O. Siedlecki: Gdy grzech paraliżuje, Jezus podnosi

Człowiek przychodzi do konfesjonału nieraz przygnieciony, może zawstydzony, zmęczony już sobą, a odchodzi z sercem lżejszym, bo usłyszał te znamienne słowa: Odpuszczone są ci twoje grzechy – wskazał o. Władysław Siedlecki OFM w homilii podczas czwartkowej Mszy św. przy grobie św. Jana Pawła II.

Liczna rzesza pielgrzymów z Polski i zagranicy – wielu zmokniętych po porannym deszczu, lecz z radością na twarzach – przybyła o 7.10 rano do Bazyliki św. Piotra. Wśród nich była grupa młodzieży z Czarnego Dunajca, która śpiewała pieśni podczas liturgii.

O. Siedlecki, który przewodniczył Mszy św. koncelebrowanej przez około 80 kapłanów, nawiązał w homilii do sceny Ewangelii, mówiącej o uzdrowieniu paralityka przez Jezusa. 

Wskazał, że jak ewangeliczny paralityk „czasem człowiek sam nie ma już siły wierzyć, jest może zmęczony, w jakiś sposób zraniony albo przygnieciony grzechem lub cierpieniem. Właśnie wtedy potrzebuje kogoś, kto go poniesie”. Tym gestem przyprowadzenia do Jezusa może być modlitwa albo zwykła obecność.

Nie zamykać człowieka w jego grzechu

Jezus najpierw uzdrowił nie nogi, lecz serce człowieka, bo „widzi głębiej i dalej”. Chrystus najpierw zajął się tym, co najczęściej jest niewidoczne dla oka.

Kaznodzieja wskazał, że jednak nie wszyscy potrafią przyjąć miłosierdzie Boga. Uczeni w Piśmie mieli problem, żeby przyjąć Jezusa, który leczy i uzdrawia. Jak podkreślił kaznodzieja, człowiek często potrafi myśleć, że to niemożliwe, iż Bóg tak łatwo przebacza. 

„Człowiek potrafi osądzać innych bardzo szybko. Potrafi zamknąć kogoś w jego przeszłości i powiedzieć w sercu: Dla niego to już nie ma żadnej nadziei. On już się nie zmieni. On już będzie taki jaki był” – mówił o. Siedlecki. Tymczasem Jezus prosi, żeby nie zamykać człowieka w jego grzechu, aby nie stawiać granic Bożemu miłosierdziu.

„Największy paraliż człowieka nie zawsze jest widoczny dla oczu, bo można chodzić, pracować, rozmawiać, uśmiechać się, a w środku być sparaliżowanym przez grzech” – wskazał o. Władysław Siedlecki.

Spowiedź sakramentem miłosierdzia

Jezus chce zatem wejść do miejsca w życiu człowieka, które „może najbardziej boli”. „Tak dzieje się właśnie w spowiedzi – wskazał kaznodzieja – bo spowiedź nie jest po to, żeby człowieka upokorzyć, żeby go w jakiś sposób przestraszyć czy rozdrapać jego rany. Spowiedź jest przede wszystkim po to, aby człowiek potrafił wstać, bo przebaczenie Boga podnosi i przywraca pokój”. 

Moment przełomu

„Ten, którego przyniesiono, teraz idzie sam o własnych siłach. Ten, który leżał, teraz powstaje. Ten, który był może bezradny, tak naprawdę wraca do domu” – mówił franciszkanin o uzdrowionym paralityku. Jego łoże „było znakiem cierpienia i słabości. Znakiem tego, co go przez lata w jakiś sposób ograniczało. A teraz ma je wziąć i nieść. To, co było znakiem jego niemocy, stanie się świadectwem Bożej mocy. Twoja historia może jest bolesna, jednak może stać się miejscem mocy Boga”.

Na zakończenie kaznodzieja zachęcił do powstania z grzechu, ze swego zniechęcenia, z lęku przed przystąpieniem do spowiedzi, z „poczucia, że jesteś może przegrany, albo z udawania, że wszystko jest dobrze”.

„Kiedy człowiek widzi miłosierdzie, rodzi się można powiedzieć taki święty lęk, ale to nie jest strach przed Bogiem, który niszczy, ale przede wszystkim jest to zachwyt nad Bogiem, który ma moc przebaczać, a przede wszystkim podnosić” – podsumował zakonnik.

Artur Hanula, Vatican News PL/KAI

Wpisy powiązane

Benedyktyni na drodze do jubileuszu 1500-lecia

Rzymskie obchody jubileuszów Rodziny Świętego Pawła

Wkrótce jubileuszowa pielgrzymka sztafetowa śladami św. Stanisława Kostki z Wiednia do Rzymu