Powolutku wychodzę z tyfusu, na który zachorowałem przed trzema tygodniami. Teraz już czuję się dobrze i kończę leczenie pod okiem dr. Alhasana Jakubu z Islamskiego Szpitala w Tamale. Naprawdę piękny szpital z bardzo miłą i profesjonalną obsługą.
Do szpitala zawiózł mnie o. John, prezes Domu św. Józefa Freinademetza, w którym jestem od listopada ubiegłego roku. Pierwsze spotkanie z lekarzem, skierowanie na badania laboratoryjne oraz USG podbrzusza, wątroby i nerek – wszystko to mogłem zrobić na miejscu i nie zajęło mi to więcej niż godzinę. Na wyniki laboratoryjne jednak trzeba było czekać około trzech godzin. Ponieważ nie czułem się najlepiej, John zdecydował, że wrócimy następnego dnia rano. Zgłosiliśmy naszą decyzję na recepcji i pojechaliśmy do domu. Szpital znajduje się około 10 km od naszego domu.
Wróciliśmy następnego dnia. Wyniki czekały na nas w recepcji i po kilku minutach siedziałem w gabinecie lekarza, który mnie badał poprzedniego dnia. Po krótkiej rozmowie i analizie wyników, które miał w swoim komputerze, lekarz zapytał mnie, kim jestem i co robię w Ghanie. Powiedziałem, że jestem misjonarzem, który przyjechał do Ghany w 1986 roku. Od tej chwili lekarz zaczął się do mnie zwracać „ojcze”.
Na koniec wizyty przeżyłem jeszcze jeden szok. Lekarz wstał i kiedy grzebałem się, aby wstać z krzesła, poprosił mnie, abym się pomodlił za niego. Nie o to, aby miał pieniądze i robił karierę, ale o to, aby był dobrym człowiekiem.
Kiedy skończyłem modlitwę, zapytałem go, czy jest chrześcijaninem. Nic nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął. Na słowa mojego pożegnania „Pozostań z Bogiem” odpowiedział „Amen”.
Niedzielna Ewangelia jest o siewcy i ziarnie. Ciekawe, jak długo ziarno Słowa Bożego zasiane w sercu lekarza z muzułmańskiego szpitala w Tamale wydaje plon Bożej dobroci?
Józef Mazur SVD