Zdzisław J. Kijas OFMConv: Zmierzch Zakonu?! Misja zakonnych jubileuszy

Konferencja o. prof. dr. hab. Zdzisława Kijasa wygłoszona podczas “Święta Prowincji” krakowskich franciszkanów w Harmężach 23 września 2o26 roku w związku z jubileuszem 800. lecia śmierci Św. Franciszka z Asyżu.

„Zmierzch Zakonu?!” – pytanie i wykrzyknik – wątpliwość i pewność, jakby razem, obok siebie, jednocześnie. I jednocześnie podtytuł: „Misja zakonnych jubileuszy”. Nie sposób powiedzieć wszystko na powyższy temat – nie tylko z braku czasu, ale także, a może przede wszystkim, z niewiedzy mówiącego. Chcę zatem zatrzymać się na kilku kwestiach, związanych z Kościołem i Zakonem, wszak jeden i drugi są obecni w świecie. Stąd – jak mówił ostatni Sobór w Konstytucji „Gaudium et spes” – „radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych; i nie ma nic prawdziwie ludzkiego, co nie miałoby oddźwięku w ich sercu. Ich bowiem wspólnota składa się z ludzi, którzy zespoleni w Chrystusie prowadzeni są przez Ducha Świętego w swym pielgrzymowaniu do Królestwa Ojca, i przyjęli orędzie zbawienia, aby przedstawiać je wszystkim. Z tego powodu czuje się ona naprawdę ściśle złączona z rodzajem ludzkim i jego hierarchią” (n. 1).

Różne formy zmierzchu

“Zmierzch” – to tytuł krótkiego opowiadania Stefana Żeromskiego, który w przejmujący sposób opisuje dolę chłopów. Akcja opowiadania rozgrywa się pod koniec XIX wieku, prawdopodobnie w zaborze rosyjskim. Bohaterem jest Walek Gibała, były fornal w gospodarstwie. Niestety, właściciel majątku zbankrutował (przeniósł się do Warszawy i zaczął tam sprzedawać wodę sodową). Nowy gospodarz zauważył, że fornale podkradają owies koniom – jego poprzednik przymykał na to oko, ale on nie zamierzał pozwalać na nawet takie uszczuplanie swojego majątku. Przyłapanego na kradzieży Walka wyrzucił z pracy i zepsuł mu opinię, przez co chłop nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia. Z tego powodu zaczął cierpieć przeraźliwą nędzę i musiał znosić wraz z rodziną głód. Szukał więc każdej okazji do dorywczej pracy i skorzystał z oferty człowieka, który wcześniej go zwolnił.

Nowy właściciel majątku pogardzał Walkiem za jego kradzieże, ale potrzebował rąk do pracy. Za niewielkie wynagrodzenie kazał mu wydobywać torf z terenów, na których zamierzał wykopać stawy rybne. Chłop musiał korzystać z pomocy żony, by zarobić jakiejkolwiek sensowne pieniądze. Problem w tym, że pracująca z nim żona, przypomina sobie, że w chałupie śpi jej małe dziecko. Nie widziała go od kilku godzin i martwi się o potomka. Chciałaby dojrzeć, czy wszystko z nim w porządku, ale wie, że mąż nie pozwoli odejść jej od pracy. Zastanawia się, czy nie udałoby się jej uciec i dobiec do domu, żeby sprawdzić, co z córeczką. Ale strach przed mężem, skorym do bicia, paraliżuje ją. Opowiadanie kończy się z nadejściem zmroku i nie wiemy, co stało się z dzieckiem ani też jakie są dalsze losy Walka i jego żony.

„Zmierzch Zachodu” (niem. Der Untergang des Abendlandes), to również głośne, dwutomowe dzieło Oswalda Spenglera, wydane w latach 1918–1922, z zakresu filozofii historii i kultury. Uważane za jedno z najważniejszych dzieł z zakresu teorii cywilizacji. Autor twierdzi, że kultury przechodzą przez różne etapy rozwoju – od narodzin, przez rozkwit, aż po schyłek, który prowadzi do powstania cywilizacji. W jego ujęciu, cywilizacja to forma kultury, która osiągnęła stan „wyczerpania”. Taki pesymistyczny pogląd na rozwój historii stawia pytania o sens ludzkiego działania i perspektywy przyszłości.

Żaden z dwóch autorów nie był dla mnie inspiracją do sformułowania wspomnianego tematu. Duchowo i intelektualnie był on wcześniejszy, wynikający głównie z obchodzonej w tym  roku rocznicy 800-lecia śmierci św. Założyciela.

Dlaczego zmierzch?

Co właściwie dzieje się z Kościołem? Co dzieje  się z Zakonem franciszkańskim, szczególnie w tych latach, kiedy świętuje 800-lecie reguły, Greccio, stygmatów swojego założyciela, Pieśni słonecznej i w tym roku, 800-lecie śmierci swojego Fundatora? Co z nim się dzieje – ciekawego lub mniej ciekawego? Czy to, co obserwujemy w naszych wspólnotach i co robimy podczas tych jubileuszy, jest początkiem nowego dynamizmu, nowej jakości naszej obecności w świecie i Kościele, ulegającym dynamicznym przemianom czy raczej tylko wspominaniem tego, co już było, ale już dłużej takie być nie może? Czy te obchody „rocznic” są – w jakimś stopniu – „zmierzchem” czegoś, co nie chce jeszcze zejść ze sceny, czy też „iskrą” nowej pięknej, dynamicznej, ewangelicznej przyszłości zakonu franciszkańskiego? Jaki będzie dla nas wiek XXI?

Nie zamierzam udzielić wyczerpującej odpowiedzi na postawione, z braku dostatecznej wiedzy i czasu. Nie pozwala na to także sama współczesność świata i Kościoła. Ten pierwszy zdaje się być światem rozdartym „między ostatnim westchnieniem liberalizmu a pierwszym krzykiem nowego technofeudalizmu”, drugi z kolei „między wspomnieniem Christianita,s a błądzeniem po algorytmicznych pustyniach”[1]. Ponadto wiek XXI jest nadal jeszcze wiekiem otwartym i trzeba poczekać na jego zamknięcie, by podjąć się jego podsumowania. Dlatego w moim wystąpieniu zatrzymam się na kilku tylko fenomenach, mając nadzieję, że rozbudzą one myślenie obecnych do dalszych, bardziej szczegółowych i osobistych, analiz. 

Pierwsze dziesięciolecia XXI

Czym żyje teraźniejszość? Jak ją opisać? Odpowiedź na te pytania jest ważna również dla zrozumienia Kościoła i Zakonu, wszak jeden i drugi żyją w świecie, i albo cierpią na jego choroby albo próbują im zaradzić. Rozwiązanie ich zależy jednak od postawienia właściwej diagnozy. Potrzeba do tego jednak odpowiedniej do tego wiedzy, by sięgnąć po odpowiednie środki, by chorobę powstrzymać lub co ważniejsze, by przywrócić zdrowie i rozwój.

Kiedy w 2022 roku miała miejsce agresja na Ukrainę mówiłem, że to początek rodzenia się nowego rozdziału w historii świata, nowej epoki, odmiennej od już istniejącej. Zawsze bowiem odchodzenie starej i pojawienie się nowego rozdziału w historii ludzkości znaczne było przez wojny lub inne kataklizmy. Nie wszyscy zgadzali się z moją uwagą, byli jednak tacy, którzy mówili, bym opublikował swoje uwagi w mediach społecznościowym i opatrzył je copyrightem. Teraz żałuję, że tego nie zrobiłem… Po latach widać wyraźniej, że luty 2022 roku był istotnie początkiem postępujących zmian. Postnowoczesność mówiła o wyczerpaniu tradycyjnych i modernistycznych koncepcji, poczynając od „śmierci człowieka”, jako suwerennego podmiotu. Kwestionowała system wartości, który arbitralnie determinuje człowieka. Zrywała z systemami totalitarnymi i osłabiała wiary w linearny postęp cywilizacyjny. Postnowoczesność deklarowała niewzruszoną wiarę w zdolność bycia wolnym od kwestii politycznych podziałów, sugerując nadejście globalnej jedności i równości wszystkich. Widzimy, tymczasem, że współczesność zaprzecza temu wszystkiemu.

Dominującym duchem współczesności stało się coś w rodzaju metafizycznej nieczułości. To dziwny stan, jakby postawa obojętności lub uśpienia, czy wręcz głębokiej bierności. Można też mówić o duchowej czy intelektualnej kapitulacji, chęci powierzchownego zaspokojenia czy doraźności zadowolenia czy szczęścia. Egzystencjaliści, a po nich przedstawiciele postmodernizmu, pisali jeszcze do niedawna o słabnącej wrażliwości na sens życia i utracie ukierunkowania jego celu.

Czym więc charakteryzuje się teraźniejszość? Jak ją opisać? W szukaniu odpowiedzi na te pytania odwołam się do numeru 44(500) „Teologii politycznej”, który ukazał się w 2025 roku i nosił tytuł  „Pięćsetka. Rzecz o XXI wieku”[2]. W słowie wstępnym Jan Czerniecki, redaktor naczelny, nie krył, że z wiekiem XXI wiązano wielkie nadzieje, „zwłaszcza że poprzednik (chodzi o wiek XX) nie pozostawił po sobie przesadnie dobrego wrażenia. Rozmarzyli(śmy?) się: liberalna demokracja miała przecież wygrać raz na zawsze, granice miały się rozmyć, a ludzkość – dobrze okrzepnąć w globalnym centrum handlowym z opcją dowozu do domu”.

Wystarczyły dwa dziesięciolecia, by stwierdzić, że wiek XXI jest powolnym odwrotem od liberalizmu, nie jego spektakularnej klęski, ale powolnego rozkładu liberalizmu, który pachnie zmęczeniem, wypaleniem, niemocą w formułowaniu nowych atrakcyjnych propozycji. W istocie liberalizm przestał uwodzić. Już nie fascynuje, ale zwyczajnie przestał działać. Nie jest już magnetyczny, nie przyciąga, nie wyznacza kierunku działań. „Jego obietnice emancypacji i autonomii jednostki zderzyły się z realnością: samotnością, fragmentacją wspólnoty, kryzysem sensu. I choć próbował jeszcze dogadać się z rynkiem, to rynek wolał uciec do big techu. Co więcej, na miejsce idei indywidualnej wolności powracają stare, dobrze znane hasła: wspólnota, tożsamość, sens moralny”[3]. I jakby mimochodem, chrześcijaństwo znów jawi się jako aktualne/atrakcyjne, jakby na nowo staje się potrzebne.

Europa się starzeje, choć boi się do tego przyznać. Lecz nie da się tego ukryć. Widać to niemal wszędzie, zarówno w polityce, kulturze, w sposobie, w jaki opowiada o przeszłości i przyszłości. O naszych czasach Michał Gołębiowski pisze jako o wieku niewrażliwości. Coś pęka (lub już pękło) w naszej zdolności do przeżywania i rozróżniania tego, co dzieje się wokół w nas i w nas samych. Nie stać się na poważną analizę fenomenów, bo jest ich wręcz za wiele wokół nas. I to, co chyba najgorsze, to nawet nie kwestia braku wiary czy odchodzenia od niej, krytyka Kościoła lub zrywanie z nim, ile raczej o brak fundamentalnej potrzeby posiadania wiary i przynależności do wspólnoty, która ją wyznaje.

Serce, które niegdyś przecież było tak niespokojne (jak podkreślał św. Augustyn), dziś – odnosi się wrażenie – jakby przeszło na emeryturę. Pojawił się wielki temat technologii, która – jak wcześniej sądzono – nas „zbawi”, a tymczasem stała się dla człowieka wielkim zagrożeniem. Nie brak więc głosów, które mówią, że sztuczna inteligencja może stać się narzędziem sił, które bardziej przypominają Antychrysta niż oświeceniowego demiurga: algorytm nie będzie miał odwagi umrzeć za nasze grzechy. Technofeudalizm staje się codzienną rzeczywistością. Wielki kapitał, chroniony przez państwo, przekształca się coraz wyraźniej w jakąś nową arystokrację. W efekcie państwo staje się za słabe, poddaje się, abdykuje, przyznając się – otwarcie lub skrycie – do swojej niewydolności, jego kapitał jest zbyt mały w porównaniu z kapitałem, jakim  dysponują prywatne firmy. Państwo nie wytrzymuje konkurencji z wielkim kapitałem. Urzędy państwowe przypominają coraz częściej administrację kolonii cyfrowej: państwo już nie tyle rządzi, co zarządza. W konsekwencji zamiast tworzyć wspólnotę, staje się stróżem porządku, który bardzo często kłóci się z ideą wspólnoty politycznej.

Trudności Kościoła i Zakonu

Jak w zmieniającym się szybko i radyklanie świecie, zachowuje się Kościół? Jak zachowuje się Zakon? Jeden i drugi, odnosi się wrażenie, jakby oraz bardziej trzeszczeli w swoich dotychczasowych strukturach. Kościół katolicki, niosący niegdyś światu dobrą nowinę o etycznym i moralnym porządku, będący sumieniem świata, źródłem inspiracji w rozwiązywaniu wszelakich konfliktów – społecznych i ekonomicznych, kulturowych i rasowych, ale też wewnątrz samego Kościoła itp. – dziś zdaje się częściej korzystać z mechanizmów quasi-autorytarnych, by utrzymać porządek. Nakłada ekskomuniki na osoby czy instytucje, które wyłamują się z jego wspólnoty. Najgłośniejszą była ekskomunika, ogłoszona 1 lipca tego roku na Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, które bez zgody papieża konsekrowało czterech nowych biskupów. Nie była ona zresztą jedyną. Istnieje wiele symptomów wewnętrznego rozpadu centrum, tracenia autorytetu przez biskupa Rzymu i przez zakonnych przełożonych. Równowaga między osobistą wolnością a kontrolą/posłuszeństwem zaczyna słabnąć lub coraz częściej rwie się przez wewnętrzne lęki wierzących lub systemowe wady urzędów kościelnych/zakonnych.

Kościół szuka nowego sensu swojej obecności w zmieniającym się świecie. Ma temu służyć tzw. proces synodalny czy – w przypadku zakonów – okresowe kapituły, generalne, prowincjalne czy kustodialne. Ale czy odnoszą one skutek? Czy przynoszą realne owoce? Często, niestety, rozmowy podczas zakonnych kapituł lub podejmowane przez nie uchwały, zdają się przypominać nakładanie makijażu na zmarszczki, które pokrywają twarz starszej już osoby, szybko się ścierają i czynią mają negatywny wpływ na kondycję skóry. 

Odnosi się wrażenie, że współczesność wchłonęła nas – osoby zakonne – w swoje ciemne wnętrze. Mamy do czynienia z czymś podobnym do historii Jonasza, katorgo połknęła wielka ryba. Staliśmy się niepewni swojego losu, ale nie chcemy o tym głośno rozmawiać, nie chcemy się też do tego otwarcie przyznać. Odnosi się wrażenie, że lękając się stanąć twarzą w twarz z trudnościami (wyzwaniami), jakie niesie świat, odczytać je, poddać analizie, szukając rozwiązań – ludzkich i boskich – zajmujemy się sprawami mniej ważnymi, jakby marginalnymi. Są one wszelkie. Bardzo często zaś związane z osobistymi potrzebami czy skłonnościami.

Nie chcę niczego nikomu wypominać, ale czynię to wyłącznie w formie przykładów i te, które podaję, celowo wyostrzam, by rozbudzić myślenie i zachęcić do refleksji. Są nimi więc np. umiłowanie obchodzenia różnego rodzaju rocznic, jubileuszy, wspomnień czy wydarzeń z przeszłości. Należą do nich także nad mierne niekiedy remontowanie czy upiększanie kościelnych pomieszczeń, otwieranie miejsc gastronomicznych, ośrodków tzw. rekolekcyjnych czy innych. Wszystko to – uważam – wpisuje się w szeroko rozumianą „konsumpcję”. W istocie staramy się egzystować w skonstruowanym przez siebie systemie zabezpieczeń, bojąc się przyznać do noszonych w sobie lęków przed niepewną przyszłością. Niepewność czyni nas, wierzących i osoby zakonne, braćmi i siostrami w tym samym nieszczęściu.

 Jesteśmy podobni nieco do Jonasza, ale w bardzo małym tylko stopniu. Trzeba  bowiem zauważyć, ze środka wielkiej ryby Jonasz zanosił rozpaczliwe pieśni, prosząc Boga o przyjście mu z pomocą. Mówił:

„W utrapieniu moim wołałem do Pana,
a On mi odpowiedział.
Z głębokości Szeolu wzywałem pomocy,
a Ty usłyszałeś mój głos.
Rzuciłeś mnie na głębię, we wnętrze morza,
i nurt mnie ogarnął.
Wszystkie Twe morskie bałwany i fale Twoje
przeszły nade mną.

Rzekłem do Ciebie: Wygnany daleko od oczu Twoich,
<jakże choć tyle osiągnę, by móc> wejrzeć na Twój święty przybytek?
Wody objęły mnie zewsząd, aż po gardło,
ocean mnie otoczył,
sitowie okoliło mi głowę.
Do posad gór zstąpiłem,
zawory ziemi zostały poza mną na zawsze.

Ale Ty wyprowadziłeś życie moje z przepaści,
Panie, mój Boże!
Gdy gasło we mnie życie,
wspomniałem na Pana,
a modlitwa moja dotarła do Ciebie,
do Twego świętego przybytku” (Jon 2, 3-9).

Przejmujące są słowa Jonasza. Widzi otaczający go tragizm, ale widzi też źródło nadziei: tragizm sytuacji, w jakiej się znalazł, i źródło nadziei w Bogu, który go nie opuścił, ale tym bardziej stał mu się bliski.

Nam, tymczasem, jakby brakowało gwałtowności, która – jako jedyna – jest w stanie wyprowadzić nas ze stagnacji, jakiejś formy niepełnego istnienia. Staramy się, używając różnych środków materialnych czy duchowych, słownych czy strukturalnych, urządzić się jakoś w niepewności losu. Korzystamy z wielu doraźnych znieczuleń. Trudności, których doświadczamy, tłumaczymy na wszelki sposoby, zawsze jednak tak, by nie obciążyć siebie, byleby nie dotknąć własnego sumienia, byleby nie poczuć się do winy, że coś przeoczyliśmy lub zaniedbali, by nie rozpalić w sobie ognia gorliwości. Dlaczego tak jest? Co jest tego powodem? Gdzie szukać przyczyn?

Wiara jakby mało ważna

Zmalała stawka życia wiary. U wielu wręcz już wcale jej nie ma. Działają popychani bardziej rutyną, nie siłą wiary. Tymczasem autor Listu do Hebrajczyków pisał wyraźnie, że „sprawiedliwy będzie żył dzięki swej wierze” (Hbr 10,38). Wielu przestało kochać swoje powołanie i swój zakon, ale nie siebie, dlatego są gotowi na wielu, by (jakoś) przeżyć[4], nie zaś, by żyć głębią powołania z miłości do zakonnej wspólnoty, do której wstąpili, by nadal szukać w niej spotkania z Bogiem i dojrzewać w świętości.

W obliczu wyzwań współczesności stajemy się bezradni. Smutne jest, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, że świat i to, co w nim się dzieje, przestał być dla nas szansą i oknem, by dostrzec lepiej obecność i działanie Boga. Czy nasze zachowanie nie odsyła do do słów Jezusa z Ewangelii św. Mateusza? Mówił boski Nauczyciel: „A do kogo przyrównam to pokolenie? Podobne jest do dzieci, które siadają na rynku i wołają na swoich rówieśników I mówią: Graliśmy wam na flecie, a nie tańczyliście, śpiewaliśmy wam żałobne pieśni, a nie płakaliście” (Mt 11,16-17).

Odnosi się wrażenie, jakby wierzący (do których należymy również my) podjęła walkę nie tyle z samą bezradnością i jej uczuciami, ale ze swoimi uczuciami, które naruszają pozorne systemy bezpieczeństwa. I walka ta przejawia się na wiele różnych sposobów i przebiega na wielu poziomach. Tak np. wielu nie słuchało papieża Franciszka, kiedy mówił o wyzwaniach, jakie współczesność stawia przed wierzącymi. Nie chcieli, by wyrywał ich z błogiego uczucia pozornego pokoju, który stworzyli w swoim wnętrzu. Krytykowali go – otwarcie lub skrycie – by zyskać argument w nieprzyjmowaniu tych elementów jego nauczania, które naruszały ich osobisty obraz sytuacji Kościoła w teraźniejszości. Przeciwnie, czytali i słuchali tych teologów czy pasterzy, którzy mówili im, że sytuacja trudna, w jakiej znalazł się świat, nie jest ich winą, ale wyłącznie dziełem złego ducha. W wysokich więc nakładach rozchodziły się więc książki, których autorzy demaskowali działania Złego, dając czytelnikom wrażenie, że jego zdemaskowanie jest równoznaczne z jego pokonaniem. Ale czy tak jest istotnie? Jest to niemożliwe, ale tak robiono i robi się, bo człowiek nie chce komplikować sobie życia, nie chce go radyklanie zmieniać, bo jeśli nawet nie jest najlepsze, przyzwyczaił się do pozornych dolegliwości i stały mu się już wygodne. Chce, niekiedy, czuć się ofiarą, chce się pożalić i ponarzekać, ubolewać nad trudnościami, które go spotykają, lecz boi się od nich uciec, bo stały mu się paradoksalnie bliskie. Szuka alibi, że się stara z nich uwolnić, lecz robi to opieszale i bez chęci ponoszenia ofiar.

Nasze czasy

Tak dzieje się nadal. Dezyderat naszych czasów, także w obszarze wiary i szczerzej – w obszarze Kościoła czy Zakonu – jest nadal ten sam. Prowadzimy rozmowy, dyskusje na kapitułach czy innych forach, na temat naszego charyzmatu i kierunków działania, ale na ogół przypominają one negocjowanie różnych narracji, dla czysto doczesnych korzyści, by uwzględnić każdy głos, wrażliwość każdego brata, by nie czuł się urażony, dotknięty itp. Płacimy za to jednak wysoką cenę, jakby nie przejmując się realnością prawd wiary, konkretnością-radykalnością wyzwań. „Mamy więc swoistą immanentyzację eschatologii i wieczności: to, co „nie jest z tego świata” (J 18,36), próbuje się zamknąć wyłącznie na ten świat”[5].

Dla wielu Bóg przestał być już poważną stawką. Pytania o obecność Boga i Jego zamysł nie są już pytaniami dramatycznymi, nie rodzą namysłu, refleksji, intelektualnej zadumy. Także dla nas franciszkanów zamysł św. Franciszka względem nas przestał być dramatyczny. Z jego życia i przesłania wybieramy nierzadko jedynie to, co wygodne, co nie zmusza do radykalnej zmiany życia wewnętrznego, a jedynie do podejmowania kolejnych działań lekko zewnętrznych, przyjemnych, miłych, estetycznych itp. Zachwycamy się więc np. pięknymi słowami Pieśni słonecznej, ale zatykamy usłyszeć, kiedy swoim życiem św. Franciszek apeluje, bym także ja był twórczy i odważny także wówczas, kiedy dotyka mnie cielesna słabość, wiek lub inne trudności. 

Podejmujemy różnego rodzaju działania znieczulające, które pozornie mają za zadanie uspokoić potrzebę głębszych reform i zmiany życia. I choć wiemy, że w gruncie rzeczy niczego to nie załatwia, podejmujemy je, by zagłuszyć głos sumienia. Rozważamy na temat naszych dzieł, nie pytając odważnie, czy są one w stanie – nawet dobrze prowadzone – wprowadzić na nowo obecność Chrystusa w życie naszych wspólnot i świata. Rozprawiamy nadal nad formami naszej obecności w tych środowiskach, w których jesteśmy, nie zawsze chcąc słyszeć, że w nich nie ma już ludzi, bo wyprowadzili się gdzie indziej i należałoby udać się najpierw na ich poszukiwanie, by przepowiadać im dobrą nowinę. Wysyła się barci do pracy w parafii, nie pytając, czy nadal są one misyjne, czy jest w nich do kogo przepowiadać, a nawet jeśli, jacy są to ludzie? – młodsi czy wyłącznie osoby starsze, które potrzebują innego sposobu przekazu, innych treści, innej asystencji duszpasterskiej.

Także rozrastająca się AI stawia przed Kościołem i przed Zakonem nowe, poważne wyzwania. Czy o tym rozmawiamy? Czy rozmawiamy o sprawach ważnych dla Ewangelii i zakonnego charyzmatu? Czynimy to rzadko, dlaczego? Może z tej racji, że dzisiejszy człowiek wierzący (my także) utracił to, co św. Augustyn nazwał inquieto corde nostro, „niespokojnym naszym sercem”.

Nadal nosimy w sobie doświadczenie człowieka rzuconego w burzę świata, ale coraz mniej przejmujemy się tą sytuacją. Raczej staramy się do niej dopasować. Stąd mówię o „zmierzchu” Zakonu. Mówimy sobie i innym, że jakoś trzeba żyć, że niewiele od nas zależy, że nie mamy większego wpływu na zmiany, jakie się dokonują w świecie, Kościele czy Zakonie. Dlaczego? Bo wielu z nas woli raczej odejść od poważnych pytań, uwolnić się od nadmiernych trosk, mówiąc, że „głowę muru nie przebiję”. W rzeczywistości chcą uciec i być „daleko od Pana” (Jon 1,3).

By uniknąć zmierzchu

Zakonne jubileusze winny służyć ożywieniu wiary, zakonnego powołania. Winny rozpalić duchową gorliwość. Mówiłem o postępującej wśród wierzących metafizycznej nieczułości. To stan jakby duchowej obojętności albo uśpienia, postawy bierności i nieczułości, braku zainteresowania tym, co duchowe i wieczne. George Bernanos, zmarły w 1948, tak charakteryzował wiernych swoich czasów: „Rozwija się psychologia grobu, która stopniowo zamienia chrześcijan w muzealne mumie. Rozczarowani rzeczywistością, Kościołem i samymi sobą, [wierzący] przeżywają nieustanną pokusę przywiązania do słodkawego smutku, bez nadziei, który opanowuje serce jako »najtęższy z eliksirów złego ducha«”[6]. Czy opis ten pasuje także do naszych czasów?

Celem zakonnych jubileuszy jest więc rozpalenie na nowo pierwotnej gorliwości. „Obyś był zimny albo gorący!  A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: “Jestem bogaty”, i “wzbogaciłem się”, i “niczego mi nie potrzeba”, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział” (Ap 3,15-18). Dziś już po prostu: żyje-się. A przecież to gwałtownicy zdobywają Królestwo niebieskie (zob. Mt 11,12).

Jubileusze wzywają, by na nowo, świadomie i osobiście uczynić czymś najważniejszym w naszym życiu doświadczenie Boga, osobistego spotkania się z Tym, który JEST, z Bogiem żyjącym i działającym. „Dotychczas znałem Cię tylko ze słyszenia, teraz patrzę na Ciebie własnymi oczyma” (Hi 42,5). Ewangelia wyłącznie jako prekursor praw człowieka, gwarant ludzkiej godności, kompas moralny kultury – to za mało, to nawet nie jest chrześcijaństwo, lecz jeden z jego skutków. Św. Franciszek na różne sposoby przypominał, że Ewangelia nie jest ludzką nauką, obyczajnością ani spójną argumentacją na rzecz słuszności praktykowania religii. Jest ona o wiele czymś więcej – „ukazywaniem ducha i mocy” (1 Kor 2,5). Temu właśnie służyć winny zakonne jubileusze – ukazywaniu mocy Ducha Świętego, który czyni wszystko nowym, jest siłą życia i gwarantem boskiej przyszłości.

Potrzeba prosić Boga, uciekać się do wstawiennictwa zakonnych patronów, w szczególności zaś św. Franciszka, by rozpalili w nas na nowo ogień gorliwości i miłości do Boga, a tym samym do ludzi i świata. Kiedy jednak te dwie ostatni miłości poprzedzi miłość Boga i miłość do Boga, będą one miłością dojrzałą i odpowiedzialną, miłością na miarę Ewangelii.

 

Przypisy:

[1] Filip Memches, Antychryst, katechon i sztuczna inteligencja, [w:] https://teologiapolityczna.pl (dostęp, 4.09.2026).

[2] Pięćsetka. Rzecz o XXI wieku [TPCT 500], [w:] https://teologiapolityczna.pl (dostęp, 4.09.2026).

[3] Tamże.

[4] Pisałem o tym szerzej w książce: Z. J. Kijas, Życie w śmierci. Transitus Franciszka z Asyżu, Bratni Zew, Kraków 2026.

[5] Michał Gołębiowski, Nie ma ojca, nie ma oblubienicy, jest wiek niewrażliwości, [w:] https://teologiapolityczna.pl (dostęp, 4.09.2026).

[6] Georges Bernanos, Pamiętnik wiejskiego proboszcza, Warszawa 1961, s. 112.

 

Wpisy powiązane

Jak skutecznie i odpowiedzialnie towarzyszyć osobom zranionym? – szkolenie dla sióstr i duszpasterzy osób skrzywdzonych

Rok kobiet, które od 150 lat mówią „Oto jestem”. Franciszkanki Misjonarki Maryi

Franciszkanie – prowincja krakowska: Święto prowincji w Harmężach