Zakonnik z Ukrainy: życie jest ciężkie, ale ludzie mają nadzieję na sprawiedliwy pokój

Luca Bovio

Ukraińcy nie dążą jedynie do zaprzestania walk, im zależy na uznaniu podmiotowości ich ojczyzny i prawa do życia w jej granicach. „Często słyszę od ludzi, że wojna to nie tylko problem terytoriów, to kwestia naszego istnienia, naszej historycznej tożsamości jako narodu” – mówi o. Luca Bovio. Pochodzący z Włoch misjonarz ze Zgromadzenia Matki Bożej Pocieszenia od ponad roku mieszka w Kijowie.

Zakonnik jest związany z Ukrainą od wielu lat. Po wybuchu wojny w 2014 r. zaczął organizować pierwsze wsparcie humanitarne, a swe wysiłki zintensyfikował po pełnoskalowej agresji Rosji w 2022 r. Mieszkając wówczas w Polsce, współpracował z kierowanym przez ks. Leszka Kryżę Zespołem Pomocy Kościołowi na Wschodzie i wraz z nim wielokrotnie osobiście dostarczał pomoc humanitarną, docierając aż do linii frontu. W marcu 2025 r. papież Franciszek mianował go odpowiedzialnym za Papieskie Dzieła Misyjne w Ukrainie, zlecając praktycznie utworzenie ich struktury od podstaw.

Solidarność nie pozwoliła zgasnąć nadziei

„Wciąż najbardziej poruszają mnie spotkania z ludźmi i ich historie naznaczone cierpieniem” – mówi zakonnik. Wspomina swój wyjazd do ostrzeliwanego Chersonia, gdzie od jednej z sędziwych mieszkanek usłyszał: „Urodziłam się podczas wojny i pewnie podczas wojny umrę”. O. Bovio wskazuje na niesamowitą odporność Ukraińców i ponadprzeciętną zdolność do stawiania czoła wojennej codzienności. „Zima, którą przeszliśmy, była jedną z najgorszych w historii. Rosjanie chcieli pokonać Ukraińców mrozem, atakując ciepłownie, elektrownie i inne strategiczne struktury. Mimo to naród się nie poddał” – mówi zakonnik. Nawiązując do nadzwyczajnej fali pomocy, która popłynęła wówczas na Ukrainę, wskazuje, że była to pomoc za cenę życia. Jak mówi, ta solidarność nie pozwoliła zgasnąć nadziei.

Ataki w dzień i w nocy

Zakonnik mieszka w Kijowie, który od kilku tygodni ponownie stał się celem intensywnego rosyjskiego ostrzału. W stolicy wciąż rozlegają się syreny alarmowe, a mieszkańcy dostają na telefony ostrzeżenia przed atakiem, które są jednoczesnym wezwaniem do szukania bezpiecznego miejsca w schronach czy stacjach metra. „Ludzie niby starają się żyć normalnie, ale nie można przyzwyczaić się do gruzów, straty bliskich i bólu, jednak jest w nich niesamowita nadzieja na inną przyszłość, która jest prawdziwą siłą Ukraińców” – mówi ojciec Bovio. Przypomina, że linia frontu ciągnie się przez 1200 km, czyli tyle ile całe Włochy – od Alp po wyspy. „Na przyfrontowych terenach wciąż mieszkają ludzie, którzy bardzo cierpią, bo ataki trwają dzień i w nocy” – mówi włoski zakonnik.

Nie widać końca wojny

Ojciec Bovio podkreśla, że niestety „nie widać jeszcze konkretnych oznak zakończenia konfliktu”, a to, jak mówi, oznacza, że „wojna będzie nadal trwała, a wraz z nią potrzeba pomocy osobom znajdującym się w najtrudniejszej sytuacji”. Zakonnik wyznaje, że jest pod wrażeniem siły ducha Ukraińców, którzy nie chcą iść na żadne kompromisy, tylko dążą do sprawiedliwego pokoju, który uzna podmiotowość ich ojczyzny i prawo do życia w jej granicach. Ojciec Bovio niejednokrotnie słyszy od ludzi, że pamięć o tak wielu ofiarach tej wojny stanowi dla żyjących zobowiązanie. Mówią mu: „skoro zapłacili tak wysoką cenę, my również mamy obowiązek nadal wierzyć w zwycięstwo, w przeciwnym razie ich poświęcenie byłoby daremne”. Zakonnik zauważa, że liczba ofiar nie jest znana, jednak gdy podróżuje po kraju „na każdym cmentarzu widać flagi na grobach, przypominające, że tam pochowany jest żołnierz”.

Dramat rodzin

Ojciec Bovio słucha codziennie o rodzinnych tragediach, przeżywanych z wielką godnością. Wspomina wolontariuszkę, którą spotkał kilka tygodni temu. Ta młoda nauczycielka w zeszłym roku wyszła za mąż za ratownika medycznego. Po ślubie mężczyzna zdecydował się wyruszyć, by pomagać żołnierzom na wschodniej linii frontu, ale niestety po trzech miesiącach utracono z nim kontakt. „Można sobie wyobrazić dramat tej kobiety, która po kilku miesiącach małżeństwa nie wie, czy jej mąż żyje, czy nie, i pozostaje w stanie zawieszenia” – podkreśla o. Bovio. Wskazuje, że dla rodzin ta niepewność i oczekiwanie są bardzo bolesne, choć zdarzały się przypadki, że ktoś wracał po dwóch lub trzech latach, gdy nie było z nim żadnego kontaktu m.in. dzięki wymianie jeńców. „Ta młoda kobieta powiedziała mi, jak ważne jest głębokie zaufanie w tych chwilach bólu, kiedy przytulasz się do Boga, bo wiesz, że to jedyna nadzieja – wspomina zakonnik. – Bardzo ważne jest, aby mieć przy sobie ludzi, którzy wspierają cię w bólu, oraz wiarę w sercu, która mimo wszystko pomaga szukać sensu w tym, co się przeżywa”.

Przetrwać mimo wszystko

Wojna niesie ze sobą nie tylko zniszczenie domów i cierpienie ludzi, ale również problemy związane ze skażeniem środowiska. Ojciec Bovio wspomina swe częste wizyty na wschodzie kraju, gdzie rozciągają się pola uprawne, teraz często zaminowane. „Bywałem w regionie Chersonia, miasta, w którym toczą się walki. Są tam rzeki, jeziora, ale pojawia się problem z wodą pitną, ponieważ ciągłe bombardowania zanieczyściły warstwy wodonośne. A jednak ludzie wytrzymują, z uporem” – mówi zakonnik.

Wspomina rolnika, który w czasie siewu orał ziemię, podczas gdy kilkaset metrów dalej spadały pociski i widać było słupy dymu. „Wyglądało to, jak scena z innego świata, a jednak wielu takich jak on decyduje się zostać, mimo ryzyka, jakie się z tym wiąże, ponieważ po prostu nie mają «planu B» dla swojego życia. Pozostają na ziemi, która należała do ich rodziców, dziadków i pradziadków, nie mają serca jej opuścić, nawet narażając własne życie” – podkreśla zakonnik. Wskazuje, że na tych terenach całe wioski są zamieszkane głównie przez osoby starsze, należące do najsłabszych grup społecznych, które cierpią najbardziej również z powodu oddalenia od bliskich i utraty wszystkiego, co posiadały. „W Zaporożu cztery razy w tygodniu rozdajemy żywność dla 1500 osób – relacjonuje o. Bovio. – Wiele osób ustawia się w kolejce, aby otrzymać kawałek chleba i konserwę, średnia emerytura wynosi 50 euro miesięcznie, z czego trzeba pokryć wszystkie wydatki, ale w rzeczywistości to na nic nie wystarcza”.

jol, Popoli e Missione/KAI

Wpisy powiązane

Augustianin, który zastąpił kard. Konrada Krajewskiego. Jałmużnik papieski: Z radością nieść Chrystusa światu

Za murami klasztorów trwa wyjątkowa mobilizacja. Hiszpańskie zakonnice przygotowują różańce dla pielgrzymów

Franciszkańskie święcenia biskupie w Kenii