dla Małych Braci w cotygodniowym pół dniu milczenia, czytania i modlitwy, w jednodniowych rekolekcjach i szerszym kręgu sesji naukowych oraz pobycie w bractwach adoracji. Należy zachowywać ściśle te okresowe dni skupienia. Pewno, że wymagania pracy, a także miłości zamącą niekiedy ów porządek. Potrzebna jest pewna giętkość w realizacji. Bracia wiedzą to z doświadczenia, ale jeśli chodzi o zasadę, powinni się jej trzymać bardzo stanowczo.
Postarajmy się zrozumieć znaczenie tej kolejności, która sprawia, że łączymy się z Bogiem, dążąc do Niego w dwóch przeciwnych sobie kierunkach: z jednej strony będzie to modlitwa niezdarna, pozbawiona świateł, nieraz bolesna, która jednak, jak wiemy, ma dużą wartość oczyszczającą i łączącą nas przez wiarę z Bogiem: snuje się ona poprzez dniówki pracy, ciężkie od zmęczenia i niepokoju, przez natarczywość tych, którzy nas potrzebują. Z drugiej strony są godziny dłuższego skupienia i milczenia, które napotykają w nas na pewne opory, bo z powodu kontrastu nie jesteśmy na nie psychicznie nastawieni, przynajmniej w początku. To jest normalne. Zmuszą nas one do wysiłku duchowego, związanego z rozważaniem lektury i pogłębieniem wiary, a uczynimy to tym rzetelniej, im mniej będziemy stąd czerpać osobistego zadowolenia. Będziemy też odczuwać trudność w przechodzeniu bezpośrednio do milczenia zewnętrznego, co wcale nie znaczy, że brak nam gorliwości i milczenia wewnętrznego. Po prostu będziemy się czuć trochę nieswojo, a wysiłek, który zrobimy dla przezwyciężenia tego uczucia doda wartość umartwienia do zewnętrznego milczenia, które zachowujemy podczas krótkich dni skupienia „w pustyni”. Będzie to stanowić dobry probierz naszego milczenia wewnętrznego, które powinniśmy byli zachować na dnie duszy i w ciągu dni pracy. Ta kolejna zamiana różnych rodzajów życia daje nam gwarancję prawdy w wierze. Jeżeli oddajemy się bez reszty tak jednej, jak drugiej, nie uchylając się od tego, co każda z nich przynosi, jako ogołocenie i wymóg daru z siebie, to unikniemy niebezpieczeństw związanych z każdą z nich. Kładę nacisk na wartość, którą posiada w naszej drodze do zjednoczenia z Bogiem, w rytmie naszego życia, okres pracy i zmęczenia. To wcale nie jest okres, podczas którego żyjemy z kapitału, wydając energią duchową, zebraną podczas chwil skupienia, jakby ze zbiornika, który woli się naprzód napełniło, a potem powoli się opróżnia. Takie pojęcie byłoby z gruntu mylne. Znaczyłoby ono po prostu, że uważamy, iż życie modlitwy, prowadzone mężnie w trudnych warunkach, nie daje mocy na wzrost w miłości. A przecież każdy żywy organizm wzmacnia się zarówno przez ruch, jak przez spoczynek – te dwa elementy są tak samo potrzebne do jego zdrowia i do wzrostu. Podobnie się ma z modlitwą naszego życia[17].
IV. Z JEZUSEM NA PUSTYNI
Konieczność dni skupienia
Potrzebujemy tak jak Pan Jezus dni skupienia na pustyni. Niech się nam nie wydaje, że to są chwile skradzione ludziom. Nie przyjmujemy zastrzeżenia, że dlatego iż dużo ludzi nie mogłoby sobie pozwolić na takie rekolekcje, to i my nie możemy się odłączać na czas trochę dłuższy od ludzi. Nie mogę przyjąć tego rozumowania, bo ono jest zbyt zmaterializowane. Czyż więc Pan Jezus nie miał racji, gdy nakazał Apostołom porzucić sieci, rodziców, towarzyszy pracy, aby prowadzić z Nim samym, często na pustyni, życie – razem wziąwszy – mniej męczące, niż nocne połowy na jeziorze? Nasze dni skupienia są pracą razem z Jezusem. Ale musimy ściśle zachowywać podczas tych okresów wymogi milczenia, odosobnienia, przerwania wszelkiej korespondencji oraz świeckich zajęć.
Przebywanie na pustyni[18]
Okresowe pobyty na pustyni są konieczne, aby pogłębić nasze życie modlitwy.
Pustynia nie jest synonimem dni skupienia, a to, co nazywamy ogólnie „ćwiczeniami rekolekcyjnymi” nie da się porównać z przebywaniem na pustyni.
Każde miejsce ma swoje znaczenie duchowe w tej mierze, w jakiej wpływa poprzez zmysły na naszą duszę. Św. Jan od Krzyża zdawał sobie sprawę z tego, jaki ma wpływ miejsce pobytu na dyspozycję do kontemplacji. Pustynia to nie jest tylko miejsce samotne i ciche, których dużo można znaleźć na świecie, nawet w centrum miast. Pustynia to coś więcej niż miejsce skupienia, gdyż nosi w sobie, w swej rozległości i w swojej potędze warunki sobie tylko właściwe. Pustynia jako taka nie służy do niczego; znaczne przestrzenie, zajęte na naszej planecie przez te suche pustkowia wydają się bez sensu wobec dużo mniejszych przestrzeni, zdatnych do uprawy i nieraz przeludnionych. Pustynia – podobnie jak modlitwa czystej adoracji, której jest obrazem – nie służy pozornie do niczego. Pustynia jest jałowa i nosi na sobie piętno ogołocenia dla wszystkich zmysłów: dla wzroku jak i dla słuchu – jest uboga, surowa i nad miarę prosta. Dla człowieka jest znakiem jego bezsilności, bo w niej odkrywa on swoją słabość. Człowiek nie może istnieć na pustyni w oparciu o własne siły. Ona go zmusza do szukania pomocy i ratunku w Bogu. Zresztą to sam Bóg prowadzi nas na pustynię, bo dusza nie może w niej przebywać, nie będąc karmioną bezpośrednio przez Boga. Właśnie w tym się różni pobyt na pustyni od rekolekcji, że podczas tych ostatnich jest przeciwnie: pożądane są wszystkie środki i sposoby zewnętrzne, służące do ożywienia i podtrzymania wiary: konferencje, nabożeństwa liturgiczne, modlitwy wspólne i rozmowy z kierownikiem duchowym. Takie rekolekcje są potrzebne i mogą uwzględniać, stosownie do dojrzałości duchowej każdego z nas – różne stopnie samotności. Pustynia – przeciwnie: jest usiłowaniem, aby iść samemu, nago, w ogołoceniu, bez pomocy ludzkiej, bez żadnej doczesnej pożywki, nawet duchowej, na spotkanie Boga. I nie będziemy mogli zajść daleko, jeśli sam Bóg nie ześle nam żywności, jak to uczynił, kiedyś dla Izraela, zbierającego mannę co rano, albo dla Eliasza, leżącego w ostatecznym wyczerpaniu pod jałowcem. Nasza modlitwa, nawet wówczas, gdy jest wynikiem działania cnót teologicznych, zawiera w sobie, zawsze pełne szacunku oczekiwanie na żywność zesłaną przez Boga. Nasze przebywanie na pustyni jest próbą, testem, usiłowaniem pełnym nadziei, błagającym. Boga w naszej niemocy, aby przyszedł do nas sam i doprowadził nas do siebie. Zasadniczą sprawą w naszym pobycie na pustyni jest zupełne ogołocenie oraz spokojne i milczące oczekiwanie Boga w pewnym zawieszeniu naszych władz. Takie bierne oczekiwanie, bez odpowiedzi ze strony Pana byłoby szkodliwej gdyby trwało długo, ale – przeciwnie – jest bardzo pożyteczne, jeżeli jest krótkie jak krzyk wzywający Boga, którym znaczymy od czasu do czasu nasze życie modlitwy. Długie i częste pobyty na pustyni nie powinny być przedsiębrane nierozważnie, bez wskazówek kierownika duchowego, a w każdym razie trzeba być gotowym, stosownie do natchnienia Bożego, łączyć z milczącym oczekiwaniem i z ogołoceniem wewnętrznym – odpowiednią strawę duchową, aby nie słabnąć i nie umrzeć z wycieńczenia, dlatego, że chciało się własnymi siłami osiągnąć szczyty, na które tylko sam Bóg może nas wprowadzić.
Idąc na pustynię trzeba więc wierzyć, że Bóg może przyjść do nas w modlitwie i trzeba pragnąć tego przyjścia z ufną radością. Pobyt na pustyni przypomina nam regularnie potrzebę owego oczekiwania. Przypomina nam też warunki konieczne jako przygotowanie do otrzymania tej łaski: być pokornego serca, nie opierać się na sobie, przyjmować brak czułych pociech i surowość tego rodzaju spotkania z Bogiem, bo na to, aby Duch Święty nas nawiedził, musimy wprzód stracić samych siebie z oczu.
Chcąc, aby pustynia stała się drogą prowadzącą do Boga, powinniśmy ją przyjąć w prawdziwym ubóstwie ducha. Bez ogołocenia i milczenia wewnętrznego stałaby się ona przeszkodą w modlitwie. Dopiero w pustynnej nagości opadną złudzenia, stłoczone w naszym sercu. Nie wytrzymamy samotnej wędrówki przez pustynię, jeśli serce nasze nie jest proste i ubogie i jeśli oczekujemy jeszcze od życia czegoś innego niż samego Boga. I dlatego pokusa, aby być pożyteczną dla ludzi w inny sposób, jak przez świadczenie życiem o transcendencji i o miłości Bożej, pokusa zakładania Królestwa Bożego innymi środkami niż to robił Chrystus – te wszystkie pokusy zostaną zwyciężone dopiero na pustyni, tak jak zwyciężył je Chrystus.
Doświadczenie wykazuje, że jesteśmy szczególnie silnie nagabywani przez pokusy, podczas pobytu na pustyni i stąd powstaje skłonność do unikania tych pobytów. Nie, my nie bywamy tam słabsi, ale jesteśmy zmuszeni do uczynienia wyboru bardziej absolutnego i radykalnego, wyboru, którego alternatywy są w życiu codziennym jakby rozcieńczone przez rozmaitość różnych spraw i przez liczne kompromisy, mniej lub więcej świadome.
Pomoc, którą otrzymujemy od Boga, spotkanego w ogołoceniu pustyni, jest dla nas zadatkiem i źródłem wierności wzglądem wymagań życia kontemplacyjnego, jakie prowadzić musimy wśród życia czynnego, staje się też odnowieniem naszego powołania „wytrwałych w modlitwie”. Ponadto wciąga nas ona w szeregi tych, którzy „razem z Jezusem zbawiają świat” przez modlitwę wstawiennictwa, której intensywność sama z siebie wymaga absolutu pustyni.
Wezwani do życia na pustyni
Wezwanie do życia na pustyni nie wynika dla Małego Brata z powołania do życia pustelniczego albo monastycznego, w którym oddzielenie od świata stanowi zasadniczy i stały element w pościgu za świętością. Ono tkwi w samej realizacji powołania do modlitwy uwielbienia i wstawiennictwa[19]. I tu także zasadnicza postawa syna O. de Foucauld jest podobna do postawy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Jest to dzieło miłości, wynikające z obowiązku prawie duszpasterskiego wobec ludzi, którzy nam zostali powierzeni po to, abyśmy zanosili do Boga ich udręki i błagania w zjednoczeniu z Jezusem, modlącym się na pustyni. Ten sam Duch przynagla Małego Brata, by zszedł na niziny i zmieszał się z tłumem ludzi, jak i do tego, by wspiął na górę sam, wobec Boga który zbawia.
Pobyty Jezusa na pustyni mieszczą się całkowicie w Jego zadaniu Zbawiciela. Jego modlitwa – jest modlitwą uwielbienia Ojca, wraz z istotową modlitwą zbawczą, zgodną z rozciągłością Jego zadania i odpowiedzialności za zbawienie wszystkich ludzi. Dowodem tego są pokusy, których doznają ze strony szatana, podobnie jak niektóre noce spędzone na modlitwie, np. noc przed powołaniem Apostołów, albo w ogrodzie Gethsemani. Jest to najwyższy stan modlitwy. Apostołowie i niektórzy święci, wybrani przez Boga do wielkiego dzieła głoszenia Ewangelii, przeżywali podobne stany: św. Paweł w Arabii, św. Franciszek w swoich pustelniach, zwłaszcza Alwerni.
Z takiej właśnie modlitwy ogołoconej, nagiej, która jest powołaniem ludzi przeznaczonych do udziału w zbawieniu świata wypływa – z zachowaniem wszelkiej proporcji – nasze wezwanie do modlitwy na pustyni. Dla Małego Brata chodzi tu o prawdziwe wykończenie jego powołania apostolskiego, które wymaga śmierci sobie i stałej gotowości wewnętrznej, na czyny miłości Jezusowej, tak, że całe życie jest opanowane troską o zbawienie ludzi. Zawsze będziemy potrzebowali odnawiać naszą wierność łasce powołania – i wtedy pójdziemy na pustynię. Czasem zaś odczujemy potrzebę (a będzie to owocem naszej wierności łasce powołania) modlitwy wstawiennictwa, w rodzaju modlitwy Jezusa podczas Jego życia publicznego za tych, dla których został posłany, czy wtedy, gdy widząc potęgę zła i słabość czynu, nawet ewangelicznego, stwierdzał, że wyłącznie modlitwa może odnieść zwycięstwo: „Ten rodzaj (duch nieczysty) żadnym sposobem wyjść nie może, jeno przez modlitwę (Mk 9,28). Ten sposób modlitwy jest zaszczepiony na męce i do niej prowadzi. Wielu świętych ją przeżyło i znajduje się ona w zasięgu powołania naszych wspólnoty.
ZAKOŃCZENIE
Życie kontemplacyjne, klauzurowe czy nieklauzurowe, jest zapoczątkowaniem tego, co kiedyś stanie się udziałem całego rodzaju ludzkiego i będzie jego ostatecznym wykończeniem oraz uzasadnieniem. Bez tego – nie miałoby ono sensu. Tu na ziemi uprzedzamy to, co będzie kiedyś losem każdego człowieka zbawionego i uwielbionego w Chrystusie. Wiemy dobrze, że żaden z ludzkich argumentów, cytowanych aż nazbyt często, nie uzasadnia właściwie ślubu czystości, jedynie myśl o „zapoczątkowaniu” ma wartość. W wyrokach Bożych leży, aby stan czystości był kiedyś stanem każdego człowieka.
Podobnie żaden dowód nie uzasadnia lepiej konsekracji życia w tym właśnie, co ono zawiera najbardziej istotnego, mianowicie w pełnej miłości kontemplacji Chrystusa, Boga i Zbawiciela, jak fakt, że jest ono zapoczątkowaniem wizji uszczęśliwiającej. Mimo naszej słabości oraz nędznego sposobu, w Jaki odpowiadamy powołaniu, życie nasze stwierdza autentyczność nadprzyrodzonego powołania ludzkości. Świat potrzebuje takich konkretów, nie tylko przedstawionych w kazaniu, ale zapoczątkowanych rzeczywiście, na jego oczach, w życiu ludzkim[20].
Nihil obstat: /-/ + Z. J. Kraszewski
Warszawa, 16.I.1975.
Wydział Spraw Zakonnych, Dziekania 1
Przypisy:
[1] List do Wspólnoty.
[2] Beni – Abbes – 23 lutego 1950 r.
[3] Konferencja do zakonnic, Ottawa 20 sierpnia 1964 r.
[4] Casablanca, 5 luty 1960 r.
[5] Oto jest proste i słuszne określenie modlitwy, dane przez O. Karola od Jezusa. „Widzicie: modlić się – to przede wszystkim myśleć o mnie – kochając Mnie … im więcej Mnie kochacie, tym le piej się modlicie. Modlitwa – to jest uwaga skierowana z miłością na Mnie. Im bardziej miłosna jest ta uwaga, tym lepsza jest modlitwa”.
[6] Konieczność studiów teologicznych jako podstawy życia modlitwy jest oczywiście zależna od bardzo różnych wymagań każdego powołania: wydają się ona niezbędna dla kapłanów, dla zakonników i dla niektórych powołań laickich, aby nadać równowagę ich życiu duchowemu. Dużo jest jednak chrześcijan, którzy nie mogą się oddać studiom, a mimo to, z pomocą łaski Bożej, dochodzą do autentycznej modlitwy kontemplacyjnej – byleby każdy z nich przyjął sercem uległym to nauczanie Kościoła, które jest mu przeznaczone. Niemniej w dzisiejszych warunkach nie można utrzymać wysokiego poziomu życia chrześcijańskiego bez wiadomości religijnych głębszych, niż to było potrzebne w epoce, w której nauki świeckie były mniej rozwinięte.
[7] Jezus wyrażał swoją modlitwę usuwając się w samotność, padając na ziemię, wznosząc oczy do nieba, wzdychał i płakał, a także wzruszał się radością, stosownie do tego, co przeżywał podczas modlitwy. Mt 11,25; 14,23; 26,30; 27,46; Mk 7,34; 14,35; 15,34; Łk 4,16-20; 5,15; 6,12; 10,21; 22,44-45; J 10,22-23; 11,41; 12,27; 17,1.
[8] Oto są dwie metody bardzo proste, którymi posługiwał się O. de Foucauld, oraz podany przez niego ich opis: „Uświadom sobie naprzód w akcie wiary, co masz zamiar robić: o co tu chodzi? a po przeczytaniu tekstu Nowego Testamentu albo odnośnie jakiejś tajemnicy:
1) Co masz mi do Dowiedzenia, Panie Boże?
2) Ja – właśnie to chciałem Ci powiedzieć.
3) Nie mówić nic, patrzeć na Ukochanego”.
„Inny sposób polega na tym, aby podzielić czas poświęcony rozważaniu na kilka części i poświęcić każdą z nich na ten akt, którego Bóg oczekuje od nas w modlitwie:
1) Uwielbienie, podziw, itd.
2).Cieszyć się wraz z Jezusem albo cierpieć z Nim.
3) Uświadomić sobie naszą nędzę, prosić o przebaczenie, znać potrzebę odkupienia.
4) Dziękować za siebie i za innych.
5) Prosić dla innych i dla siebie.
[9] Można powiedzieć, że metoda modlitwy ma w sobie coś z ascezy w tej mierze, w jakiej staje się narzędziem służącym do poskramiania wyobraźni oraz uciszenia ciekawości i nieumiarkowanego pędu do rzeczy zewnętrznych. Milczenie narzuca się wówczas jako jeden z głównych składników ascezy w modlitwie. Zaryzykujemy nawet twierdzenie, że jeśli należy ono do ascezy jako czynnik przekształcający naszą skłonność do rozproszenia i do „rozrywki” (według znaczenia, jakie Pascal nadał tomu słowu) to samo w sobie jest czymś więcej: ono stwarza atmosferę, w której może się dokonać zjednoczenie duszy z Bogiem w akcie modlitwy. Milczenie wewnętrzne jest niezbędne, a milczenie zewnętrzne jest też niezbędne w tej mierze, w jakiej warunkuje milczenie wewnętrzne.
[10] Rzym, 15.II.1958, Ten list, napisany w związku z Kapitułą Generalną Braci Mniejszych, zawiera na zakończenie notatkę „0 przebywaniu w pustyni”, s. 119.
[11] El Abioth, 8 grudnia 1946 r.
[12] Reguła życia Małych Braci Jezusa.
[13] Ibid.
[14] El Abioth, 20 luty 1948 r.
[15] El Abioth sidi – Cheskh 16 luty 1948 r.
[16] Pustelnia w Mar-Elian, Syria 13 czerwca 1950 r.
[17] Jerozolima, 27 lipca 1951 r.
[18] Określenie „pustynia” jest wzięte w podwójnym znaczeniu: w znaczeniu geograficznym jest to miejsce ustronne i niezamieszkałe, którego typowym przykładem jest Sahara, kołyska wszystkich wspólnot. W znaczeniu przenośnym są to dni skupienia, przeżywane w określonych warunkach milczenia i samotności, analogicznie do tego, co się znajduje w miejscach pustynnych (np. w pustelniach) i podczas których staramy się mieć określoną postawę duchową, co poniżej zostanie wyjaśnione.
[19] To, co jest tu powiedzianego o powołaniu Małego Brata, odnosi się. też do powołania księdza świeckiego oraz członka laikatu w tej mierze, w jakiej .Bóg dał im zrozumieć możność działania poprzez kontemplację, która jest normalnym skutkiem powołania do miłości każdego członka Mistycznego Ciała Jezusa.
[20] Nazarath, 27 czerwca 1948 r.
Archiwum KWPŻZZ