Ojciec Eleazar: pielgrzymi chcą nie tylko zobaczyć miejsca święte, ale też spotkać świadków Chrystusa [ROZMOWA]

Ojciec Eleazar OFM (Arkadiusz Wroński) mieszka w Ziemi Świętej od 2004 roku. Po trzech latach posługi w Jerozolimie został skierowany do palestyńskiej wioski Al-Ajzarijja, która w czasach biblijnych nosiła nazwę Betania.

W rozmowie z Anną Gorzelaną opowiada o tym, czego uczy się od pielgrzymów i jak przez ostatnie dwie dekady zmieniła się Ziemia Święta. Tłumaczy też przyczyny panującej w Palestynie atmosfery i zwraca uwagę na szczególną wrażliwość w mówieniu o prześladowaniach chrześcijan.

fot. Anna Gorzelana/Misyjne Drogi

Anna Gorzelana (misyjne.pl): Już 19 lat posługuje Ojciec w Ziemi Świętej. Co się przez ten czas zmieniło?

Ojciec Eleazar OFM: – Rzeczywistość dzisiaj wygląda tutaj zdecydowanie inaczej, niż gdy tu przyjechałem. Na pewno dużo się zadziało w kontekście politycznym, wówczas nie było w ogóle muru. Ale też pielgrzymi: kiedyś było znacznie więcej z krajów europejskich, dziś wielu jest z Ameryki, a nawet z Dalekiego Wschodu. Pielgrzymi przybywający do Ziemi Świętej z różnych części świata wpływają na to, jak wygląda dziś tutejsza rzeczywistość.

Zupełnie inaczej pielgrzymują Polacy z pobożnością, którą raczej znamy, inaczej zaś np. Filipińczycy, dla których nie jest konieczna wiedza o tym, kim byli Marta, Maria i Łazarz, ale ważne są dla nich zdjęcia z tych lokalizacji. Oni potrzebują sfotografować dane miejsce, wspólnie pośpiewać albo potańczyć w nim. Ziemia Święta zmienia się więc również przez przynoszony przez pielgrzymów z różnych krajów sposób przeżywania wiary i miejsc świętych.

Pielgrzymi w kościele w Betanii, fot. Anna Gorzelana/Misyjne Drogi

Nieraz mogłem zaobserwować, jak emigranci nabierają cech typowych dla społeczeństwa kraju, w którym na stałe mieszkają. Pamiętam grupę Polaków z Irlandii, którzy byli szczególnie spontaniczni i elastyczni, bardzo luźno i pogodnie przyjmowali nagłe zmiany programu, co jest typowe dla pielgrzymów z Irlandii, a to przecież byli Polacy.Mogę też doświadczyć, jak ludzie przełamują swoje ograniczenia kulturowe, wychodząc poza utarte schematy.

Pielgrzymi się zmieniają, a jak zmienił się przez te lata Ojca stosunek do nich?

– Na pewno z czasem stałem się bardziej wyrozumiały wobec sytuacji i zjawisk, do których nie jestem przyzwyczajony. Na początku posługi w Betanii bardzo zwracałem uwagę na adekwatny ubiór w kościele i na to, aby pielgrzymi zawsze zdejmowali czapki. Z czasem zrozumiałem, że niemożliwe i wręcz czasem nieodpowiednie jest kontrolowanie wszystkich według zasad, które sam poznałem, gdyż pielgrzymi mogą nie być na to gotowi.

Gdy zimą przyjeżdżają pielgrzymi z Nigerii, to bywają zaskoczeni temperaturą, nie są przygotowani do izraelskiego klimatu. Noszą po dwie czy trzy czapki, inaczej jest im zimno. Nie wynika to z braku szacunku albo jakiegoś lekceważenia.

Często przylatujący z daleka inaczej wyrażają swój szacunek – niż poprzez ubiór.

– Hindusi czapek nie noszą, mają zakryte ramiona, a sari zasłania ich kolana, ale jest odkryta przestrzeń pomiędzy piersiami a pępkiem. Szacunek okazują, zdejmując buty przy wejściu do kościoła, niekiedy całują miejsca święte. I patrząc z perspektywy spędzonych tu lat, bardziej dostrzegam, że czasem trzeba swoje lokalne przyzwyczajenia „zostawić”, gdyż będzie to źle wpływać i na mnie, i na osoby, które spotykam.

Zamiast docenić, że ktoś przyjechał do obcego kraju, chce poznać te miejsca i przeżywa je na miarę swojej kultury, czasem niestety większą uwagę zwracamy na same stroje, a przecież nie one są istotą. Ktoś odbywa swoją pielgrzymkę wiary i chce ją dobrze przeżyć, a my powinniśmy starać się mu to umożliwić, czasem nawet rezygnując z pewnych technicznych zasad.

Różnorodni pielgrzymi – czego uczą Ojca?

– Zdecydowanie radości! Pielgrzymi często cieszą się z rzeczy prostych. Oferuję choćby posiłek, chwilę czasu, opowiem dowcip – i już widzę uśmiech na ich twarzy!

Niestety, ludzie szybko zapominają, gdzie byli i co widzieli. Bardziej zapamiętują, jak się tam czuli. Samopoczucie zależy zwykle nie tyle od „ważności” miejsca, a raczej od spotkanych osób. Pamiętam, gdy kiedyś dostaliśmy z braćmi duży tort, więc częstowałem nim przybywających i po kilku dniach w Jerozolimie spotkałem grupę pielgrzymów, którzy do mnie machali. Rozpoznali mnie, bo pamiętali, że wspólnie jedliśmy tort. I jak Jezus był w Betanii ze względu na Martę, Marię i Łazarza, bo się z nimi przyjaźnił, tak czasami ludzie przyjeżdżają tu nie tylko zobaczyć miejsca święte, ale też spotkać świadków Chrystusa.

Ludzi, z którymi można porozmawiać, wspólnie pobyć…

– W latach 90. w Betanii posługiwał o. Augustyn Szymański OFM, którego już nie zdążyłem spotkać, ale wciąż zdarzają się osoby, które go pamiętają. Miał zwyczaj częstowania pielgrzymów pewnym unikatowym alkoholem. Z kolei inny franciszkanin jest pamiętany jako ten, który często grał polską pieśń na organach w kościele w Betanii. Czasem bardziej niż wydarzenia biblijne zapadają w pamięć osoby spotkane w danym miejscu.

Ojciec Eleazar OFM goszczący studentów z Akademickiego Koła Misjologicznego, fot. Anna Gorzelana/Misyjne Drogi

A co jest najtrudniejsze w kontakcie z przybywającymi pielgrzymami?

– Niestety wciąż problemem są bariery językowe. Ludzie chcą się porozumieć i często próbują to nadrobić gestami czy uśmiechem. Jednak ludzie innych narodowości stanowią zdecydowaną trudnością komunikacyjną, szczególnie dotyczy to kontaktu z pielgrzymami przylatującymi z innych kontynentów.

Dużo się ostatnio mówi o prześladowaniach chrześcijan w Ziemi Świętej. Czy był Ojciec świadkiem takich sytuacji?

– Przede wszystkim trzeba być bardzo ostrożnym, gdy mówi się o prześladowaniach. Faktycznie, zdarzają się skrajne sytuacje, niestety naprawdę dzieci muzułmańskie przykładają dzieciom chrześcijańskim noże do gardła. Takie incydenty mają miejsce i zdecydowanie mają znamiona prześladowania.

Ale trzeba wziąć poprawkę na to, że trudne sytuacje nie zawsze są prześladowaniami wynikającymi z religii, a czasem po prostu głupimi zachowaniami młodzieży, która wymyśla prowokacje „z nudy”. Myślę, że porównując postawy nastolatków polskich i izraelskich – są oni do siebie bardzo podobni i ich zachowania nie wynikają z nastawienia religijnego, choć zdarza się, że inność wyznania sprzyja akcentowaniu siebie w niewłaściwy sposób.

Mamy tutaj w Betanii osiedle chrześcijańskie, więc bywały sytuacje, że chrześcijańska kobieta, rozmawiając z młodzieżą, prosiła, by nie rzucali kamieniami w policją izraelską, gdyż ta z kolei odpowiada wobec wszystkich gazem. Wówczas dzieci tłumaczyły kobiecie, że tego dnia mają umówione gdzieś indziej spotkanie, więc tutaj gaz nie zostanie rozpylony. Korzystając z okazji do rozmowy zagadywały też, czy to prawda, że chrześcijanie posiadają tajny tunel pod ziemią, dzięki któremu mogą przechodzić do Izraela bez kontroli…

Pewnie już go sobie wyobrażają i marzą, by też móc z niego korzystać.

– No właśnie! Dużym problemem są krążące tego typu legendy i plotki, które trudno wyjaśniać, a w związku z którymi ludzie mają wobec siebie wiele uprzedzeń.

fot. Anna Gorzelana/Misyjne Drogi

Bywały sytuacje, że dzieci muzułmańskie rzucały w naszym kierunku kamienie. Pamiętam, jak we mnie poleciała kiedyś zgniła pomarańcza, a dorośli nie reagowali. I takie rzeczy faktycznie się zdarzają, szczególnie w ortodoksyjnych dzielnicach. Jednak trzeba być bardzo ostrożnym, by nazwać coś prześladowaniem, gdyż często patologie nie mają tu kontekstu religijnego, a są pomysłami młodych, którzy po prostu nie maja zajęcia.

Czy myśli Ojciec, że atmosfera może zmieniać się na lepsze?

–Dzisiaj byłem u syna naszego pracownika, który złamał w pracy nogę. Jest on Palestyńczykiem, który pracuje w Izraelu i bardzo cieszy się, że może tu pracować. Myślę, że najlepszym przykładem tego, że ludzie mają nadzieję, jest fakt, że w zeszłym tygodniu urodziła mu się córka. Oni naprawdę liczą na to, że będzie dobrze, że praca się znajdzie i zarobią, wyślą dzieci do szkoły. Dziś w rozmowie ze sklepikarzem usłyszałem, że choć politycy znów obiecują, że po wyborach będzie lepiej, on się nie spodziewa zmian, ale wciąż trzyma się nadziei, że da radę spokojnie żyć.

Pomimo panującego tu napięcia?

– My jesteśmy przyzwyczajeni do odbierania wszystkiego w kontekście konfliktu izraelsko-palestyńskiego, ale na podstawie obserwacji i rozmów myślę, że tutejsi ludzie są w stanie na bieżąco się ze sobą dogadywać. Choć niestety tworzy się napięcie międzyludzkie na tle politycznym, a politycy regularnie je wykorzystują, np. w kontekście wyborów, tak jest moim zdaniem w wielu innych wypadkach. Turystom tutejsze społeczeństwo może wydawać się bardzo spolaryzowane, ale mieszkając tutaj tyle lat dostrzegam, że większość ludzi stara się dogadywać ze sobą i sprawy polityczne „odkładają na obok”. Nie skupiają się na nich, by zminimalizować skutki oddziaływania trwających konfliktów na swoją codzienność.

Znam ludzi, którzy wybudowali niedawno piękny, trzypiętrowy dom, w którym zamieszkały ich rodziny o różnym stopniu pokrewieństwa. Słyszałem ostatnio, że mają plany na jeszcze kolejną budowę! Ludzie tutaj marzą, tworzą i nie myślą ciągle o trwającym konflikcie, choć są przyzwyczajeni do trudnej sytuacji. Przecież i po jednej, i po drugiej stronie konfliktu ludzie chcą żyć. Często drobne, „ludzkie” sytuacje przełamują te obawy i napięcia. Warto byłoby bardziej dostrzegać i mocniej podkreślać te pogodne, miłe sytuacje, które zaobserwować można tu każdego dnia.

fot. Anna Gorzelana/Misyjne Drogi

Za: misyjne.pl

Wpisy powiązane

X Krajowy Kongres Eucharystyczny w USA

Święty Bonawentura z Bagnoregio

Marzenia się spełniają