W Zespole Szkół Jezuitów w Gdyni uczniowie mają telefony przy sobie, ale przez cały dzień nie mogą z nich korzystać. Jako piąta szkoła w Polsce i pierwsza na Pomorzu placówka wprowadziła magnetyczne saszetki YONDR.
Na przerwach słychać rozmowy, ktoś gra w ping-ponga, ktoś inny w piłkarzyki. W szkolnych korytarzach zrobiło się głośniej, ale nie od powiadomień, dzwonków i krótkich filmików przewijanych na ekranie. W Zespole Szkół Jezuitów im. św. Stanisława Kostki w Gdyni od kilku miesięcy działa rozwiązanie, które jeszcze niedawno mogło wydawać się awangardowe. Uczniowie, wchodząc do szkoły, zamykają telefony komórkowe, smartwatche i słuchawki bezprzewodowe w specjalnych magnetycznych saszetkach YONDR. Otwierają je dopiero po zakończeniu zajęć.
Gdyńska szkoła była piątą placówką w Polsce, która zdecydowała się na taki krok, i pierwszą na Pomorzu. Dziś, kiedy Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiada ustawowy zakaz korzystania z telefonów komórkowych w publicznych szkołach podstawowych od 1 września 2026 r., jezuicka szkoła ma już za sobą etap pytań, obaw, rozmów z rodzicami i pierwszych doświadczeń.
Jak mówi Anna Wąśniewska, wicedyrektor ds. pedagogicznych Szkoły Podstawowej Zespołu Szkół Jezuitów w Gdyni, decyzja nie była nagłym gestem ani modą na technologiczne nowinki. – W pierwszej kolejności zauważyliśmy, że trzeba w szczególny sposób zadbać o higienę cyfrową. Chodziło nam o to, aby czas, który uczniowie spędzają w szkole, mogli w większym stopniu pożytkować na budowanie relacji rówieśniczych, rozmowę, wspólne aktywności, grę w ping-ponga czy korzystanie z innych szkolnych atrakcji. Telefon, szczególnie w liceum, gdzie wcześniej można było korzystać z komórki na korytarzu, bardzo rozpraszał i kusił – wyjaśnia.
Powód był jednak nie tylko wychowawczy. Szkoła chciała także przeciwdziałać sytuacjom, które coraz częściej stają się problemem w wielu placówkach: nagrywaniu innych osób bez ich zgody, robieniu zdjęć w ukryciu czy cyberprzemocy. – Jest też ciemniejsza strona tej decyzji. Zetknęliśmy się z sytuacjami cyberprzemocy. Chcieliśmy zapobiegać temu, aby ktoś kogoś nagrał, zrobił zdjęcie w ukryciu, na przykład w przebieralni albo w innym miejscu, w którym nauczyciel nie jest stale obecny. Żeby takie sytuacje ograniczyć niemal do zera, postanowiliśmy wprowadzić rozwiązanie kompleksowe, systemowe, konsekwentne i jednoznaczne: specjalne magnetyczne saszetki na telefony – dodaje.
System działa prosto. Uczeń przed wejściem do szkoły wkłada do saszetki telefon z włączonym trybem samolotowym, smartwatch i słuchawki bezprzewodowe. Następnie ją zatrzaskuje. Saszetka zostaje w plecaku, ale nie można jej otworzyć bez specjalnej stacji magnetycznej. Mechanizm przypomina zabezpieczenia stosowane w sklepach przy ubraniach. Szkoła nie zabiera więc uczniom telefonów, ale równocześnie nie pozwala, by przez cały dzień były dostępne. To ważne, bo w wielu rodzinach telefon bywa także narzędziem kontaktu z dzieckiem po lekcjach, biletem, kartą płatniczą albo sposobem sprawdzenia planu dnia. – To jest kompromis między odbieraniem dziecku telefonu, czego właściwie nie chcemy i nie bardzo możemy robić, a pozostawieniem sprzętu przy uczniu, ale w bezpiecznej formie. Uczeń ma telefon przy sobie, jednak przez czas lekcji i pobytu w szkole saszetka pozostaje zamknięta w plecaku – tłumaczy Anna Wąśniewska.
Są też wyjątki. Jeśli uczeń musi zapłacić telefonem w sklepiku szkolnym, może poprosić osobę dorosłą o odblokowanie saszetki. Podobnie w sytuacji, gdy potrzebuje zadzwonić do rodzica. W sekretariacie znajduje się przenośna stacja magnetyczna. Uczeń może otworzyć saszetkę za zgodą dorosłego, wykonać telefon w dyskretnym miejscu, a potem ponownie zamknąć urządzenie. – Nie musi przecież chcieć, aby sekretarka, nauczyciel czy dyrektor słyszeli, o czym rozmawia z rodzicem. Dlatego przewidzieliśmy takie rozwiązanie. Po zakończonej rozmowie telefon wraca do saszetki i jest zamykany w obecności osoby dorosłej – mówi wicedyrektor.
Wprowadzenie programu nie odbyło się bez przygotowania. Szkoła zorganizowała spotkanie dla rodziców, prowadziła rozmowy z uczniami, tłumaczyła, po co w ogóle taki system jest potrzebny. Pomogło także doświadczenie pierwszej szkoły w Polsce, która wcześniej zdecydowała się na magnetyczne saszetki. – Na początku część uczniów i rodziców odbierała to jako ograniczenie wolności. Dlatego prowadziliśmy wzmożoną kampanię informacyjną, spotkaliśmy się z rodzicami podczas otwartego panelu, rozmawialiśmy z uczniami i tłumaczyliśmy, jakie korzyści może im przynieść to rozwiązanie. Nagraliśmy także wywiad z dyrektorką pierwszej szkoły w Polsce, która wprowadziła takie saszetki. To mała szkoła w Mielenku Drawskim – opowiada.
Dziś w szkole podstawowej 97 proc. uczniów korzysta z programu. Pozostali nie przynoszą telefonów i innych urządzeń telekomunikacyjnych do szkoły albo zostawiają je w sekretariacie. Najmłodsze klasy, od zerówki do klasy trzeciej, nie są objęte systemem, bo dzieci zasadniczo nie przynoszą jeszcze telefonów do szkoły. Cały zespół liczy około 300 uczniów. Zmiany widać szczególnie na przerwach. W liceum uczniowie mogli wcześniej używać telefonów poza lekcjami. Teraz także tam dzień szkolny wygląda inaczej. – Uczniowie więcej rozmawiają, grają w piłkarzyki, w ping-ponga, spędzają ze sobą czas. W szkole zrobiło się gwarno. Z perspektywy pracy dydaktycznej widzimy także inny, pozytywny skutek uboczny: uczniowie rzadziej wychodzą do toalety podczas lekcji. Wcześniej czasami był to tylko pretekst, aby skorzystać z telefonu. Teraz ten problem właściwie zniknął – zaznacza A. Wąśniewska.
Szkoła słyszy także dobre sygnały od rodziców. Nie chodzi o to, że telefon nagle znika z życia dziecka. Raczej o to, że przestaje być oczywistym przedłużeniem ręki. Kilka godzin bez ekranu okazuje się doświadczeniem, które uczeń może przenieść także poza szkołę. – Rodzice mówią nam, że jednoznaczne zasady higieny cyfrowej w szkole przekładają się również na funkcjonowanie dzieci w domu. Uczeń widzi, że skoro przez kilka godzin w szkole wytrzymał bez telefonu, to może wytrzymać także dłużej. Oczywiście są i tacy, którzy po wyjściu ze szkoły próbują nadrabiać czas bez telefonu. To jest bardzo indywidualne. Generalnie jednak widzimy, że uczniowie zaczynają lepiej rozumieć nie tylko to, co telefon im daje, ale też to, co im zabiera – podkreśla.
Saszetki towarzyszą uczniom nie tylko w budynku szkoły. Nauczyciele zabierają przenośne stacje magnetyczne także na wycieczki jednodniowe i kilkudniowe. Dzięki temu znika problem wieczornego korzystania z telefonów w pokojach albo skupiania się na ekranie zamiast na miejscu, które właśnie się odwiedza. – Podczas majowych wycieczek otrzymaliśmy duże uznanie od zewnętrznych organizatorów. Mówili, że praca z grupą, która nie myśli cały czas o telefonie, ma zupełnie inną jakość. Uczniowie są bardziej skupieni, obecni i zaangażowani – relacjonuje wicedyrektor.
Rozwiązanie nie jest bezkosztowe. Jedna saszetka kosztuje około 25 euro. Szkoła zdecydowała, że część kosztów bierze na siebie, a część pokrywają rodzice w formie depozytu. – Chcieliśmy budować wzajemną odpowiedzialność. Rodzic wpłaca 50 zł depozytu na okres edukacji dziecka w naszej szkole, a szkoła dopłaca pozostałą część. Formalnie działa to na zasadzie umowy wypożyczenia. Kiedy dziecko kończy szkołę, a saszetka jest w dobrym stanie, 50 zł zostaje zwrócone rodzicowi. Sama saszetka może zostać przekazana kolejnym rocznikom uczniów. To działa trochę podobnie jak szkolne szafki – wyjaśnia A. Wąśniewska.
Ponieważ program wprowadzono w trakcie roku szkolnego, szkoła nie chciała narzucać go wszystkim rodzinom z dnia na dzień. Udział był dobrowolny. Od nowego roku szkolnego zasady będą już wpisane w funkcjonowanie placówki. Rodzice uczniów przyjmowanych do szkoły będą od początku wiedzieli, że dziecko zostanie objęte systemem. Gdy w polskich szkołach coraz głośniej mówi się o zakazie telefonów, gdyńska placówka pokazuje, że najtrudniejsze nie jest samo zapisanie zasady w regulaminie. Prawdziwym wyzwaniem jest jej codzienne, spokojne i konsekwentne przeprowadzenie: z uczniami, rodzicami i nauczycielami.