Bednarz Mieczysław SJ
MIŁOŚĆ OFIARNA A NASZA WSPÓLNOTA ZAKONNA. WSPÓLNOTA ZAKONNA A UMARTWIENIE
Dni Skupienia Mistrzów Nowicjatów i Wychowawców kleryków zakonnych, Kraków, 11-12.X.1973 r.
Materiały Komisji ds. Wychowania i Nauki KWPZM 1973 r.
Przyjmujcie jedni drugich,
jak Chrystus i was przyjął
kuc chwale Bożej /Rz 15,7/.
Wprowadzenie
„Zgromadziła nas w jedno miłość Chrystusowa”. Widzi się to hasło w niejednym domu zakonnym, wypisane na widocznym i godnym miejscu. I słusznie, bo wyraża ono genezę i cel powołania i życia wspólnego w zakonach /zob. KK n. 43; DZ n. 1/. W świetle tego hasła widać, czym nie jest wspólne życie zakonne. Nie jest ono samotnością żyjących obok siebie monad ludzkich. Nie jest wspólnotą świecką dla celów czysto świeckich. Nie jest też wspólnotą dla rozwoju własnej osobowości pojętej autonomicznie jako naczelny cel, ani dla autorealizacji w rozumieniu ściśle psychologicznym. Samolubne wyrachowanie, przymus czy konformizm jako obce miłości Chrystusowej w żadnym wypadku nie mogą uzasadniać zakonnego życia wspólnego.
Czym zatem jest prawdziwa wspólnota życia w zakonach? Jest miłością Chrystusową w sercach ludzi, gromadzącą ich w jedno dla tego samego celu, dla którego zapłonęła w ludzkim Sercu Syna Bożego: dla wypełnienia zbawczej woli Ojca przez zniweczenie dzieł szatańskich /1 J 3,8/ i przez zebranie dzieci Bożych rozproszonych w jedno /J 11,51-52/ przy Ojcu przez Syna w Duchu Świętym /zob. DZ n. 15/.
Ta miłość jest cechą życia chrześcijańskiego w ogóle jako życia „pochwyconego”, „pociąganego” przez Syna /zob. Flp 3,12-13; J 12,32/ i „prowadzonego” przez Ducha Świętego do Ojca /Rz 8,14/. Dobrze jest, że ta istotna cecha życia chrześcijańskiego leży u podstaw życia zakonnego. Nie można przecież życia zakonnego umieszczać na marginesie życia chrześcijańskiego ani na marginesie łaski chrztu /zob. KK n. 44/. Nie trzeba /bo w czyim interesie?/, kopać przepaści między laikatem a stanem zakonnym w Kościele /KK n. 43/. Nie zachodzi przecież między nimi różnica natury czy istoty miłości i doskonałości, do której dążą w jednym Ludzie Bożym. Różnica jest, ale jest to różnica:
innego powołania do innej funkcji w jednym Ciele Mistycznym Chrystusa oraz
różnica stopnia nasilenia miłości wydanej Bogu i Bliźnim, jak na to wskazuje znamienne słownictwo Soboru Wat. II: więcej, bliżej, ściślej, trwalej, swobodniej iść za Chrystusem, biorąc większy i bliższy udział w Jego zbawczej misji, którą On od Ojca otrzymał i przekazał na zawsze całemu Kościołowi /zob. KK n. 44; DZ n. 1/[1].
Dochodzi tu do głosu i utrwala się przez śluby zakonne poryw hojnego serca, wezwanego do większego daru z siebie, dla większej chwały Boga zawsze większego przez bliższe naśladowanie Jezusa ubogiego, czystego i posłusznego Ojcu aż do wyniszczenia w śmierci krzyżowej. Taki poryw serca, i to poryw zbiorowy, we wspólnocie, jest możliwy jedynie pod naporem miłości Bożej rozlanej w sercach ludzi przez Ducha miłości /zob. 2 Kor 5,14-15; Rz 5,5/.
Jezus – Głowa potrzebuje dla swego Ciała Mistycznego, dla Kościoła, takich ludzi, wzywa ich ze stanu duchownego i świeckiego /zob. KK n. 43/ i czyni z nich „dar dla swej Oblubienicy” /tamże/. Kościół wędrujący do Królestwa niebieskiego „sicut acies ordinata”, obok ogółu wiernych spełniających swoje zadania i funkcje, potrzebuje „straży przedniej”, ludzi gotowych, zawsze do dyspozycji, ochoczo wydanych Kościołowi na służbę, wolnych od przeszkód krępujących ich swobodę służenia i dawania. Wolnych od przywiązać majątkowych, rodzinach i od subiektywnego samostanowienia o sobie.
Ta sama miłość Chrystusowa, która gromadzi w jedno stadła małżeńskie i rodziny, gromadzi także w jedno zakony /por. Ef 5,21-32; DZ n. 12; DFK n. 10/. Czyni to ta sama miłość Chrystusowa, ale według daru łaski Ducha Bożego rozdającego w Kościele różne powołania /Ef 4,7 i 11-15/; dzięki temu utrzymuje się niezachwiana jedność planu Bożego i jedność Kościoła w bogactwie powołań i zadań /zob. DZ n. 1/. Nadto nikt nie ma prawa wynosić się nad innych w jedności ogarniającej wszystkich miłości Ojca i Syna i Ducha Świętego i w jedności Świętych Obcowania, a ostatecznie w jedności wspólnego Domu Ojca, gdzie dla wszystkich Jego dzieci jest mieszkań wiele /J 14,2/.
Wspólnotą życia zakonnego, jeśli nie chce popaść w zagrażającą jej sztuczność, żeby nie powiedzieć nienaturalność, musi stale odnajdywać się w wielkiej wspólnocie realizowanej od początku przez miłość Trójcy Świętej, miłość stwarzającą i zbawiającą. O tej wielkiej, wszystko ogarniającej i wciąż rosnącej wspólnocie całego dzieła stworzenia i zbawienia uczy nas przede wszystkim św. Paweł Apostoł. Jego wielkie teksty w listach do Rzymian /8,19-24/, do Efezjan /rr. 1 i 4/, do Kolosan /1,15-22/ ukazują nam Jezusa Chrystusa, przez którego i dla którego wszystko, w którym wszystko ma swoje uzasadnienie, w którym wszystko odnowione i pojednane tęskni za pełnią wyzwolenia na wolność dzieci Bożych.
Chrystus jest nadzieją powszechną /zob. Ef 3,12/, On jest kamieniem węgielnym i zwornikiem powszechnej wspólnoty wszystkich stworzeń Bożych ze Stwórcą i między sobą. On bowiem stał się pokojem naszym /Ef 2,14-18; Kol 1,20/.
Przez Syna w Duchu Świętym urzeczywistnia się w historii, która jest historią zbawienia, odwieczny plan Ojca. Z pełni życia, miłości i jedności w łonie Trójcy Świętej przelać życie, miłość i jedność na wszystkie stworzenia, „a wiele z nich uszczęśliwić jasnością Bożej chwały”[2] – oto wola Ojca zawarta w misji Syna i Ducha Świętego. Jedność ta i wspólnota, odwiecznie zamierzona przez Boga /Ef 1,3-14/, rozbita przez grzech nieposłuszeństwa, została w Jezusie Chrystusie za sprawą Ducha jedności /Ef 4,3-6/ odnowiona przez pojednanie we Krwi Jego Krzyża /Kol 1,19-20/. Jest to zatem jedność i wspólnota w miłości: od strony Boga miłości przebaczającej, od strony stworzenia – miłości zrodzonej z przebaczenia, a więc miłości wdzięcznej, pokornej, skruszonej i zawsze gotowej przebaczać.
Znamienny jest tu teks z listu do Hebrajczyków: Bóg Ojciec, dla którego i przez którego jest wszystko, doprowadza do chwały wielu swoich synów, a czyni to przez Jezusa, przewodnika ich zbawienia. I dlatego tak ten, który uświęca, jak i ci, którzy mają być uświęceni, wszyscy są z jednego. Z tej przyczyny nie wstydzi się nazwać ich braćmi swoimi. Ta wielka wspólnota dzieci Bożych w Synu Bożym „doskonali się przez cierpienie” /Hbr 10-11/ i zmierza ku doskonałej miłości /zob. początek Dekretu o odnowie życia zakonnego: Perfectae caritatis/. W ten sposób w miłości i wzajemnej posłudze buduje się i rośnie Ciało Chrystusowe /Ef 4,12-14/.
Ta miłość – od Ojca przez Syna za sprawą Ducha w naszych sercach – tworzy wszelkie wspólnoty i sprawia, że ludzie dojrzewają, stają się naprawdę dorośli, zdolni do uzyskania nowej cechy, mianowicie dbałości o dobro innych /Erich Fromm/, szukania dobra bliźnich /Paweł: 1 Kor 10,24/ i „miłowania nie tylko chwały Bożej, ale i dobra obrazu Bożego, którym jest człowiek” /Ignacy Loyola/[3].
Ta miłość Chrystusowa, z Jego Serca czerpana, przywraca pokój, burzy mur wrogości /Ef 2,14-15/, gładzi grzechy świata, grzechy nasze, i staje się naszym pokojem. Tylko ona jest w mocy zgromadzić nas w jedno, ale pod warunkiem, że ją przyjmiemy i będziemy z nią współpracować. Ucząc się Chrystusa /zob. Ef 4,20/, trzeba nam uczyć się Jego miłości ze wszystkimi jej przymiotami.
Miłość Chrystusowa w naszym życiu wspólnym
W Pawłowej wizji życia chrześcijańskiego, w której zawarliśmy – zgodnie z nauką Soboru – wizję życia zakonnego, istotną rolę odgrywa odwieczne zamierzone przez Ojca i nieodwołalne wybranie, stworzenie i odkupienie wszystkich w Synu Bożym, wybranie wraz z powołaniem – przeznaczeniem do dobrych uczynków, które Bóg z góry dla nas przeznaczył /zob. Ef 2,10/. Te dobre uczynki odwiecznie przez Ojca nam przeznaczone, a w czasie przez nas wykonane w Jezusie Chrystusie, są uczynkami synowskiej miłości względem Ojca, braterskiej miłości względem bliźnich, a zawsze ku chwale Boga i dla naszego zbawienia, bo są uczynkami w Chrystusie, który uwielbił Ojca przez dzieło powszechnego zbawienia /J 17,4/. Dla nas są to uczynki „zakonne” – zgodne z naszym powołaniem zakonnym.
W tym świetle lepiej rozumiemy słowo Pisma o Jezusie i o nas: „Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce” /J 1,16/. W Pełni Jezusowej łaski, w pełni Jego miłości do Ojca i do ludzi, zawarte są nasze dobre czyny, między innymi na pewno dobroć naszego życia wspólnego w zakonie. Z tej pełni czerpali właściwą i przez Boga im przeznaczoną łaskę powołania zakonnego nasi święci Założyciele; z tej pełni wypływa łaska życia w miłości we wspólnotach zakonnych. Z tej pełni i my dziś czerpiemy modlitwę Jezusową w nas, udział w Jego pracy apostolskiej i udział w Jego cierpieniach /zob. Flp 3,10; 2 Kor 4,12/[4]. Ale to wszystko czerpiemy nie jako samotnicy, lecz jako ludzie obdarzeni łaską życia wspólnotowego, tak nam potrzebnego do dobrej modlitwy, do dobrej pracy apostolskiej i do dobrego znoszenia cierpień. Bo pełnia Chrystusowej modlitwy, pracy i cierpienia otwiera się przed nami hojnie w pełni miłości tworzącej jedność i wspólnotę modlitwy, pracy i cierpienia. Jeśli tego nie rozumiemy, jeśli w tej pełni nie będziemy uczestniczyć, „nie mając cząstki z Jezusem” /J 13,8/, wtedy grozi nam samotność modlitwy, samotność pracy i samotność cierpienia – coś nieludzkiego, anty-Chrystusowego, coś, co zalatuje piekielnym zapachem ostatecznej i nieuleczalnej samotności.
Zapytajmy teraz, jaka jest miłość Chrystusowa gromadząca nas w jedno. Jakie są jej przymioty?
Jest to miłość od Ojca, który przez Syna za sprawa Ducha rozlewa ją w naszych sercach /Ef 1,4-14; Rz 5,5; Rz 8,35-39/. Jest to zatem miłość rodzinna – miłość Ojca i Syna w ich Duchu. Nie ma w niej nic z zimnego funkcjonalizmu, administracji, biurokracji, nic z bezduszności, anonimowości. Jest w niej serdeczna znajomość po imieniu /por. J 20,16: Mario!/, znajomość dogłębna, bo tylko ten zna, kto kocha /1 J 4,7-8/, solidarność rodzinna /J 17,10/, współodpowiedzialność, troska wzajemna o dobro rodziny, gotowość do ofiar i poświęceń tak dla całej rodziny, jak i dla poszczególnych jej członków. Nie szukać siebie, ale chcieć być pożytecznym we wspólnocie – oto główny rys tej miłości rodzinnej.
Ujmująco o tym rysie miłości rodzinnej pisze autor Listu do Diogeneta /ok. 200 r./. „Jeśli przyjmiesz wiarę, zaczniesz poznawać prawdziwego Ojca. Będziesz kochał tego, który cię pierwszy ukochał. A miłując Go, będziesz naśladowcą Jego dobroci /…/ Bo ten, co bierze na siebie ciężary swego bliźniego i który w tym, w czym ma jakąś wyższość, chce, żeby korzystał z tego i jego bliźni mniej uposażony, ten, co daje hojnie potrzebującym te dobra, które sam otrzymał od Boga, ten właśnie jest naśladowcą Boga”.
Miłość Chrystusowa tworząca nasze wspólnoty jest życzliwa, rodzi zaufanie i pokój. Jak bolesne są skargi tych, co lata wczesnej formacji zakonnej przeżywali w ustawicznym lęku, że będą odrzuceni; żyli pod zimnym okiem przełożonych i wychowawców, wciąż w stanie próby, która nie tyle była im szansą i pomocą do rozwoju i postępu, ile raczej okresem śledzenia ich braków i uchybień, kurczenia się pod surowym okiem obserwatorów. Czy jest możliwy zdrowy rozwój w stanie zagrożenia, strachu i niepewności, bez kojącego poczucia, że jest się ufnie i życzliwie przyjętym?
O takim złym przeżywaniu braku wspólnoty pisze zmarły niedawno Pablo Neruda:
… Zapukaj do drzwi i otworzą ci,
otworzą ci do pewnego stopnia
i zobaczysz, że w środku jest zimno,
że ten dom jest pusty
i nie chce mieć z tobą nic wspólnego …[5]
Pan Jezus mówiąc o swojej do nas miłości posłużył się przypowieścią o dobrym pasterzu /J 10,11-15/ i udowodnił ją otwarciem Serca na krzyżu /J 19,34/. Nie znam się na filozofii Heideggera, ale jego koncepcja człowieczego bytowania jako „pasienie istnienia”, ma w sobie posmak Ewangelii św. Jana. Czuć w niej życzliwe i odpowiedzialne sprzyjanie istnieniu, z miłości płynącą troskę o jego rozwój[6].
Równie pięknie wyraził to poeta T. Sułkowski:
„Podeszli do okna, bo dobrze jest tak trochę postać
przed ziemią nie jak sędzia, ani winny, ale jako pasterz”[7].
Tę samą postawę wyraził w rozważaniu o Trójcy Świętej Dag Hammarskjöld:
„– czuwać z serdeczną troską nad tym,
jak się ludzie rozwijają
/jakby naśladując Syna/[8].
Dopóki nie nasycimy naszych serc tą miłością życzliwie zatroskana o rozwój tych, co razem z nami żyją powierzeni naszej bratniej miłości, dopóki nie zaczniemy jako dobry Pasterz paść bliźnich naszych istnienia tak, by czuło się bezpieczne, bo otoczone miłością pragnącą jego dobra i rozwoju, tak długo nasza formacja i nasze wspólnoty zakonne będą cierpieć na obcość ducha, na pustkę domu, który nie chce mieć z nami nic wspólnego. Nasi młodzi będą rozczarowani, bo stwierdzą, że jesteśmy gromadą ludzi obok siebie, a nie wspólnotą żyjących razem w miłości.
Słowo Jezusowe o dobrym Pasterzu „stało się ciałem” w czynie Jego Serca cierpiącego i otwartego włócznią dla nas wszystkich. Nasza miłość czerpana od Ojca przez Syna w Duchu musi się sprawdzić ofiarą, otwartością serca, która nieraz była jak rana. Pisząc o fałszu naszego życia o. L. Boros twierdzi, że życie łatwe i wygodne /jak życie bogacza, przed którego progiem leżał Łazarz/ jest życiem fałszywym, nie odpowiada bowiem wymogom miłości[9]. Życie z sercem nie bijącym dla innych, nie otwartym dla innych jest życiem nieurodzajnym /por. J 15,6; Łk 13,6-9/. Z takiego serca nie wyrwie się dobre słowo do Boga i do bliźnich /por. Ps 44,2/, nie zrodzi się dobry czyn.
W świecie, w Kościele, w zakonach jest dużo zła. Nie tyle chodzi o zło niezawinione, jak choroba, starość, niedostatek, ile raczej o zło, którego można było uniknąć, gdyby była w ludziach miłość Chrystusowa. Ludzie zrażają się do świata, do Kościoła, do zakonu, tracą sens trwania w takiej wspólnocie, gdzie się czują obcy, nie chciani, nie przygarnięci, zepchnięci na margines. A przecież chcemy, żeby nasze istnienie w świecie, w Kościele, w zakonie było do przyjęcia, do życia, żeby miało sens, wartość i smak.
Co nadaje życiu sens, wartość i smak? Św. Paweł, który przekazał nam agrafon Jezusowy, że „więcej jest szczęścia w dawaniu niż w braniu” /Dz 20,35/, czyli że jest więcej szczęścia w wolności od chciwości i w wolności ku darowi, mówi nam, że jedynie miłość Chrystusowa, ta cierpliwa, łaskawa, nie zazdrosna, nie pyszna, nie szukająca siebie, nie pamiętająca złego, ufna i mężnie wierna, nigdy nie ustająca, że tylko ona nadaje życiu sens, wartość i smak /1 Kor 13/.
Ale jest to bez wątpienia miłość trudna, „ukrzyżowana”, żeby posłużyć się słowem obu św. Ignacych – Antiocheńskiego i z Loyoli[10]. Dodajmy tu słowo Ernesta Hemingwaya, echo słów Pawłowych, którymi zapewnia nas, że „miłość wypatruje dobra wszędzie i w każdych warunkach – i znajduje je. Miłość od jednego wejrzenia objawia ład świata i charakter człowieka”[11].
Dlaczego tak jest? Bo świat, bo Kościół, bo zakon, w którym objawia się bezinteresowna, rodzinna, życzliwa miłość, nie jest światem, Kościołem ani zakonem absurdalnym, bezsensownym, doszczętnie złym … „Uczyń me serce bogate w miłość – modli się K. Rahner – aby choć jeden z mych braci mógł kiedyś w moim życiu przejść przez tę bramę i przekonać się, że Ty go miłujesz, mój Boże, bo go miłujesz moim sercem”[12].
W duchu tej modlitwy zastanawiając się nad naszym życiem wspólnym możemy dobrze zrozumieć i przezwyciężyć straszne słowo J. P. Sartre’a: „Piekło to inni”. – „Jeśli nasze stosunki z bliźnimi są wypaczone, wtedy ten drugi może być dla nas tylko piekłem /…/ Jeśli moje stosunki z innymi są złe, /…/ wówczas rzeczywiście jestem w piekle … Podkreśla to kapitalne znaczenie, jakie mają dla każdego z nas inni ludzie”. Jest to komentarz samego Sartre’a[13].
Słowo Jezusowe pomoże nam jeszcze lepiej zrozumieć i przezwyciężyć to okrutne słowo Sartre’a. Złe, bez miłosierdzia stosunki z bliźnimi cisną Jezusowi na usta wyrzut: Mnieście tego nie uczynili. Idźcie precz w ogień wieczny! /MT 25,41-46/. Ci inni nie pokochani stają się naszym piekłem. Ale istnieje inna możliwość, kiedy ci inni stają się naszym niebem. Miłość miłosierna stwarza takie stosunki z bliźnimi, że z ust Jezusa pada słowo: Mnieście to uczynili. Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, weźmijcie królestwo przygotowane wam od założenia świata /Mt 25,34-40/, bo – mówiąc językiem św. Pawła – wypełniliście te dobre uczynki, które Ojciec wam od wieków przygotował /Ef 2,10/.
Słusznie zatem A. de Saint-Exupèry nazywa drugiego człowieka ambasadorem Boga, drogą i orędziem Boga do nas. Tą drogą – przez bliźniego – Bóg może przyjść do mnie. W bliźnim usłyszeć orędzie Boga, a przyjmując bliźniego przyjąć Boga[14]. Wtedy straszne słowo: Piekło to inni, jest przezwyciężone i przemienia się w słowo Pawłowe o miłości, „która wszystko przetrzyma i nigdy nie ustaje” /1 Kor 13,7-8/, stając się kluczem do nieba.
Być razem
Teraz możemy pochylić się uważnie, pobożnie i z miłością mad ludzkim i boskim słowem: być razem. – Być razem to rzeczywistość Osób Boskich w Trójcy Świętej. Być razem to rzeczywistość osób ludzkich, nie mogących ani zaistnieć, ani się rozwijać bez życia razem. Być razem to smaczny owoc stworzenia i zbawienia, to łaska bytowania przychylnego, życzliwego, pomocnego, sprzyjającego życiu w różnych wspólnotach ludzkich na łonie matki-ziemi. To szczęście bytowania niebiańskiego we wspólnocie wszystkich dzieci Bożych na łonie Ojca ogarniającego swe dzieci Synem i Duchem Świętym. Być razem to słowo ludzkie, chrześcijańskie i zakonne, nikt bez narażenia się na śmierć doczesną i potępienie wieczne nie może rezygnować z bycia razem.
Jak żyć modlitwą eucharystyczną nie będąc razem?
Jak pracować owocnie w apostolskiej misji Syna posłanego przez Ojca i posyłającego nas /J 20,21/, jak uczestniczyć w dziele apostolskim Kościoła, Oblubienicy Chrystusa a naszej wspólnej Matki, nie będąc razem? – Jak uczestniczyć w cierpieniach Jezusa /Flp 3,10; Kol 1,24/, Zbawcy wszystkich ludzi i całego świata, Głowy całego Ciała budującego się w miłości służebnej i ofiarnej /Ef 4,12/, nie będąc razem?
Przypomnijmy jeszcze raz słowo Saint-Exupèry’go: „Pozycja widza zawsze mnie przerażała. Kim jestem, jeśli nie uczestniczę? Aby istnieć, musimy uczestniczyć. Karmię się wartością moich towarzyszy. Upajam się intensywnością, ich istnienia, tym splotem powiązań z pracą, zawodem, z obowiązkiem. Tego braterstwa nic nie zdoła zniszczyć. Kocham moją. grupę /grupa lotnicza/; nie jak widz, który podziwia piękny widok. Kocham moją grupę, ponieważ jestem jej częścią, ona mnie żywi i ja ze swej strony dostarczam jej pokarmu[15]. – Tak mówi lotnik, żołnierz o gronie swych przyjaciół żołnierzy. Mówi to w czasie największej próby – wojny i klęski. Czyżby nasze zakonne być razem miało być słabsze, lichsze, bo niszczone samolubstwem i zatruwane złą samotnością? A może wspólnotom naszym stawiane są zbyt małe wymagania, za małe próby, które nas nie odrywają od łatwego i wygodnego życia? Może zamiast intensywności istnienia, rozwoju, owocowania nasze życie zadowala się nikłą wegetacją? Zakony w trosce o dobrego ducha w formacji, w życiu wspólnym i w pracy apostolskiej – winny rzetelnie przemyśleć i być może, zreformować swój styl życia. I na pewno nie w kierunku wygody, zadowolenia z siebie i rutyny …
Przyjrzyjmy się bliżej różnym postaciom naszego bycia razem we wspólnotach zakonnych.
Najpierw trzeba nam być razem prawdziwą obecnością, podobną do tej, o której mówił św. Paweł Ateńczykom: „W Nim żyjemy, poruszany się i jesteśmy” /Dz 17,28/. Stworzeni na podobieństwo Boga i podobni obrazowi Syna /Rz 8,29/ winniśmy w naszej obecności objawiać pewne rysy obecności Bożej, Chrystusowej. Przecież żyje w nas Chrystus /Gal 2,20/. Winna to być obecność, w której inni poruszają się swobodnie, żyją bezpiecznie, rozwijają się szybciej, owocują obficiej …[16] Obecność dobra, ani zimna, ani twarda dla innych. Jedyny dozwolony i pożądany ciężar naszej obecności to ciężar miłości, augustiański „amor meus pondus meum”. O taką obecność modlił się Dag Hammarskjöld: „Obym umiał trwać coraz mocniejszy i coraz prostszy, coraz cichszy i coraz cieplejszy” … „Nie ciążyć ziemi”[17], nie ciążyć nikomu moim „ja” trudnym, przykrym, chcącym tylko brać, a nie dawać. Jak pięknie o łaskę takiej obecności modli się muzułmanin: „Ześlij do mego serca, Boże łaskawy i współczujący, wiarę, ciszę i pokój, abym się stał jednym z tych, których serca uspokajają się na wspomnienie Bożego imienia”[18].
Modlitwy te natchnione są duchem błogosławieństw: Błogosławieni cisi i pokój czyniący, ci, których obecność jest cicha i darząca pokojem. Ci są synami Bożymi, bo w nich objawia się Syn Boży /Gal 1,16/ i Duch Boży cichy i darzący pokojem /Gal 5,22/.
Być razem dobrą obecnością, znaczy mówić dobrze do siebie wzajemnie. Pierre Emmanuel w swej głębokiej książce pt. „Twarz człowieka” udowadnia tezę, że „mówić znaczy kochać”[19]. Prawdziwa mowa jest nie tylko nie kłamliwa w treści, ale nie zwyrodniała w samym swym źródle. Jako wyjście z siebie ku drugiemu człowiekowi, jako pragnienie wzajemnego zrozumienia, jako dzielenie się z bliźnim swoim wnętrzem za pomocą znaków, jako otwarcie ust poprzedzone otwarciem serca[20], taka mowa na pewno jest wyrazem miłości. Natomiast złe, zamknięte w sobie milczenie, które aż krzyczy bliźniemu: Ja ciebie nie chcę! Nie mam ci nic do powiedzenia. Ja nie chcę do ciebie mówić, bo cię nie kocham! Zła, nieżyczliwa i odpychająca mowa, podniesiony głos, krzyk i wrzask raniący uszy i serce bliźniego, to wszystko nie jest prawdziwą mową, bo jest przeciwne wewnętrznej celowości mowy; to jest „antymowa”. Św. Paweł o takiej złej mowie nie waha się powiedzieć, że jest „zasmucaniem Ducha Bożego”, Ducha miłości /Ef 4,30-32/. Jest to zasmucanie miłości. Dziecko niesłusznie lub gwałtownie skarcone, żona obrażona cierpkim słowem męża, podwładny „sponiewierany” przez przełożonego są ogarnięci chmurą smutku, z które nierzadko pada deszcz łez. Miłość została zasmucona.
Kiedy nasza mowa jest miłością? Kiedy spełnia zasadnicze funkcje mowy wyrażone w prologu Pierwszego listu św. Jana: funkcję oznajmiania, informowania, przekazywania treści dla zrozumienia i przyjęcia. Dalej – funkcję świadczenia, tj. informowania z zaangażowaniem w prawdę przekazywaną i w stosunku do osoby, której się prawdę przekazuje. Nie chodzi bowiem o informację rzeczową i bezosobową, ale prawdziwą i ludzką, żywą i ciepłą od świadectwa kogoś, kto daną prawdę bierze na serio i chce się nią z drugim podzielić. Wreszcie – funkcję tworzenia jedności, łączności, wspólnoty otwartej, tak że nie tylko mówiący i słuchający mowy są razem objęci obopólną życzliwością, ale obaj są życzliwi dla innych. Mowa dobra, mowa miłości tworzy szerokie relacje, tka sieci zagarniające wiele istot spragnionych miłości.
Posłuchajmy św. Jana: Oznajmiamy wam, co było od początku, o Słowie życia, które objawiło się nam naocznie i namacalnie. – Świadczymy wam o tym Słowie, które było u Ojca a zostało nam objawione; świadczymy, bośmy je widzieli i słyszeli. – Oznajmiamy i świadczymy wam po co? Abyście mieli z nami łączność. Jaką łączność? Czy tylko z nami? To byłoby za mało, za ciasno, za skąpo. Mieć łączność z nami w Słowie życia znaczy mieć ją z Boskimi Osobami a w nich ze wszystkim, co istnieje z daru tych Osób[21]. – A jaki jest skutek, owoc takiej mowy? Nasza radość wspólna, pełna, bo nikt z niej nie został wyrzucony ani Bóg, ani człowiek, ani świat: cała rzeczywistość jest objęta słowem miłości, jak stwórczym słowem Fiat i zbawczym słowem Consummatum est[22].
Ale czy taka dobra mowa jako wyraz miłości i dobrego bycia razem przyjdzie nam łatwo, bez walki ze złymi siłami samolubstwa, agresji, nieżyczliwości i zimnej obojętności? Czy bez torowania z wysiłkiem drogi dla miłości powszechnej nie pozostaniemy w ciasnych kręgach miłości stronniczych, partyjnych, partykularnych, tworzących w zakonach kliki zasklepione w sobie? Czy wtedy pewnych ludzi nie pozostawimy za ścianą naszej miłości, wydanych poczuciu osamotnienia i odrzucenia? Czy będziemy jeszcze podobni do naszego Ojca w niebie, który słońcem i deszczem darzy dobrych i złych, nie przebierając w ludziach, nie kierując się względem na osoby? /Mt 5,48; Rz 2,11/.
Być razem w każdej wspólnocie zorganizowanej, a więc i w zakonie, oznacza obecność wzajemną tak uhierarchizowaną, że istnieje wzajemna pomoc i służba w ładzie dobrej relacji między sprawującymi władzę i posłusznymi władzy dla dobra wspólnego. U kolebki wielu zakonów była swoista „rewizja życia”, wspólne narady Założyciela z pierwszymi towarzyszami, właśnie nad tym być razem w ramach władzy i posłuszeństwa. Widziano w tym nie tylko problem, zwartości organizacyjnej, nie tylko warunek sprawności apostolskiej, ale także jako wyraz wzajemnej życzliwości i miłości: „alii aliorum curam habentes” – zatroskani jedni o drugich i pragnący utrzymać więź jedności[23].
Sprawowanie władzy w Kościele i w zakonach jest uczestniczeniem we władzy Boga i Jezusa Chrystusa, a więc we władzy tego, który jest Ojcem, Miłością, Miłosierdziem. Przypomniał to przełożonym Sobór Wat. II: „Przełożeni, sami ulegli woli Bożej w pełnieniu swego zadania, niech władzę sprawują w duchu służenia braciom, tak żeby przez to wyrazić ową miłość, jaką ich Bóg miłuje” /DZ n. 14/.
Posłuszeństwo zaś zalecone jest podwładnym jako owoc wiary i umiłowania zbawczej woli Bożej i jako czynny udział w pełnym miłości dziele „budowania Ciała Chrystusowego”. W tak pojętym posłuszeństwie jest rys maryjny, gdyż Maryja w posłuszeństwie zgodziła się oddawać Ciało Zbawiciela wszystkich /por. Łk 8,21/. A zatem z obu stron, u przełożonych i podwładnych, objawia się wspólny rys miłości gotowej do poświęcenia w służbie i pomocy wzajemnej.
Ale takie przeżywanie wspólnoty, bycia pod władzą razem i w posłuszeństwie, wymaga od przełożonych i podwładnych wyzbycia się samolubnych punktów widzenia i oceniania; wymaga pokory służebnej, której we wspólnocie Wieczernika uczył Jezus umywaniem nóg apostolskich. Warunkiem takiego bycia razem jest wyjście z siebie a przejście w innych, wczucie się w przełożonych w sytuacje i potrzeby podwładnych, a ze strony podwładnych chęć zrozumienia i współczucia z przełożonymi; wzywa nas do tego autor listu do żydów /Hbr 13,17/. Potrzebna jest z obu stron swoista forma obiektywizacji, stawianie się na miejscu tego drugiego, brania z nim razem odpowiedzialności za dobro wspólne, za wypełnienie celu naszej wspólnoty[24].
Czasy ascezy z całą rekwizytornią narzędzi pokutnych przeminęły, zdaje się, bezpowrotnie. Ale jedno jest pewne: asceza jest nam potrzebna tak samo jak ojcom pustyni i mnichom średniowiecznym. Jej główną formą winna być dzisiaj asceza życia wspólnego i apostolskiego, praktykowana nie tyle od strony zadawania sobie /a tym mniej innym/ bólu i przykrości, ile raczej jako rzetelny wysiłek zmierzający do tego, żeby innym było dobrze, a z nami lepiej. Pawłowe „omnibus omnia factus sum” /1 Kor 9,22/ i „Deo in omnibus placentes, pacem cum omnibus habentes” /Kol 1,10; Tit 2,9; Rz 12,18/, pojęte jako unikanie tego, co innym się nie podoba, co innych razi, i jako zabieganie o to, co innym się podoba, co innych raduje – to właśnie obok Janowego „maleć, żeby On rósł” /J 3,30/ winno być główną sprężyną naszej ascezy. Jest w niej nie tylko dobroć, ale i słuszność, nawet sprawiedliwość. Inni mają prawo tego od nas oczekiwać. Wyznawcy buddyjskiej sekty Zen do doskonałości, do oświecenia mądrością przenikającą całe życie, dążą także drogą „dobrego zachowania się, które każę stale liczyć się z prawami drugich”[25]. Chyba i o tym myślał św. Jan Berchmans, kiedy się wyraził: „Vita communis mea maxima paenitentia”[26]. Miłość prawdziwa, zależna, licząca się z prawami innych jest miłością trudną, ofiarną i umartwioną. Tylko taka miłość jest naprawdę gotowa pomagać i służyć we wspólnocie, nie zadowalając się „ciepłymi słowami” /por. Jak 2,15-16; 1 J 3,17-18/.
Być razem w zakonach czynnych oznacza wspólnotę dobrze przemyślanej, zaplanowanej i zorganizowanej pracy apostolskiej dla zbawienia i postępu bliźnich. Ale tego wspólnego dzieła przemyślenia, zaplanowania i zorganizowania apostolstwa nie da się dokonać przy braku zespolenia umysłów i serc w braterskiej miłości. Różnica zdań zagorzała, zapędy indywidualistyczne, drażliwość ambicjonalna, niekiedy niska zazdrość, a w tym wszystkim zamaskowana miłość własna, ta szukająca siebie, nieumartwiona, nie umiejąca cieszyć się z cudzego dobra, nie chcąca zrozumieć cudzych facji – to wszystko utrudni, a może nawet udaremni wspólny wysiłek apostolski.
Jest to szczególnie ważne w wypadku rodzących się nowych inicjatyw apostolskich. Ileż ich ginie przed czasem, zmrożonych nieżyczliwą, krytyką, nie podjętych z powodu niechęci czy choćby obojętności współbraci. Ile serc apostolskich, po ludzku łatwych do zranienia, traci zapał, zniechęca się, nie widząc we wspólnocie ani zrozumienia, ani pomocy. Te boleśnie zadane rany nie tylko bolą i ostudzają zapał, ale zrażają do wspólnoty zakonnej, nawet do zakonu, narażając na utratę powołania. W dużej mierze winę za to ponosi nie miłująca, nie umartwiona wspólnota.
Zakończmy te rozważania modlitwą, aby Duch miłości, Duch Ojca i Syna, Duch rodzinny powołujący do istnienia nasze rodziny zakonne, aby ten Duch zajaśniał w naszych wspólnotach „przyjaznym światłem, w którym ludzie stają się sobie nawzajem drodzy, mili i bliscy”[27].
„Boże, który związałeś nas wszystkich razem w tym kłębku życia, udziel nam łaski zrozumienia, jak dalece nasze życie zależy od odwagi, mądrości, prawości i szlachetności naszych bliźnich. Spraw, abyśmy pamiętali o ich potrzebach, byli im wdzięczni za ich solidarność i odpowiedzialność, i żeby oni nie zawiedli się na nas. Prosimy Cię o to przez Jezusa Chrystusa Pana naszego. Amen”[28].
Archiwum KWPZM
[1] Zob. Ćwiczenia duchowne nn. 96-98 w: Św. Ignacy Loyola, Pisma wybrane, t. II, Kraków, WAM, 1969, s. 122. Bobrze uchwycona jest ta „różnica nasilenia” miłości w odpowiedzi na apel Chrystusa.
[2] Zob. prefacja w IV Modlitwie Eucharystycznej.
[3] Św. Ignacy Loyola, Pisma wybrane, t. I, s. 492.
[4] Jules Lebreton S.I., Tu solus sanctus, Paris 1948.
[5] Pablo Neruda, Monolog we mgle, w: Życie Literackie n. 39, 30.IX.1973, s. 4.
[6] Zob. Znak, n. 228 /czerwiec 1973/, s. 697-702, art. J. Tischnera, Martina Heideggera milczenie o Bogu.
[7] Tadeusz Sułkowski, Dom złoty, Londyn, Oficyna poetów i malarzy, 1961, s. 45-46.
[8] Dag Hammarsköld, Drogowskazy, Kraków, Znak, 1967, s. 96.
[9] Ladislaus Boros S.I., Quel monde, quel hornme, quel Dieu?, Paris, DDB, 1971, s. 62-64.
[10] Zob. Św. Ignacy Loyola, Pisma wybrane, t. I, s. 679, przypis 103.
[11] Ernest Hemingway, Na spokojnym morzu każdy jest pilotem, w: Świat, 17.II.1963.
[12] Encounters with Silence, 1964 /z notatek M.Konstantyny Baranowskiej OSU/.
[13] Bernard Bro, Człowiek i sakramenty, Warszawa, PAx, 1972, s. 47.
[14] Antoine de Saint-Exupèry, Pilot wojenny, Kraków, PIW, 1968, s. 274, 279, 281, 282.
[15] Tamże, s. 253-255.
[16] Por. piosenkę młodzieżową: … może przy tobie zakwitnę, może przy tobie urosnę …
[17] Dag Hammarskjöld, Drogowskazy, s. 65, 44.
[18] Modlitwa muzułmańska w: The One Who Listens – A book of prayer, oprac. M. Hellings i E. Gullick, Mayhew-McCrimmen, 1971, n. 111.
[19] Pierre Emmanuel, Twarz człowieka, Warszawa, PAX, 1972, s 109-135.
[20] Ps 44,2: „Eructavit cor meum verbum bonum”.
[21] Zob. Mt 18,19-20. Dobrze być razem – w imię Jezusa Chrystusa, po synowska względem Ojca, po bratersku względem bliźnich, w imię Zbawcy, a więc ku zbawienia – jest być razem także z Chrystusem.
[22] Zob. Edmond Barbotin, Humanitè de l’homme: Etude de philosophie concrète. Theologie 77. Paris, Aubier, 1970, s. 163: „Parler, c’est dire comment le monde existe”. /Słowo, mowa jako wyraz miłości ogarnia świat, drugiego człowieka, rzeczywistość jako istnienie będące owocem miłości/. Cały rozdział III La Parole poświęcony jest rozważaniom, głębokiej analizie filozoficznej na temat mowy ludzkiej. Oto niektóre wyjątki z tego rozdziału: Słowo-mowa jako dar /s. 139: La parole est donnante/; mowa jako uznanie drugiego człowieka, jako zgoda na jego istnienie /s. 146/; rola mowy w kształtowaniu człowieka: Takim się stajesz, jaką jest ta mowa, której z własnego wyboru chcesz słuchać /s. 148/; słowo-mowa jest pokarmem, pomaga do wzrostu, dodaje sił /s. 148-149/; prawdziwe słowo miłości sprawdza się w działaniu /s. 149-153 – zob. Ćwiczenia duch, n. 230 w. Św. Ignacy Loyola, Pisma wybrane, t. II, s. 150; por. J. Liebert, Anioł Pokoju: „Więc kiedyż na świecie Bóg da mi przymierze ręki ze słowem? Kiedy słowo dotkniesz rękami”.
Poezje zebrane, Warszawa, PAX, 1972, s. 120; rola kulturotwórcza słowa: Powiedz mi jak mówisz, a ja ci powiem, kim jesteś /s. 154/; moc jednocząca słowo-mowy /s. 156-157/; słowo prawdziwe, wyrażające prawdę /s. 164-166/ domaga się przyjęcia, zaufania, zawierzenia i dzięki temu tworzy dobre relacje między ludźmi; wiara w słowo to wiara w miłość osoby, która do nas mówi /s. 167-172/.
[23] Monumenta Ignatiana /w Serii Monumenta Historica Societatis Iesu/ Constitutiones, t. I, Roma, 1934, s. 3.
[24] Zob. Czesław Miłosz, Miłość: Miłość to znaczy popatrzeć ma siebie, Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy, Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu. A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie, Ze zmartwień różnych swoje serce leczy, Ptak mu i drzewo mówią: Przyjacielu, Wtedy i siebie i rzeczy chce użyć, Żeby stanęły w wypełnienia łunie. To nic, że czasem nie wie, czemu służyć. Nie ten najlepiej służy, kto rozumie. /1943/ Wiersze, Londyn 1967, s. 100. „Persz ten znakomicie oddaje obiektywny charakter miłości prawdziwej, sprawiedliwej, dążącej do wypełnienia losu i powołania człowieka.
[25] Pedro Arrupe S.I., Japonia, której nie znamy, Kraków, WAM, 1970, s. 332.
[26] Hippolyte Delehaye S.I., Saint Jean Berchmans, Paris, V. Lecoffre, 1921, s. 91 /Mea maxima paenitentia vita communis/.
[27] Huub Oosterhuis, Modlitwa do Ducha Świętego /zob. Modlitewnik Przyjdź Królestwo Twoje, Kraków, WAM, 1971, s. 41/.
[28] A book of prayer /zob. przypis 18/, n. 78. Modlitwa Reinholda Niebuhra. – NB. O konieczności wyjścia z siebie, zaparcia się siebie jako warunku rozwoju i owocowania zob. C. Tresmontant, Jezus naucza, Warszawa, PAX, 1975, s. 168-170: Podstawowe prawo ontogenezy.