1993.10.12 – Warszawa – Bp Tadeusz Pieronek, II Synod Plenarny a Zakony. Przemówienie na zebraniu plenarnym KWPZM

 

Bp Tadeusz Pieronek, Sekretarz gen. KEP

II SYNOD PLENARNY A ZAKONY. PRZEMÓWIENIE NA ZEBRANIU PLENARNYM KWPZM

Warszawa, 12 października 1993 r.

 

Bardzo dziękuje za zaproszenie i za prezentację, także i za wprowadzenie w temat. Jestem trochę w trudnej sytuacji, ponieważ spotykam się z Konferencją Zakonów Męskich po raz pierwszy w sprawach synodalnych, zresztą chyba w ogóle po raz pierwszy. W związku z tym nie bardzo jestem zorientowany jaką wiedzę o Synodzie reprezentują tutaj obecni. Chciałbym założyć, że ta wiedza jest szeroka i głęboka. Jeżeli to zrobię, to nie będę musiał powtarzać wszystkiego, co dotyczy historii tego Synodu Plenarnego w Polsce, jego założeń, dokonań – o ile można o tym w takim określeniu powiedzieć – i planów na przyszłość.

Myślę, że bardzo krótko, jednym rysem, trzeba by wrócić do początków. Zakładam, że Czcigodni Wyżsi Przełożeni mają jeżeli nie pełną, to w każdym razie dosyć sporą wiedzę na ten temat.

Rzecz zaczęła się bardzo prozaicznie. W 1988 roku, po wizycie Ojca Świętego, biskupi, tak trzeba powiedzieć, bo taka jest prawda, ponieważ zauważyli, że ten Ojciec Święty jednak coś wnosi w to życie Kościoła w Polsce, powiedzieli sobie, że trzeba go jeszcze raz zaprosić, bo znów przeżyjemy coś wzniosłego. Ale aby zaprosić, to musi być powód. Wymyślono bardzo szybko, co dobrze świadczy o Episkopacie. Zorientowano się, że Synod nie może być pretekstem do zaproszenia Ojca Świętego, że to jest rzecz poważniejsza. W związku z tym zwrócono się ku takiemu zjawisku, które wówczas było już wystarczająco widoczne, mianowicie upadek moralności. Trzeba temu zaradzić, a więc potrzebne jest jakieś działanie w celu odrodzenia moralnego w Polsce. Na pytanie jak tego dokonać padła odpowiedź, że może temu służyć Synod jako działanie duszpasterskie na długą metę i szeroką skalę. Ponieważ jest to Synod, który miałby być pastoralnym, uzasadnienie synodu pastoralnego znajduje się właściwie jedynie w doktrynie Vaticanum II. Trzeba przyjąć, że Sobór był w Polsce recypowany na różne sposoby już w czasie jego trwania, a może nawet przed rozpoczęciem – wiadomo, że Polska sobór powszechny w jakiś sposób przygotowała modlitwą przede wszystkim. Te wszystkie reformy posoborowe miały charakter z natury rzeczy niezbyt pogłębiony, ponieważ to jest dorobek ogromny i trzeba go przyjmować przez lata, a nawet przez wieki, chociażby patrząc na przykład Soboru Trydenckiego. Przydałby się w Polsce – mówili biskupi – jakiś okres pogłębionej recepcji Vaticanum II.

Zauważono też dosyć wcześnie – ja nie mówię tutaj chronologicznie, ale pewnymi liniami zagadnień – że jeżeli mówimy o konieczności odrodzenia moralnego, to życie moralne jest tylko pewnym objawem kryzysu wiary, a kryzys wiary wynika z bardzo wielu źródeł, m.in. z braku świadomości eklezjalnej, jak to powiedziano w końcu, z braku przygotowania religijnego, propagandy, która bije ze wszystkich stron w wiernych itd.

Jest to pewne zjawisko, które trzeba uchwycić u korzeni, a tymi korzeniami jest kryzys wiary i kryzys świadomości eklezjalnej w Polsce.

Recepcja Soboru Watykańskiego II może się dokonać na zasadzie pewnego przybliżenia dorobku doktrynalnego i pastoralnego Soboru. Pomyślano o metodzie już w niektórych diecezjach sprawdzonej , mianowicie o stworzeniu pewnego dokumentu wstępnego Synodu i o działalności zespołów synodalnych w parafiach, wychodząc z założenia, że obok duszpasterstwa tzw. masowego powinna się pojawić w Kościele w Polsce troska o człowieka bezpośrednio, o jednostkę, o tworzenie małych wspólnot, które byłyby zaczynem autentycznego życia religijnego. Ja nie twierdzę, że ta masowość to nie jest autentyczne życie religijne, ale jest to pewien inny wymiar i trochę inny wymiar duszpasterstwa.

Taki jest początek. Potem powołano komisje, w których udział duchowieństwa zakonnego był znaczny. 15 komisji w ciągu dwóch lat stworzyło dokumenty wstępne. O tych dokumentach trzeba powiedzieć przynajmniej dwie rzeczy: że one były robione z dużym nakładem wysiłku i w momencie, w którym przemiany w Polsce miały charakter galopujący. To były lata 90-91.

Redaktorzy, którzy mieli stworzyć opis sytuacji w pewnych dziedzinach życia religijnego w Polsce – społecznego także i politycznego – stanęli wobec trudności nie do pokonania, żeby zredagować, ująć w kilka słów to, co się w Polsce dzieje. Stan tego dokumentu to jest grudzień 1990 r.

Jeżeli zestawimy sytuację opisaną w 90 roku z sytuacją dzisiejszą, to nie trzeba mówić, że to jest zdezaktualizowane w dużej mierze.

Drugą rzeczą jest układ tego dokumentu, który nawiązuje do pewnych doświadczeń, zwłaszcza synodów pastoralnych polskich po Soborze i ma pewne założenie, które jest niezmiernie ważne, rzadko dostrzegane. Każdy z tych dokumentów dzieli się na cztery części, a praktycznie na trzy, dlatego, że ta czwarta wydała się przedwczesna i w wielu dokumentach jej w ogóle nie ma. Podział więc na część:

  • teologiczną,
  • socjologiczną,
  • pastoralną,
  • prawną.

Bardzo ważna jest ta część teologiczna. Jest na pierwszym miejscu. Jest to ważne, żeby nie wpaść w pokusę i błąd socjologizowania, żeby nie zaczynać od spoglądania jakie jest życie i by nie szukać potem odpowiedzi. Skoro życie jest takie, to jak my w tej sytuacji mamy się zachować, co na ten temat mówi Pan Bóg. Konsekwencją takiego patrzenia jest – ja tu przytaczam taki przykład, który dobrze znam – jest to, że w konsekwencji człowiek mówi: – skoro życie jest tak trudne, a Pan Bóg na to nie ma rady, to my ją sami sobie znajdziemy. Przykład jest taki, że w Stanach Zjednoczonych, gdzie rozwody były już dawno w modzie, a w ostatnich czasach były zjawiskiem bardzo niepokojącym i masowym, tamtejsi katolicy, patrząc na to powiedzieli sobie tak: – są całe dziesiątki małżeństw, które się nie udały. Co na to Kościół? Kościół ma trybunał, rozstrzyga każdy przypadek pojedynczo, jest to wąskie gardło. Trzeba czekać latami na orzeczenie trybunału. To jest nie do zniesienia. Ludzie żyją bez sakramentów. A zatem, skoro Kościół sobie z tym rady dać nie może, trzeba znaleźć wyjście i znaleźli go, twierdząc, że małżeństwo może być rozwiązane odpowiedzialną decyzją stron, to znaczy rozbicie małżeństwa od wewnątrz poprzez wycofanie decyzji – czyli o nierozerwalności małżeństwa już przestało się mówić i na tej zasadzie tysiące, tysiące rozwodów zostało przyznanych. Każdy sobie to zrobił po swojemu.

Założenie, żeby na pierwszym miejscu dać przesłankę teologiczną, uzasadniane zresztą bardzo mocno przez kardynała Wojtyłę jeszcze, polega na tym, że Bóg jest pierwszym inicjatorem wszelkiego działania w świecie i w stosunku do każdego człowieka. On do człowieka mówi, człowiek ma obowiązek czy też łaskę, żeby na działanie Pana Boga odpowiadać. A więc najpierw trzeba się wsłuchać w to, czego żąda od człowieka Bóg, a potem w świetle wiary patrzeć na rzeczywistość, która nas otacza i wtedy z psychologicznego punktu widzenia ta sytuacja, która się jawi, nie jest tak tragiczna. Pan Bóg już na to ma swoją radę.

Ta teologiczna część dokumentów się nie przeżyła, co świadczy o tym, że Słowo Boże jest kierowane przez Kościół w Polsce do wiernych – zawarte w tej pierwszej części – jest ciągle aktualne i ono pasuje do każdej sytuacji, którą sobie trzeba obejrzeć i wyciągnąć z tego pastoralne wnioski.

W czerwcu 1990 r. było oficjalne otwarcie Synodu. Kto śledził jego losy, łatwo stwierdził, że wszystko to w jakiś sposób wyprzedziło naszą świadomość synodalną, jeśli można o takim zjawisku w Polsce mówić. Po otwarciu Synodu niektórzy myśleli, że to wszystko już się stało, a to był dopiero początek. Otóż mnie się wydaje, że Synod przechodził i przechodzi ciągle kilka faz kryzysowych.

Pierwsza faza to jest to, że ani biskupi ani reszta Kościoła – duchowni i świeccy – nie byli przekonani o tym, że to w ogóle ma sens. Kilku entuzjastów było.

Obserwowałem to na konferencji Episkopatu, gdzie wielokrotnie mówiło się o tym, że Synod trzeba jakoś zacząć organizować, że trzeba uchwalić chociażby regulamin, który potem się okazał nie największym dziełem, ale mniejsza z tym. Do wszystkiego tego trzeba było przekonywać i rzeczywiście w pewnych momentach zaczęli się pojawiać „nawróceni biskupi”, którzy mówili: – to jest myśl. Z tym można coś zrobić. Pojechałem do parafii, tam przekonałem księży i oni rzeczywiście zaczynają coś robić. To ma sens. I to jest pewien kryzys związany z brakiem przekonania.

Druga faza Synodu. Synod nie dał się nakazać, grożąc sprawdzianem i ponoszeniem konsekwencji. Cały Synod polega na tym, żeby wyjść od wewnętrznego przekonania. Robić może nie na wielką skalę, ale robić dobrze. Po tych pierwszych „nawróceniach”, kiedy większość biskupów przekonała się, że to robić trzeba. Przynajmniej, że trzeba – jeszcze może bez wewnętrznego przekonania, że to właśnie o to chodzi – że oni tego naprawdę chcą. Potem nastąpił okres tworzenia zespołów w tych małych wspólnotach parafialnych. Założeniem było, że to musi być dokonane w jakimś krótkim czasie. Po pewnym okresie okazało się, że tego nie da się zrobić w krótkim czasie i że to nie może być etap Synodu, który zostanie zamknięty w pewnym momencie. Nie można powiedzieć, że w roku 91 tworzymy zespoły synodalne. Nie chodzi o jakąś organizację, w której utworzy się pewną ilość oddziałów i będzie się je musztrować, ćwiczyć i one później pójdą do walki. Chodzi o wnikanie z ideą nawrócenia w parafie, we wspólnoty, w rodziny, a to jest proces, który musi się dokonywać stale. Zresztą kierownictwo Synodu też nie pojmowało, że to jest coś takiego, że tego nie da sią ograniczyć w czasie i nie powinno się tego robić w ten sposób. A więc po tym kryzysie powstawania zespołów synodalnych utrwaliła się świadomość, że to jest proces, który będzie trwał, że będą parafie, które ani do roku 2000 ani może w przyszłym tysiącleciu żadnego zespołu nie będą w stanie utworzyć, a będą i takie, że mając teoretycznie mniejsze możliwości, utworzą ich kilka i będą one naprawdę żywe i obrazem takiego pulsującego życiem Kościoła.

Do tego kryzysu trzeba dołączyć jeszcze jeden kryzys – kryzys koncepcji. Jeżeli to, co powiedziałem o celu Synodu, zawsze było jakoś obecne i ewoluowało aż do dojścia do tego, że Synod musi zaradzić brakowi, upadkowi, zanikowi świadomości eklezjalnej, a potem jeszcze krok dalej, że to musi być nowa ewangelizacja. Upadek świadomości eklezjalnej, jej zanik zakłada jak gdyby, że to społeczeństwo polskie jest katolickie. Koncepcja nowej ewangelizacji zakłada, że to społeczeństwo owszem w części jest katolickie, ale w dużej części jest także pogańskie. To jest też pewien krok dalej. Przy tym założeniu nastąpił pewien kryzys koncepcji, Polega on na tym, iż pierwotnie uważano, że Synod będzie pewnym rodzajem Wielkiej Nowenny, ponieważ jest to działanie na szeroką skalę, odnoszące się do całego kościoła w Polsce. Można było z tego zrobić coś poważnego, ale obok idei Synodu pojawiła się inna – idea drugiej Wielkiej Nowenny. Idea ładna, ale w tym rzecz, że już jeden program istniał. Istniał także trzeci program, o którym Czcigodni Przełożeni pewnie słyszeli, ale gdybym tak spytał każdego na osobności, to nie wiem, jaki toby był wynik. Mianowicie był taki program, żeby przygotować się do roku 2000 poprzez jedną tajemnicę różańcową co roku. Program Wielkiej Nowenny zarzucono, że nie można opierać programu o sakramenty, bo to nie jest żaden cel. Sakrament nie jest celem – jest środkiem, który zmierza do tego, by właśnie albo nawrócić człowieka na chrześcijaństwo, albo mu to chrześcijaństwo ugruntować, czy też zbudować w jakiś sposób tę świadomość eklezjalną. Przez kilka lat było pewne zmaganie się tych programów – koncepcji i w końcu zgodzono się, że i Wielka Nowenna i Synod mogą iść razem. Wtedy kiedy się zdecydowano by iść razem, to już dwa lata nowenny były za nami i półtora roku Synodu. Trudno, stracimy ten czas i pół bierzmowania, bierzmy się teraz za sakrament Eucharystii – jako sakrament inicjacji chrześcijańskiej. Ja mówię o tym w ten sposób, pokazując problemy. Nie mówię o osiągnięciach, bo one niewątpliwie są, ale przypuszczam, że więcej da pokazanie trudności niż chwalenie jakiejś diecezji czy parafii za osiągnięcia.

Te problemy stają ciągle przed nami. W zeszłym roku była taka propozycja, wydaje mi się bardzo rozsądna, żeby zamykając ten cykl sakramentów, który był jednocześnie dopasowany już do rytmu programu synodalnego, żeby zrobić w tym roku ponownie reformę liturgii. Zdajemy sobie sprawę z tego, że Polska dokonała reformy liturgii dosyć roztropnie, to znaczy nie było tych gwałtownych przemian. Ale dokonała też tej reformy dosyć płytko. To wszystko stoi przed nami. Stoją przed nami takie proste zagadnienia, jakich domagają się reformatorzy: zmiana znaku pokoju w czasie Mszy świętej. Niektórzy chcą Komunii świętej na rękę, jest sprawa świeckich rozdających Komunię świętą. Jest kwestia diakonatu stałego. Jest sprawa wykorzystania wszystkich funkcji w Kościele przy normalnej liturgii Mszy świętej. To, że proboszcz znajdzie dwóch czy trzech ministrantów, którzy czytają Pismo święte i których nikt nie rozumie, to nie jest reforma dokonana, to jest pewien krok. Trzeba dojść do tego, by to było robione pięknie, godnie przez takich ludzi, którzy potrafią czytać, nie połykając słów, nie przekręcając. Ja podaję banalny przykład, ale przecież tych rzeczy w odniesieniu do całej liturgii jest moc. Liturgia ciągle czeka w Polsce na to, by była na nowo odkryta. Rok mija i śladu tej reformy liturgicznej nie ma. Ja nie mówię o tym tutaj czyj to jest błąd, czyje zaniedbanie, mówię tylko o pewnych założeniach, które w zasadzie są słuszne, ale nikt się do tego nie przyłożył, żeby to zrealizować. Nikt, to znaczy ani centrala Synodu, która jakby czekała na inicjatywy z dołu. Ani diecezje, czyli te doły, które czekały prawdopodobnie na inicjatywę z góry. Przyczyna jest w tym, że Synod, zwłaszcza jego Rada Główna, nie działała – nigdy nie miała czasu się zebrać. Jeżeli mózg nie działa, to jakże będą działały członki. To sobie trzeba uświadomić i brać winę na siebie. Ponadto z momentem otwarcia Synodu zrezygnowano z komisji, które tworzyły synodalne dokumenty przygotowawcze. Było to działanie celowe i wydaje się słuszne, dlatego żeby nie blokować rozwoju Synodu pewną ideą, która się pokazała na początku. Zawsze gdy jest autor jakiegoś tekstu, on trzyma się tego i mówi: tam właściwie wszystko jest, o czym tu gadać. A tymczasem życie jest inne. Zresztą pokazał to czas, że te dokumenty owszem mogą być punktem odniesienia, natomiast nie mogą być tym idolem, od którego nie można w żaden sposób odstąpić. I okazuje się, że Synod nie idzie tam, gdzie ktoś kurczowo chce trzymać się tych dokumentów, bo to świadczy o tym, że on nie jest zdolny do innego działania tylko do powtórzenia. Powtórzyć się tego nie da, co tam jest, bo to już jest przedawnione – poza pierwszą częścią, może także pewnymi wnioskami pastoralnymi.

Idea była taka, żeby na pewnym etapie, kiedy powstanie pewna ilość zespołów studyjnych czyli synodalnych – żeby się zaczęło to, co dla Kościoła jest bardzo ważne i charakterystyczne: pewien ruch, ruch idei, modlitwy, spotkań, wymiana myśli. I tu są potrzebne struktury pośrednie, mianowicie komisje tematyczne, które by mogły już korzystać już korzystać z dorobku przemyśleń synodalnych, przelewać to już w jakiś sposób nie tyle na papier, bo to jest też pewna metoda, ale dzielić się tymi doświadczeniami z innymi diecezjami, innymi ośrodkami, wymieniać te dobra, żyć tym Synodem, W końcu może także stworzyć sensowny dokument końcowy, choć w synodzie pastoralnym dokument końcowy, moim zdaniem, nie odgrywa większej roli. Można po pięciu czy dziesięciu latach Synodu zebrać w ostatnim roku porządną komisję duszpasterzy i prawników i stworzyć pewien zespół norm, które wynikają z tych przemyśleń synodalnych, które będą aplikowane w całej Polsce. Ale wiadomo, że dzisiaj znaczenie prawa partykularnego jest takie, że te normy ogólnopolskie nie mogą iść za bardzo w szczegóły, muszą pozostawić diecezjom swobodę. A więc stworzenie takich przepisów, które by służyły Polsce na całym terenie nie jest wielkim wysiłkiem, nie jest wielkim trudem. Tonie jest pierwszorzędne zadanie Synodu, choć jest to i pozostaje zadaniem Synodu, ponieważ jest to instytucja o charakterze ustawodawczym.

Jak się przedstawia wobec tego stan Synodu dziś? Jeżeli w 91 roku – mam takie dane w związku ze spotkaniem z Konsultą żeńską – mogłem w październiku tego roku powiedzieć: – już mamy pierwszą diecezję, w której powstały zespoły. To oczywiście w 93 roku mogę powiedzieć, że nie mamy diecezji, w której by zespołów nie było. Skala jednak tego zjawiska, jakim jest życie Synodalne czy zespoły synodalne w diecezjach, jest tak różna, że nie chcąc wchodzić w szczegóły, mogę powiedzieć, że są diecezje, które mają jeszcze trudności z tym, by się przekonać, że to trzeba robić. Już to robią, jak gdyby z musu, jak gdyby zawstydzone tym, że gdzieś inna diecezja to robi, my też musimy to robić. Pytają się o to, Konferencja się tym interesuje, wyczytują nas na Konferencji, że się nic nie dzieje. To jest też pewna metoda. Powstał pewien dział informacyjny w Piśmie Okólnym oznaczony takim znaczkiem synodalnym, gdzie próbujemy publikować wszystkie – dziś to już jest niemożliwe, ale w pierwszej fazie tych publikacji, wszystkie wiadomości dotyczące Synodu, cokolwiek kto kiwnął palcem w tej materii, przyszła informacja – szła. Powiadam, że w tej chwili to jest niemożliwe, dlatego, że musielibyśmy drukować nie jeden ten biuletyn cały, ale na pewno dwa tygodniowo. Jest materiałów dużo, choć trzeba powiedzieć, że te materiały nie są takie jakie by może powinny być.

Każda diecezja ma zespoły, z tym, że niektóre mają ciągle te wstępne trudności: jak my to mamy robić, a kto to będzie robił? A czy to jest potrzebne? A czy ludzie widzą taką potrzebę? Ciągle jest to stanie wobec pewnej bariery świadomości. A po co mi ci świeccy, przecież wiadomo, że nic nie umieją. Zarzuty dość prymitywne, choć także w dużej mierze jakoś poparte. Prymitywne ze względu na formę, a poparte świadomością, że naprawdę jest trudno o takich ludzi świeckich w parafii, którzy by chcieli angażować się w coś więcej niż w kasę kościelną. Ale też na drugim krańcu są diecezje, które mają naprawdę duże osiągnięcia.

Taką formą ciekawą, która się pojawiła od roku jest forma studiów synodalnych. Wiem, że w diecezji krakowskiej były trzy takie dwuletnie studia synodalne w zeszłym roku, na które zgłaszali się świeccy. Przecież nic tam nie płacono, ani nie dawano, tylko były to spotkania, które trwały cały dzień – chyba raz w miesiącu, o ile pamiętam, kilka wykładów rano i kilka godzin dyskusji po południu plus Eucharystia i jakieś spotkania innego rodzaju. Wiem, że w tym roku tych ośrodków jest dziewięć. To są ludzie, którzy po roku takiego studium zdają egzamin. Obejmują one około osiemset osób. Jak na diecezję nie jest to mało. Są to jakieś drożdże gdzie każdy z tych ludzi jest przeznaczony przecież na to, żeby poszedł do swojej parafii i tam robił jakiś ruch. Reszta diecezji, a dałem te dwa przykłady krańcowe, mieści się gdzieś tak w środku. Niektóre blisko tego zera, a inne bliżej setki.

Kto by chciał się zapoznać z działalnością tych zespołów, to oczywiście odsyłam do Pisma Okólnego. Biorąc rzecz tak na kilogramy, już byłby dobry kilogram albo więcej – może dwa tych notatek o zespołach. Cel tych notatek był taki, żeby wykazać, że coś idzie, zawstydzić tych, co nic nie robili, ukazać inicjatywy, bo one są różne. Często księdzu brak pomysłu. Gdyby to przeczytał, to by pomysły miał. Ale jakże będą wierzyć, gdy nie będzie im przepowiadane, gdy nie zostanie nikt do nich posłany. Jakże ksiądz będzie czytał, skoro on tego nie kupuje. Tu są ciągle zaplątania i kryzysy nie wiadomo jakie. Chciałoby się, ale szkoda tych pieniędzy na Pismo Okólne. Po co kupować jak to nie ciekawe. Jesteśmy w takiej sytuacji, która powoduje pewien stały kryzys.

Jutro będzie trzecie spotkanie Rady Głównej od czerwca 91 roku. Mam nadzieję, że to ruszy. Takimi zrywami da się robić, choć większego efektu z tego nie będzie. Mimo tych pesymistycznych określeń, jestem entuzjastą Synodu i mam nadzieję, że ten Synod się sprawdzi. On ma jeszcze kilka lat przed sobą, co najmniej cztery do 1997 roku, do śmierci św. Wojciecha. Trzeba go uczcić jakimś planem poważnym. Są też plany przedłużenia tego Synodu do roku 2000, gdyby się okazało, że to się da zrobić. Chodzi tu zresztą także w dużej mierze nie tylko o powoływanie tych zespołów, ale także o odtworzenie organizacji katolickich. To jest także dążenie Synodu, żeby tę tkanką życia społecznego, kościelnego odtworzyć, bo ona została zniszczona.

Jeżeli chodzi o udział zakonów w zespołach synodalnych, to znów tutaj na dobrą sprawę trzeba by powiedzieć o miejscu instytutów zakonnych w Kościele według eklezjologii i prawa. Ja sądzę, że mam do czynienia z tak poważnymi ludźmi, że takich tematów nie będę poruszał tutaj. Powiem tylko, że według eklezjologii stan zakonny choć nie należy do hierarchicznej struktury Kościoła, to jednak jest tym składnikiem ważnym jego życia i świętości. Jeżeli chodzi o stronę prawa kościelnego, instytuty zakonne cieszą się autonomią, ponieważ egzempcja jak gdyby w kodeksie zniknęła, wprawdzie słowo jest, ale treści niema że ta autonomia choć nie jest egzempcją, jest jednak uznaniem istotnie wymaganej samodzielności instytutu i że jest jak gdyby pojęciem wspólnym wszystkich stowarzyszeń w Kościele. Tutaj można co do tego dyskutować wśród specjalistów, ale właśnie na specjalistów się powołuję i sądzę, że Księża znają książeczkę „Autonomia zakonów i Kościół partykularny” – materiały z międzynarodowego sympozjum prawa zakonnego KUL – 1987 r. pod redakcją O. W. Zuberta. Polecam tę pracę, jest to bardzo ciekawa rzecz. Ja ją przestudiowałem po swojemu. Pożyczyć się jej nie da, bo jest czerwono-zielono-czarna od podkreśleń.

Jak wiadomo instytuty muszą zachować swój charakter, ducha założycieli i zdrową tradycję. Sobór bardzo wzmocnił pozycję biskupa i tutaj wchodząc w tematykę synodalną – muszę zaznaczyć jedno, że także eklezjologia po Soborze Watykańskim II uległa bardzo poważnej zmianie, pewnej ewolucji. Jest teologia wspólnoty, teologia Kościoła Powszechnego i partykularnego. Vaticanum II daje nam tę świadomość, że jest to wielka wspólnota nie tylko wiernych, ale kościołów, Świętych, wspólnota wspólnot. Rzucam pewne hasła, które dla każdego z Czcigodnych Księży są zrozumiałe. Wynika z tego, że człowiek realizuje swoje zbawienie eklezjalnie w kościele partykularnym. Nie ma Kościoła powszechnego jako miejsca, które byłoby ściśle określone. Nawet papież nie jest biskupem Kościoła powszechnego, jest biskupem kościoła partykularnego – rzymskiego. Nie ma stolicy Kościoła powszechnego, jest tylko stolica kościoła partykularnego, jakim jest Rzym itd., itd.

Niemniej kościół partykularny i powszechny istnieje jak gdyby we wzajemnym ciągłym przenikaniu. Nie ma powszechnego bez partykularnego i partykularnego bez powszechnego. Kościół powszechny nie składa się z kościołów partykularnych, ponieważ nie są one jego częścią czy częściami, są realizacją Kościoła powszechnego. Tym czynnikiem, który jest niezbędny i tworzy wspólnotę jest chrzest, wiara, zwierzchnictwo kościelne, prymat Piotra.

Wracając do tego stwierdzenia, że nasze zbawienie realizuje się w kościele partykularnym, niczego nie ujmujemy dotychczasowej teologii, która podkreślała wagę Kościoła powszechnego. W tym Kościele powszechnym i partykularnym realizujemy wszyscy jedno posłannictwo, wszyscy, to znaczy wszyscy wierni, biskupi, kapłani, zakonnicy, osoby świeckie – uczestniczą na swój sposób w potrójnej misji Kościoła: zadania prorockie, kapłańskie i królewskie. Apostolstwo w tym posłannictwie jak wiadomo należy do natury Kościoła. Nie jest to rzecz, która by była zarezerwowana dla kogoś w Kościele, ale należy ona do natury samego Kościoła. Wszyscy wierni są do tego apostolstwa wezwani i oczywiście zakony mają tutaj swoją specyficzną rolę do odegrania. Jeżeli byśmy chcieli wyspecyfikować tę rolę zakonów w apostolstwie, można by powołując się na dokumenty Soboru i także na kodeks – ja jestem prawnikiem i mogę sobie na to pozwolić – to odesłałbym do trzech miejsc i trzech tez.

Z kanonu 637 możemy się dowiedzieć, że apostolstwo wszystkich zakonników polega w pierwszym rzędzie na świadectwie ich życia konsekrowanego, które winni ożywiać modlitwą i pokutą. Jest tak zwane apostolstwo znaku, czyli że życie zakonne to życie apostolskie per excellence.

Kanon 674 z kolei mówi, że członków instytutów wyłącznie kontemplacyjnych nie można angażować do czynnego apostolstwa, choćby nawet nagliła konieczność. Sprzeciwia się wzywaniu księży zakonnych do pomocy duszpasterskiej. Z zakonów kontemplacyjnych to odwoływanie nie ma sensu ponieważ ich apostolstwo realizuje się poprzez apostolstwo znaku.

I wreszcie kanon 675, paragraf pierwszy. W instytutach oddanych działalności apostolskiej, apostolstwo zewnętrzne należy do samej ich natury. Stanowi charyzmat danego instytutu. Do jego pełnienia instytut został powołany i to powołanie zostało zatwierdzone przez Kościół. Zycie członków tych instytutów powinno być przepojone duchem apostolskim, a cała działalność apostolska nacechowana duchem zakonnym. Jesteśmy w tej sytuacji, że wszyscy powinniśmy pracować dla dobra Kościoła i tą cechą, tym działaniem, w którym spotykamy się wszyscy, jest apostolstwo realizowane na różny sposób, w zależności kto jakie miejsce, pozycję w tym Kościele zajmuje.

Jeżeli przejdziemy do tego styku instytutów zakonnych z diecezją, która jest jedną z form kościoła partykularnego, dlatego że diecezja to pojęcie prawne – kościół partykularny to pojęcie teologiczne. Oprócz diecezji istnieje cały szereg innych form kościoła partykularnego. Niewątpliwie rola biskupa jest rolą koordynatora całej pracy apostolskiej w diecezji. Oczywiście jeżeli ktoś będzie się powoływał na autonomię, nie będzie chciał wziąć udziału w tej pracy, to popełnia błąd, wyłamuje się, że tak powiem, z ram teologicznych i prawnych Kościoła. A jeżeli ktoś z drugiej strony nawołując do współpracy, będzie chciał przekreślać autonomię, popełnia również karygodny błąd. To jest kwestia wyważenia tych interesów, które ostatecznie rzecz biorąc są interesami Kościoła, ale też są interesami zrównoważonymi charakterem powołania. Nie można niszczyć ani jednego ani drugiego. Wszystko musi iść ku współpracy dla dobra Kościoła. Koordynatorem tej pracy jest biskup diecezji.

Jeżeli chodzi o taką moją wizję udziału zakonów w Synodzie, to oczywiście ona jest inna w odniesieniu do zakonów żeńskich, inna w odniesieniu do zakonów męskich. Inna do tych zakonów, które zajmują się pracą duszpasterską bezpośrednio, inna w stosunku do tych, które takiej pracy się podejmują, czy też są wręcz zakonnikami kontemplacyjnymi. To jest zrozumiałe.

Myślę, że jest rzeczą sensowną i to się da obronić różnymi argumentami – tworzenie zespołów wewnątrzzakonnych. Ktoś powie, my realizujemy swoje powołanie przez wierność charyzmatowi itd. To wszystko prawda. Ale jeżeli ktoś widzi, że tkwi przecież w tym kościele partykularnym, gdzie istnieją nie tylko problemy wewnątrzzakonne, ale są też problemy tego Kościoła, w którym ten instytut się znajduje, i w którym styka się czy z księżmi, czy ze świeckimi, to powinien także żyć tymi problemami jakoś. Oczywiście jest i odwrotna strona tego zagadnienia. To nie jest prawda, że kościół diecezjalny powinien się tak zamknąć na życie zakonne, żeby nie dostrzegać jego problemów i nie żyć problemami w pewnych sferach swojej świadomości. I jedno i drugie. Tworzenie zespołów wewnątrzzakonnych uważam za potrzebę najpierw dla potrzeb własnych samego instytutu. Jest to pewne przenoszenie charyzmatów. W tych spotkaniach trzeba dotrzeć do problematyki, która jest problematyką Kościoła. Zatroszczyć się o nią wewnętrznie i przygotować się jakoś do realizacji tych spraw, które są dla Kościoła ważne. Tych problemów jest cała masa, bo żyjemy nimi na co dzień i nie wszyscy jesteśmy wystarczająco przygotowani na to, żeby sprostać różnego rodzaju problemom, jakie się przed nami jawią. Wymiana myśli, modlitwa, poczytanie czegoś, zajęcie się konkretne jakimś problemem z otoczenia jest na pewno z pożytkiem dla siebie.

Tworzenie tych zespołów wewnątrzzakonnych ma także, moim zdaniem, znaczenie szersze, ponieważ przygotowuje ludzi, którzy mogą być animatorami zespołów poza wspólnotą zakonną. Gdzie? To już zależy od tego, jak jest ustawiona wspólnota zakonna, czy prowadzi parafię? Jeśli tak, to jest to najprostsze przygotowanie do pracy z zespołami w parafii. Jeżeli nie prowadzi parafii, a prowadzi apostolat własny, to tak samo mogą być przydatni ci ludzie w tworzeniu zespołów dla świeckich.

Drugi rodzaj udziału to tworzenie na zewnątrz. Co to znaczy „na zewnątrz”? Zależy to znowu od rodzaju pracy. Jeżeli zakon prowadzi parafię, to oczywiście powinien zadbać o powołanie zespołów synodalnych. Jeżeli są katecheci zakonni, mogą to robić w szkole, w organizacjach młodzieżowych, próbować to robić dlatego, że jest to praca ku scalaniu na zasadzie bardzo dowolnej. Młodzież można przecież gromadzić nie tylko dla celów czysto liturgicznych, ale można ją prowadzić, podsuwając dobrą rozrywkę: piłkę nożną, szachy czy też wycieczkę, zachęcając ją do pewnego działania w organizacjach. Oczywiście zwłaszcza w katolickich, ale nie tylko. Prowadzenie tej młodzieży przez mądrego duszpasterza jest sensowne. To jest cała sprawa tworzenia wspólnot synodalnych. Ona nie musi tego tak nazywać, tylko żeby była realizowana pewna idea.

Dotyczy to również dorosłych. Może to być związane z troską o sprawy społeczne. Zarzuca się Kościołowi niejednokrotnie, że dba tylko o siebie, a nie jest zdolny do wyjścia ludziom z pomocą. Jest w kościołach wiele pomieszczeń wolnych, które można na zasadzie jakiejś odpłatności chociażby, ale nie znów drakońskiej, udostępnić dla celów społecznych, np. na otwarcie żłobka czy jakiejś innej akcji tego typu, które są nieosiągalne inną drogą. Oczywiście nie odnosi się to do wszystkich parafii, ale do tych, które takie możliwości mają.

Wreszcie trzeci rodzaj – to jest udział osób zakonnych w zespołach już istniejących. Nie musi być inicjatywa własna, może być dołączenie się do cudzej inicjatywy w ramach parafialnych, w zespołach wychowawców. Mówiąc o wychowawcach, mam na myśli nie tylko nauczycieli, ale także rodziców. Wchodzenie w normalną grupę parafialną na zasadzie pewnej animacji. Z tym łączy się sprawa tematyki. Spotykam się dość często z takim nastawieniem, że jeżeli osoba czy osoby zakonne tworzą jakiś zespół, to one muszą się zająć tematyką życia zakonnego. Mogą oczywiście podjąć tematykę życia zakonnego. Nie jest to oczywiście reguła i wcale o to nie chodzi. W tej dziedzinie są wystarczająco wykształceni. Trzeba podejmować tematykę szerszą. Nie wiem dlaczego zakonnika czy zakonnicę nie może interesować sprawa środków przekazu albo sprawy charytatywne czy misji lub powołań zakonnych i kapłańskich, czy cały szereg innych spraw, chociażby życie gospodarcze, polityczne, problematyka z tym związana – etyka społeczna. To poszerzenie horyzontów w tematyce jest ogromnie ważne, bo świadomość eklezjalną buduje się nie tylko na własnym charyzmacie, ale na wiadomości i wiedzy o tym, jak Kościół patrzy, przeżywa innego człowieka, świat i jego problemy. A więc ta tematyka powinna dotyczyć całości życia Kościoła.

Jeżeli chodzi o metodę pracy, to wydaje mi się, że jest rzeczą niezmiernie ważną, żeby praca w zespołach była swego rodzaju poszukiwaniem dróg dialogu wewnątrzkościelnego i ze światem. Wewnątrzkościelny dialog – wydaje mi się, że świadomie trzeba burzyć pewne bariery i pewne mity. Wszyscy jesteśmy ludźmi obdarzonymi tą samą godnością dzieci Bożych. To, że ktoś nosi inną suknię i ma jakąś tam czapkę na głowie, z tego jeszcze nie wynika, że jest większy. Powinien być mniejszy, bo powinien służyć. Po prostu trzeba wyzbywać się lęku, który nie jest ewangeliczny. Miłość dominuje bojaźń. Jeśli kocham, to się nie boję, bo czego się będę bał. Działanie w miłości pozwala na zachowanie pewnej płaszczyzny dialogu naturalnego. Nasze dialogi są często wynaturzone. To jest dialog pazia w stosunku do króla albo dialog króla w stosunku do pazia. Także jeżeli chodzi o świat i tu jest problem np. świeccy-duchowni. Czymże my jesteśmy? Tymi, którzy mają służyć. Władza – pojęcie to po Soborze Watykańskim w Kościele bardzo mocno podkreślono – sprowadzone jest do pojęcia służby. Nasza władza jest tym, że mamy możliwość dawania siebie drugim. Spotykam się z takim zjawiskiem – przychodzą świeccy i mówią: – my byśmy chcieli, ale ksiądz nie chce, co my mamy zrobić? Kamienie wziąć w ręce? – No nie, ale trzeba szukać dialogu. Trzeba szukać tych dróg dialogu ze światem. Myślę, że jesteśmy świadkami w ostatnich latach tego zjawiska bardzo niepokojącego, że nie umiemy uszanować przeciwnika. Przeciwnik, wiadomo, nie jest rzeczą miłą mieć przeciwników, zwłaszcza jeżeli ci przeciwnicy są czy wydają się być silniejsi od nas. Czy mamy mocniej i głośniej krzyczeć niż oni? Czasem nie mamy na to środków. Ja na przykład odwołuję się do prasy, do tego zjawiska, które często obija się o moje uszy i brzmi mniej więcej w ten sposób: – A dołożyć im! Najpierw czym? A potem gdzie tu jest Ewangelia? Dokładać komuś?

Kiedyś przyszedł jakiś dziennikarz do mnie i mówi: – Co ta Niedziela robi? Zlikwidujcie to! Ja mówię: – Proszę Pana, a czy nie mógłby Pan tego zaproponować Urbanowi? – Oczywiście tak. – To proszę, niech Pan zaproponuje. Będzie to skuteczne? – Nie będzie skuteczne. – Pozwólmy niech w tej atmosferze demokracji i wolności szczeka każdy, kto chce. Oczywiście nie jest to miłe, ale są metody i metody. Jeden ma metodę chleba, drugi metodę pałki … Skoro nie da się tej metody pałki zupełnie eliminować, to można się przynajmniej nastawić, że on ma prawo polemizować w sposób taki bardzo ostry.

Sądzę, że jeżeli chodzi o Synod i o szukanie tej drogi dialogu – lepiej by było, gdyby Kościół uczył dialogu miłości, a nie walki …

Wreszcie chodzi też niewątpliwie w Synodzie o to – ponieważ największą barierą w osiągnięciu tego, czego chce dokonać, to znaczy przemiany świadomości eklezjalnej, jest rozdzielenie świeckich i duchownych. Musi dążyć do wypracowania postawy otwartej, to znaczy nie przyzwyczajania się do tego odgryzania się, odszczekiwania tylko do dostrzegania dobra. Bardzo często, gdy człowiek się skupi na tym, widzi, że przecież tam jest zawarte jakieś dobro w tej postawie człowieka, który jest w stosunku do mnie może agresywny, ale przecież nie jest mi nieprzyjazny.

Odkrywanie dobra jest tą cechą, która pozwala inaczej patrzeć na człowieka. W tych zespołach trzeba tę metodę pielęgnować, metodę, którą zaleca ostatnia encyklika Papieża Jana Pawła II „Veritatis splendor”, mianowicie wykład zdrowej nauki. To dla człowieka dobrej woli wystarczy – żeby miał z czego czerpać, miał się gdzie karmić.

Sądzę, że te moje uwagi wystarczą, bo jest w odniesieniu do Synodu wiele do powiedzenia, ale nie chciałbym przeciągać, gdyż i tak zgrzeszyłem wielomówstwem, ani nie chciałbym zabierać tego czasu, który prawdopodobnie został na dyskusję.

Tekst spisany z taśmy magnetofonowej

Archiwum KWPZM

Wpisy powiązane

2024.02.02 – Gniezno – Abp Wojciech Polak, Jesteście, by oddychać i żyć z Kościołem. Homilia w święto Ofiarowania Pańskiego, Dzień Życia Konsekrowanego

2024.02.02 – Katowice – Abp Wojciech Galbas SAC, Trzy przesłania na Gromniczną. Homilia na Dzień Życia Konsekrowanego

2024.02.02 – Kęty – Bp Piotr Greger, Świeca zapalona w naszych dłoniach staje się dziś wyzwaniem. Homilia na Dzień Życia Konsekrowanego