Wyobraź sobie misjonarza, który marzy o męczeństwie z miłości do Jezusa, ale jednocześnie trudno mu znieść codzienne niewygody, takie jak brak miękkiego fotela i ciepłego wełnianego koca. Taki właśnie jest ojciec Simon Floquart, bohater powieści „Child of These Tears”. Postać jezuity autorstwa Molly McNett burzy cukierkowe wyobrażenia o misjonarzach Nowego Świata. Autorka z sympatią pokazuje obraz osiemnastowiecznych zakonników – zwyczajnych i pełnych sprzeczności, a przez to bardziej ludzkich.
Jak narodził się ten bohater literacki? Molly McNett doświadczyła czegoś, co pisarze nazywają weną lub natchnieniem. W wywiadzie dla magazynu America opowiada, że w jej głowie pojawił się w pewnym momencie wyrazisty obraz osiemnastowiecznego francuskiego jezuity. Pisarka początkowo nie wiedziała co z tym fantem zrobić i jak wpleść go w fabułę książki na temat relacji kolonistów i rdzennych Amerykanów, którą zaczęła pisać. Z czasem jednak jezuita stał się głównym bohaterem całej historii. Co ciekawe, McNett przyznaje w wywiadzie, że postać ojca Floquarta napisała z niezwykłą łatwością, zupełnie jakby ktoś podarował jej gotowego bohatera.
Za tą literacką lekkością kryją się jednak godziny spędzone w bibliotekach i na kwerendach. Amerykańska pisarka nie wymyśliła jezuickiego świata na poczekaniu, lecz oparła go na solidnych badaniach historycznych. Przeczytała między innymi ogromny zbiór listów wysyłanych przez francuskich duchownych z terenów skolonizowanej Ameryki. Kluczowe okazały się także zapiski prawdziwego jezuity Josepha-Françoisa Lafitau z 1724 roku, który pracował bezpośrednio wśród Mohawków. To właśnie te świadectwa dały McNett poczucie bezpieczeństwa i pewność, że jej fikcyjny Simon Floquart ma oparcie w realiach epoki.
Zamiast ołtarzowych świec – ludzka irytacja
Zamiast spiżowych postaci gotowych do natychmiastowego wyniesienia na ołtarze, McNett odkryła w starych listach zwyczajnych, często skrajnie zmęczonych ludzi. Dziś powiedzielibyśmy – wypalonych zawodowo. Odkryła, że misjonarze w swoich raportach wcale nie starali się lukrować rzeczywistości i pisać o sobie, jak o chodzących ideałach. Jak zaznacza Molly McNett na łamach America Magazine, jezuici otwarcie pisali o swoich drobnych frustracjach, trudach codziennego życia oraz irytacji wywoływanej przez rdzennych mieszkańców, którym głosili Ewangelię. Obok opisów nielicznych spektakularnych sukcesów ich korespondencja zawierała najczęściej prośby o drobiazgi, które mogłyby choć trochę umilić im surowy żywot w głębi dzikiego kontynentu. To właśnie to autentyczne, ludzkie rozdarcie zachwyciło pisarkę najbardziej.
Głównym motywem, który napędza działania powieściowego ojca Floquarta, jest obsesyjne pragnienie męczeństwa. Bohater McNett zaczytuje się w opowieściach o sławnych męczennikach i wręcz pożąda cierpienia. Zazdrości torturowanemu zakonnikowi, któremu tubylcy obcięli język, aby już więcej nie mówił o Chrystusie. Dręczy go pytanie, czy jego własna wiara podołałaby tak brutalnej próbie. Z drugiej strony, ten sam człowiek, uwielbia komfort i ziemskie wygody. Pisarce udało się w ten sposób uchwycić wspaniały ludzki paradoks: pragnienie wielkich czynów, aż do oddania życia, a jednocześnie codzienny strach o utratę drobnych wygód, które ułatwiają i uprzyjemniają trudy zamorskiej posługi.
Złota monstrancja w środku dziczy
Fikcyjny jezuita odgrywa w powieści kluczową rolę w procesie przemiany tożsamości głównej bohaterki, Konstancji. Dziewczynka, którą uprowadzili Mohawkowie, trafia pod duchową opiekę ojca Floquarta i nasiąka katolickim wychowaniem. W miarę upływu czasu Konstancja zaczyna posługiwać się nadanym przez zakonnika imieniem Marie-Ange. Gdy bohaterka przeżywa głęboki kryzys tożsamości, rozdarta między swoimi korzeniami a nową rodziną, doświadcza przejmującego snu. W tym sennym marzeniu to właśnie ojciec Floquart, trzymający w rękach złotą monstrancję, przynosi jej upragnione ukojenie i uświadamia, że już odnalazła swój prawdziwy dom.
Najbardziej zaskakujący w tej historii jest jednak fakt, kto ją napisał. Molly McNett nie jest katoliczką – wychowała się w rodzinie protestanckiej, a jej najbliżsi są z pochodzenia Żydami. Mimo braku konkretnej tożsamości religijnej, autorka deklaruje głęboką miłość do chrześcijańskich pism i historii ludzi walczących o swoją wiarę w ekstremalnych warunkach. Jak sama przyznaje na łamach America Magazine, świeckie idee wydają się jej płaskie i pozbawione głębi, a pisanie o dylematach duchowych jezuitów stanowi jej osobistą drogę do eksplorowania wiary. Powieść McNett to mocny głos we współczesnej dyskusji o tym, jak bardzo brakuje nam owego napięcia między codziennością a wielkością, które nadaje sens naszej wędrówce przez życie.
Za: www.jezuici.pl