Jankowski Augustyn OSB, Podstawy ewangeliczne i historyczne życia zakonnego

 
O. Augustyn Jankowski OSB.

PODSTAWY EWANGELICZNE I HISTORYCZNE ŻYCIA ZAKONNEGO

 


Część I. IDEAŁ ZAKONNY W EWANGELII
[1]

W ogniu krytyki dzisiejszej

W obecnych czasach celowość i użyteczność życia zakonnego jest często poddawana w wątpliwość. Atakują życie zakonne nie tylko wrogowie Kościoła, nie tylko niewierzący lub chrześcijanie religijnie obojętni, ale także spotyka się pewną niechęć do życia zakonnego i u ludzi wierzących i praktykujących, do Kościoła przywiązanych, nawet u kapłanów. Księża diecezjalni niekiedy krytykują instytucję zakonów jako przestarzałą i obecnie nieużyteczną. Nie wchodząc w meritum szczegółowych zarzutów, które niekiedy mogą być słuszne co do spraw drugorzędnych, trzeba stwierdzić, że o samej instytucji Kościół naucza i myśli inaczej. Oto ostatni papieże widzieli się zmuszeni do wystąpienia w obronie życia zakonnego przeciw tym wszystkim, którzy tak dalece podkreślali wartości rodziny chrześcijańskiej, że doszli aż do twierdzenia, że powołanie chrześcijanina do życia rodzinnego uświęconego sakramentem małżeństwa, jest wyższe niż powołanie zakonne[2]. W tym stanie rzeczy, gdy słyszy się zdania, że istnienie zakonów nie ma żadnego innego uzasadnienia poza pozytywnym prawem kościelnym, które to uzasadnienie może być w każdej chwili uchylone jako nie przynoszące już pożytku, warto przypomnieć sobie naukę katolicką o ewangelicznej genezie życia zakonnego.

W świetle objawionej nauki o odkupieniu człowieka

Zazwyczaj łączy się stan zakonny z radami ewangelicznymi[3]. Można jednak zadać sobie pytanie, dlaczego w ewangeliach Zbawiciel daje te rady? By na to odpowiedzieć, trzeba uwzględnić całość nauki objawionej o odkupieniu człowieka.

Nie można sobie wyobrazić, aby w stanie człowieka przed grzechem pierworodnym, było możliwe i potrzebne rozróżnienie między ideałem zakonnym a świętością laikatu. Posłuszeństwo nie mogło wtedy stanowić żadnego problemu, bo człowiek posiadał rozum na to, by był zdolny do okazania miłości w akcie wiary. Funkcją życia płciowego było przedstawienie płodności miłości Bożej, a żadnego nieporządku to życie nie zawierało. Także posiadanie czy bogactwo, jako wyłącznie skierowane ku chwale Bożej, nie mogło powodować żadnych moralnych trudności. Ale przyszedł grzech pierworodny i zniszczył harmonię, jaka istniała między duchowymi siłami człowieka a jego popędami i koniecznością zabezpieczenia swego życia czy zaspokojenia jego potrzeb z jednej strony, a celem człowieka, którym jest Bóg – z drugiej strony. Rajska harmonia ustępuje miejsca trzem pożądliwościom. Tej katastrofie ludzie o własnej sile zaradzić nie mogli. Musiało nastąpić odkupienie, którego pierwszym aktem było wcielenie Syna Bożego. W Jezusie Chrystusie jako Nowym Adamie została na nowo zrealizowana wewnętrzna jedność i harmonia, utracona przez ród ludzki na skutek grzechu pierworodnego pierwszego Adama. Nowy jednak Adam dokonuje ekspiacji jako przedstawiciel nowej ludzkości. W Nim rajski prymat miłującego posłuszeństwa przed naturalną wolnością ducha ludzkiego i prymat miłości duchowej przed cielesną, wyraził się przez ofiarne cierpienie – krótko mówiąc przez krzyż. Tam dane zostało zadośćuczynienie za nieporządek grzesznej ludzkości, ekspiacja, która tak wiele kosztowała naturę ludzką Jezusa. Gdy wyrzeczenie się prawa do samodzielnego kształtowania życia, czyli duchowej autonomii było dla Syna Przedwiecznego w niebie i dla Adama w raju źródłem szczęścia dzięki miłości, to inaczej już było u Słowa Wcielonego „w podobieństwie grzesznego ciała” /Rz 8,3/. Wyrzeczenie to jako dowód najwyższej miłości synowskiej dokonało się wbrew wzdryganiu się natury, jak o tym wymownie świadczy scena w Ogrójcu. Co więcej, na krzyżu Jezusowi towarzyszyło skrajne poczucie opuszczenia przez Ojca /Mt 27,46/. A jednak ofiara krzyża, przez którą przywrócone zostało szczęście właściwe dla nieba i raju nie była właściwie zaprzeczeniem całej natury, lecz naprawą zła i drogą do pełni dla Zmartwychwstałego Triumfatora. Na krzyżu jeszcze jaśniej niż to było osiągalne w raju zabłysła posłuszna miłość Syna, a z nieskończonej płodności Ofiary Chrystusowej narodził się Kościół, jak niegdyś Ewa z boku Adama.

Na przykładzie Niepokalanej

Jako pierwszy doskonały owoc przewidzianego Odkupienia, na zasadzie łaski krzyża, została stworzona Matka Odkupiciela, by okazało się, czym według planu Bożego miał być człowiek; że miał być stworzeniem, które swojego ducha i swojego ciała nie chce używać w innym celu, jak tylko po to, aby być narzędziem Słowa Bożego i mieszkaniem Ducha Świętego. Maryja przy najzupełniejszym ubóstwie otrzymała pełnię bogactwa łaski, a przy najczystszym dziewictwie duszy i ciała największą płodność duchową i cielesną. Maryja więc stoi podobnie jak Chrystus Odkupiciel ponad podziałem ludzi na stan zakonny i świecki, realizując w sobie zarówno pełny ideał zakonny, jak i świętość właściwą dla laikatu.

Rady ewangeliczne wprowadzają podział wśród wiernych

Nikt jednak z ludzi urodzonych w grzechu pierworodnym nie może osiągnąć wewnętrznej jedności. Dlatego już w Ewangelii zarysowuje się wyraźna różnica, gdy chodzi o sposób czy miarę odpowiedzi życiowej człowieka jako odkupionego dziecka Bożego na zbawczą miłość. Chrystus przez rady ewangeliczne żąda wyrzeczeń, a racja uzasadniająca drogę rad ewangelicznych polega na większej bliskości z Chrystusem, na większym udziale wkontynuacji Jego dzieła. Spośród licznych rzeszy słuchaczy Zbawiciel powoływał niektórych do ściślejszej bliskości ze Swoją Osobą żądając namysłu nad taką decyzją, namysłu podobnego do obliczania kosztów przed budowaniem wieży lub sił zbrojnych przed wyprawą wojenną /Łk 14,25-33/, gdyż chodzi o zupełne wyrzeczenie się wszystkiego, włącznie do samego siebie. Droga do Boga ma wprawdzie dla wszystkich jeden kierunek, ale niejednakową głębię czy też – jeśli kto woli – stromość. I tak do tego, by wrócić do domu Ojca czyli „wejść do życia” wystarczy strzec przykazań. Na dalsze jednak pytanie bogatego młodzieńca: „Wszystkiego tego przestrzegałem od młodości mojej, czego brak mi jeszcze?” pada odpowiedź Zbawiciela wyraźnie ukazująca linię demarkacyjną dwóch stylów życia: „Jeżeli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a przyjdź i pójdź za mną” /Mt 19,20 n./. Tekst ten jest niezwykle ważny, gdyż wskazuje na pozytywny charakter rad ewangelicznych, mimo iż są one wyrzeczeniami. W tym tekście należy podkreślić słowo „doskonały” oraz końcowy rozkaz „pójdź za mną”.

Cechę łączności tych wyrzeczeń z Osobą samego Zbawiciela jeszcze mocniej wyraża znana Jego odpowiedź na pytanie św. Piotra o los Apostołów jako tych, którzy opuścili wszystko i poszli za Jezusem. Po zapewnieniu „dwunastu stolic” dla Dwunastu Apostołów następuje rozszerzenie zasady: „każdy kto by opuścił dom, albo braci, albo siostry, albo ojca, albo matkę, albo żonę, albo synów, albo rolę, dla imienia mego, stokroć więcej otrzyma /Mk dodaje: w tym życiu domów i braci i sióstr i matek, dzieci i pól wśród prześladowania/ i żywot wieczny osiągnie” /Mt 19,29; Mk 10,30/. Już św. Hieronim w znanej homilii brewiarzowej[4] przypomina nam, że dopiero odpowiedź na ten zew Chrystusowy pójścia za Nim nadaje ascezie chrześcijańskiej znamię nowości i pełni nie osiągniętej przez ideał cynicko-stoicki w starożytności. Jeżeli jeszcze dodamy do tych wypowiedzi Chrystusowych analogiczną o dobrowolnym bezżeństwie dla Królestwa Bożego z tegoż rozdziału Pierwszej Ewangelii /Mt 19,1-12/ widzimy w radach ewangelicznych coś więcej niż radykalną kurację na trzy pożądliwości rozpanoszone w upadłej naturze ludzkiej. Mianowicie ukazuje się nam ich daleki cel, jakim jest pełnia życia w królestwie Bożym i bliski środek do tego celu, jaki stanowi szczególna bliskość z Chrystusem jako bezpośrednim wzorem i przewodnikiem. Pełnię, jaką niesie ze sobą celibat, doskonale scharakteryzuje od strony psychologicznej czy osobowościowej św. Paweł, dając radę co do dziewictwa: „kto nie ma żony, troszczy się o to, co Pańskiego, jakby się Bogu podobać. A kto jest żonaty, troszczy się o rzeczy światowe, jakby się podobać żonie: i w rozterce jest. Niewiasta niezamężna i dziewica myśli o tym, co Pańskiego jest, aby była świeża ciałem i duchem. Zamężna zaś myśli o rzeczach światowych, jakby się podobać mężowi” /1 Kor 7,32 nn/. Zatem doskonałość chrześcijańska doradzana przez Zbawiciela opiera się na czymś więcej niż manichejskiej czy jansenistycznej nieufności do natury ludzkiej i do tzw. świata. Rozstrzyga o niej pełniejszy udział w miłości ku Chrystusowi. Ta zaś – jak wiadomo – będąc wprawdzie odpowiedzią człowieka, nie jest sprawą tylko jego woli i uczuć, lecz jest łaską – skutkiem odkupienia, jako „rozlana w sercach naszych przez Ducha Świętego, który nam jest dany” /Rz 5,5/.

Ostatecznym sprawdzianem ofiarna miłość bliższego

Apostołowie Chrystusa i uczniowie w kręgu, tym się różnią od pozostałych wiernych, zobowiązanych również do życia cnotami teologicznymi, zwłaszcza do życia miłością, że mają bliższy udział w dziele odkupienia i w jego kontynuacji, krótko mówiąc, że stoją bliżej ofiary krzyża. Wynika to z takich wypowiedzi Pańskich, jak stwierdzenia podczas Ostatniej Wieczerzy” „Wy jesteście tymi, którzy wytrwali przy mnie w przeciwnościach moich, a ja wam przekazuję Królestwo, jako mi przekazał Ojciec mój, abyście jedli i pili u stołu mego w Królestwie moim i zasiadali na tronach, sądząc dwanaście pokoleń izraelskich /Łk 22,27 n/. „Już was nie nazwę sługami, bo sługa nie wie, co czyni Pan Jego. Lecz nazwałem was przyjaciółmi, bo wszystko, cokolwiek od Ojca usłyszałem, oznajmiłem wam” /J 15,15/. O nawróconym Szawle-Pawle słyszy prezbiter Ananiasz te słowa Pańskie: „Ja go pouczę jak wiele powinien wycierpieć dla imienia mego” /Dz 9,16/. Zadaniem więc uczniów Pańskich jest dawanie świadectwa, ale całej Ewangelii, włącznie z jej radami. Wielkie zadania powierza Bóg tym, którzy się wszystkiego wyrzekli. Taka była Bogarodzica, takimi byli apostołowie. Stąd właśnie w najdawniejszej tradycji monastycznej terminem „vita apostolica” określano nie to, co dziś nazywamy apostolstwem, mniej lub więcej zewnętrzną działalność misjonarską, lecz naśladowanie samego stylu życia Apostołów w apostolica forma vivendi” – w porzucaniu wszystkiego dla Chrystusa.

Na tle zadania Kościoła – potrzeba instytucji

Zrodzony – według wyrażenia wielu Ojców Kościoła – z boku umierającego Chrystusa Kościół jako Nowa Ewa, jako Oblubienice Chrystusa, a zarazem mistyczne Jego Ciało, ma za zadanie wciąż głosić światu nie tylko słowem, ale i przykładem pełną prawdę Ewangelii i radykalne zerwanie ze złem w jego źródłach, posunięte włącznie do rad ożywionych ofiarną miłością. A więc w Kościele nadal winno trwać ewangeliczne rozróżnienie na tych, którzy z łaski staną bliżej Chrystusa, żyjąc według Jego rad, i na tych, do których będzie należało stopniowe konsekrowanie świata przez zaangażowanie się w nim, ale zawsze na sposób Chrystusowy. Tych pierwszych nie może nigdy w Kościele zabraknąć, gdyż tego domaga się stałe zadanie świadczenia prawdzie pełnej Ewangelii. Stąd zawsze w Kościele muszą byś ludzie o radykalnym ewangelicznym stylu, życia, ożywieni duchem ofiary, czerpiący wzór i moc z krzyża, czyli posłuszni również radom ewangelicznym. Jeśli to świadczenie wobec świata ma byś skuteczne, musi ono mieś formę stałą. O ile każde dziecko musi w jakimś choćby najmniejszym stopniu realizować ducha rad ewangelicznych – ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, o tyle u powołanych do szczególnego świadczenia Chrystusowi muszą te cnoty byś ujęte w śluby, bo bez ślubów nie ma stałości, pełni i radykalizmu ofiary. Ale pełne urzeczywistnienie ślubu ubóstwa i posłuszeństwa jest nie do pomyślenia bez ram instytucjonalnych, opartych koniec końców na autorytecie Kościoła.

Ramy te instytucjonalne mają wprawdzie swój aspekt negatywny – oddzielenia ich członków od złych wpływów świata, ale nie na tym wyczerpuje się ich sens. Instytucje zakonne winny byś zawsze w mniejszym lub większym stopniu miniaturą całego kościoła jako zrodzonej na krzyżu Nowej Ewy i zarazem jako typu Niebieskiego Jeruzalem, które choć całe z łaski z wolna tworzy się na tej ziemi wśród cierpień i zmagań.

Miejsce zakonów w Kościele

Zakony mimo swego zewnętrznego oddzielenia mają nieustające doniosłe zadanie do spełnienia tak wewnątrz Kościoła, jak i wobec niewierzącego świata. Okrzyczane jako bezużyteczne zazwyczaj bronią się zakony niewątpliwym w dziejach faktem dawania przykładu pożytecznej pracy i zapobiegania tylu palącym potrzebom fizycznym czy moralnym swych braci na świecie. Ale wychodząc z zasad Ewangelii można podać uzasadnienie dla istnienia zakonów nawet w formie najskrajniejszej ściśle klauzurowej i kontemplacyjnej.

Niedawne określenie Piusa KII stwierdza, że instytuty doskonałości wspólny wszystkim chrześcijanom ideał urzeczywistniają w sposób najpełniejszy i najbardziej bezpieczny. Przez to samo okazują wszystkim wiernym, a także niewierzącym, radykalną realizację obietnic chrzcielnych, które wciąż są narażone na pokusy i kompromisy życiowe. Tę rolę nieustającą jakby „soli ziemi” /Mt 5,13/ czy żeby posłużyć się mocnym zwrotem Pawłowym – „głupich dla Chrystusa” / 1 Kor 4,10/ można określić jako profetyczną.

Obok niej występuje druga, niemniej doniosła społecznie: uzyskana drogą, wyrzeczeń bliskość Chrystusa i Jego krzyża zapewnia nie tylko samym członków zakonów, ale i pozostałym członkom całego Mistycznego Ciała większy dopływ łask. Śladem Apostoła Narodów zakonnik ma za zadanie „dopełniać braki udręk Chrystusa w swoim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” /por. Kol 1,24/. To posłannictwo instytucji zakonnych można by określić jako charyzmatyczne. Obie te cechy życia zakonnego czerpią swą moc wyłącznie z zasad Ewangelii – z zadania „miasta położonego na górze” /Mt 5,14/, z prawa ziarna pszenicznego, które tylko pod warunkiem obumarcia przynosi wiele owocu /por. J 12,24/. Stąd to dzisiejszy teoretyk życia zakonnego, choć sam nie zakonnik, waży się na takie zdanie: „Kto sobie wyobraża, że z biegiem czasu na skutek postępu Kościoła, wielkie w nim posłannictwa przejdą w ręce laikatu do tego stopnia, iż zastąpi on zakony w apostolstwie, ten nie pojmuje, a nawet zaprzecza wewnętrznej strukturze Kościoła” /H. U. von Balthasar/.

Nie znaczy to bynajmniej, że – według utartego sposobu mówienia zakony jako instytucje w Kościele luve divino” – lecz, że nie da się misji Kościoła pojąć bez udziału w niej ludzi reprezentujących pełny radykalizm Ewangelii, który z kolei nie da się dziś urzeczywistnić bez ram instytucji. Dowiodły tego zresztą dzieje Kościoła, do których z kolei przechodzimy w rzucie bardzo ogólnym.

Część II. ZAKONY NA TLE DZIEJÓW KOŚCIOŁA

Od ascezy indywidualnej ku pierwszym organizacjom

Przez pierwsze trzy wieki, póki Kościół nie uzyskał wolności, mężczyźni i kobiety całkowicie poświęcający się Bogu żyli jako tzw. asceci i dziewice w obrębie gmin chrześcijańskich. W III w. się zaczyna, a w IV w całej pełni się rozwija ruch odchodzenia mnichów i mniszek na pustynię, gdzie żyli jako pustelnicy, ale niebawem zaczęli tworzyć klasztory. Dlaczego tak się działo? Główna przyczyna była prawdopodobnie ta, że z uzyskaniem wolności przeszły na chrześcijaństwo masy ludzi o małej gorliwości religijnej i nastał stan rzeczy dobrze nam teraz znany, że większość ochrzczonych nie bardzo się przejmuje obowiązkami płynącymi z przyjęcia Chrztu. Im większą bierność w życiu duchowym wykazywał laikat, tym wyraźniej musiał się wyodrębnić stan zakonny. Nadto już w IV w., a jeszcze więcej w następnych, widzimy wielu biskupów, którzy uważali za konieczne utworzenie klasztoru grupującego kapłanów opierających swój udział w duszpasterstwie na wspólnym życiu według rad ewangelicznych. Najwybitniejszym przedstawicielem tych biskupów był św. Augustyn. Ale i tam, gdzie ruch mniszy nie był kierowany przez biskupów, jak np. w Egipcie, nie można przeciwstawiać mnichów zorganizowanych pod rządami biskupów gminom chrześcijańskim – wszem – właśnie mnisi byli główną podporą św. Atanazego, gdy go prześladowali Arianie. Czy więc klasztory powstawały z inicjatywy episkopatu czy nie, zjednoczenie stanu zakonnego z hierarchią kościelną było zupełne w tych pierwszych bohaterskich wiekach formowania się życia zakonnego. Trzeba również podkreślić na wskroś ewangeliczny charakter ówczesnego życia mniszego. Zarówno najważniejsza reguła zakonna IV w., reguła św. Bazylego, jak wiele innych reguł wskazuje jako istotę życia mniszego całkowitą i pełną realizację wskazań Ewangelii.

Św. Benedykt organizatorem mnichów Zachodu

W V w. następuje fakt nader doniosły dla historii życia zakonnego. Powstaje Reguła św. Benedykta. Warunki, w których powstała były zmienione. Państwo Rzymskie na Zachodzie i jego porządek prawny, padły pod ciosami napływających ludów germańskich. W Europie zachodnie zapanowało prawo pięści. Zarówno zwycięzcy – zdobywcy jak i zastraszona ludność miejscowa uwierzyli w przemoc i miecz jako czynnik decydujący i jedyny regulator stosunków między ludźmi. W tym momencie pisze regułę św. Benedykt. Pisze ją oczywiście nie jako mąż stanu, nie jako lekarz ran społecznych czy też obrońca kultury. Swoje natchnienie czerpał z tego samego źródła co wszyscy święci zakonodawcy – z miłości krzyża i z ducha ofiary. Ale dzięki jego Regule powstają wielkie klasztory, potężne instytucje, w których rządzi nie siła, lecz prawo, gdzie wszyscy mają jednakowe prawo do sprawiedliwości, gdzie rządzący jest zobowiązany liczyć się z możliwościami najsłabszych, gdzie posłuszeństwo podwładnych ma się spotkać z ludzkością i umiarem przełożonego, gdzie ład i porządek jest stałym wymaganiem, pokój Chrystusa hasłem, a jako najdoskonalszy środek do osiągnięcia miłości Boga i bliźniego wskazana jest cnota pokory. Stało się według słów Chrystusa: „Szukajcie więc naprzód Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie wam przydane” /Mt 6,33/. Życie według Reguły wydało owoce nieoczekiwane: z klasztoru wyszli misjonarze wielu ludów, wyszli papieże i biskupi, a ucywilizowały się ludy zachodniej i środkowej Europy, których kraje pokryły się setkami klasztorów benedyktyńskich. „Cisi posiedli ziemię”, a na swoje nieszczęście posiedli jej z czasem za wiele w dosłownym jej sensie. Mnisi jednak służyli Kościołowi w jego rozstrzygającej walce w XI i XII w. o wolność ducha zagrożoną przez samowolę monarchów.

Średniowieczna akcja zakonów żebrzących

Dawna myśl św. Augustyna o potrzebie klasztoru, którego członkowie byliby specjalnie zobowiązani do duszpasterstwa, nigdy nie przestała być aktualna. Benedyktyni od duszpasterstwa się nie uchylali, ale z założenia swego nie mogli być zakonem przede wszystkim duszpasterskim. Toteż dwunasty wiek widzi rozwój Premonstratensów, którzy przyjęli regułę św .Augustyna i mieli obowiązek pomagać w duszpasterstwie duchowieństwu diecezjalnemu. Ale chrześcijaństwo miało już nowe potrzeby. Rozwój miast wymagał zakonów żyjących w miastach, głoszących Ewangelią mieszczanom. Dobrobyt społeczeństw europejskich wzrastał, lecz gromadził się nierównomiernie, tak że powstał groźny problem bogactwa. Mamona, której według słów Chrystusa nie można służyć, gdy się służy Bogu, zaczyna wywierać wpływ przemożny i rozkładający. Bogaci się nadmiernie także i Kościół, biskupstwa i wielkie opactwa, a wynikające stąd zgorszenie rzesz wiernych wyraża się w sympatiach dla heretyckich agitatorów. Stąd dwie naglące potrzeby: trzeba zająć właściwą postawę wobec bogactwa i trzeba bronić prawdy Bożej, by zachować nienaruszony depozyt wiary. Dla wypełnienia tych zadań Bóg powołał św. Franciszka i św. Dominika. Dzieje kościoła w XIII, XIV i XV w. są wypełnione wielkimi dziełami zakonów żebrzących, ich wewnętrznymi trudnościami w walce o wierność własnym ideałom, wysiłkami, by obronić się przed niszczącym duchem czasu XV wieku, wieku dechrystianizacji i wieku upadku powagi Kościoła i wielkiego zepsucia in capite et in membris, w Stolicy Świętej, w episkopacie, w diecezjalnym duchowieństwie, w zakonach starszych i nowszych.

W służbie kontrreformacji

Zastarzałe zło wywołało wybuch wielkiej rewolucji religijnej XVI wieku. Kościół potrzebował nowego zakonu, Wielkim problemem była obrona prawidłowej nauki, ale jeszcze ważniejszą sprawą był użytek indywidualnej wolności. Bo sedno sprawy było nie w tym, że reformatorzy protestanccy popełnili teologiczne pomyłki. Istota zła była w tym, że ogłoszono i domagano się zupełnej autonomii myśli pojedynczego człowieka w badaniu i rozstrzyganiu zagadnień religijnych. Św. Ignacy Loyola powołał więc do życia zakon, który miał się uporać z tymi trudnościami i wywrzeć swoje piętno na trzech wiekach życia Kościoła. A obok Jezuitów powstawały i powstają do ostatnich czasów zgromadzenia zakonne do specjalnych celów: do misji zamorskich wśród pogan, do misji ludowych wśród chrześcijan, do wychowywania i kształcenia młodzieży, do opieki nad chorymi itp. Ta specjalizacja odzwierciedla charakterystyczne cechy nowoczesnych organizacji. Trzeba stwierdzić jeden fakt uderzający: wprawdzie wypadki dziejowe zmieniły niejedną rodzinę zakonną, ale większość starych zakonów istnieje nadal obok nowych. Tak bogata jest spuścizna po Ofierze Krzyżowej, że żadna formacja zakonna nie zdoła objąć jej w całości i wyczerpać. Dlatego też choć niezbędne były nowe zakony, dawniejsze nie straciły racji bytu. Gdy się porówna reguły i konstytucje różnych od siebie zakonów, widzimy do jakiego stopnia myśl zakonodawców była zgodna w zasadniczych sprawach. Bóżnice występują w rzeczach wprawdzie wielkiej wagi, ale zawsze wtórnych.

Światła i cienie realizacji ideału zakonnego

Jak każda rzecz wielka i wzniosła, życie zakonne narażone jest na nadużycia i niebezpieczeństwa. Zawsze pojawiają się prądy odchylające się od linii wielkich świętych założycieli. To ludzka rzecz i nie można się temu dziwić. Mogą być przerosty w pewnym kierunku: czasem to będzie powierzchowne, zewnętrzne, a nie duchowe oddzielenie od świata, czasem kontemplacja uprawiana jako technika, będąca sama celem dla siebie, czasem nierozsądna i przesadna asceza cielesna, czasem wreszcie poufałe zbratanie zakonników z ukrytym celem duchowej opieszałości i samozadowolenia. Ale przede wszystkim grożą zakonom zmysłowość, chciwość i pycha ich członków, godzące wprost w rady ewangeliczne. Skoro zakony spotykają się z tylu sprzeciwami, jeżeli moc Chrystusowa dana wszystkim, którzy wyrzekał się świata dla Chrystusa nie może przełamać oporów, jeżeli życie zakonne przez blask świętości nie przyciąga do Chrystusa wszystkich żyjących na świecie, to widocznie wśród zakonników musi być bardzo wiele zdrajców ideału zakonnego. Ilu? – Bogu wiadomo. Jeśli bowiem ubóstwo zakonnika sprowadza się do tego, że ma wszystko, tylko nie jest nominalnym właścicielem, jeżeli jest posłuszny, bo przełożony z obawy przed trudnościami nie wydoje rozkazu niemiłego podwładnemu, jeżeli co do ślubu czystości zachowane są tylko pozory, to taki zakonnik jest najstraszniejszym szkodnikiem w Kościele.

Kościół ze swej strony czuwa nad duchem zakonów i jeśli cieszy się ich bujnością i rozmaitością, to jednak w każdym zakonie chce znaleźć nieskażonego ducha Ewangelii. Kościół wie na podstawie doświadczenia dwu tysiąc lat, choć o tym zapominają niektórzy chrześcijanie, że wszelka propaganda i organizacja w zakresie spraw Kościoła pozostanie bezpłodna, gdy za nią nie stoi żywa siła przeżytej ofiary, ofiary trwającej jako miłość posłuszna, uboga i czysta, czerpiącej ze źródeł ukrzyżowanej miłości Syna Bożego.

Stąd zarówno w doktrynie swej o zakonach, jak i w prawodawstwie Kościół stale się liczy z nieprzemijającą wartością profetyczna i charyzmatyczną dobrze prowadzonego życia zakonnego. Przykład życia i modlitwa ustawiczna jako źródło uświęcenia – oto na co wciąż czeka Kościół, patrząc na zakony.

A my, zakonnicy, jeśli porównamy wielkość zadania, do którego nas Bóg powołał, z tym co zakonnicy zdołali zrealizować, jeśli porównamy wielkość łask Bożych udzielonych zakonnikom z naszą odpowiedzią na te łaski, to pewnie znajdziemy więcej powodów do upokorzenia niż do chluby. De facto nie zawsze jesteśmy „solą ziemi”, możemy jednak być pewni, że z woli Bożej pozostaniemy zawsze istotną częścią Kościoła, bylebyśmy tylko zawsze prawdziwie szukali Boga.

Właściwa legitymacja użyteczności

Na zakończenie powróćmy do punktu wyjście naszych rozważeń – jak mamy się wylegitymować co do naszej użyteczności wobec laikatu, a częściej – prawdę powiedzmy – wobec laicyzmu. Gdy w zakonach widzi się tylko stronę organizacyjną i ocenia je z punktu widzenia łatwego pragmatyzmu, mniej więcej w duchu częstego pytania „Co oni czy one robią?” – to użyteczność zakonów może podlegać dyskusji. Gdybyśmy w nich widzieli tylko organizacje kapłanów i laików o pewnych zadaniach szczegółowych – duszpasterskich, pedagogicznych czy charytatywnych – to nie można by udowodnić ani ich nie zbędności w Kościele, ani tym bardziej wylegitymować ich pochodzeniem aż ewangelicznym. Sytuacja się jednak zmienia, gdy się zapytamy inaczej: „Czym zakony mają być?” Wtedy odpowiedź: jakiej udziela tak Ewangelia, jak historią Kościoła, jest jednoznaczna. Laikat ma specyficznie chrześcijańskie zadanie „consecratio mundi” możliwe do wykonania tylko za cenę wierności ideałowi Ewangelii: musi być w świecie zaczynem Chrystusowym, realizującym ofiarną miłość biorąca początek, moc i skuteczność z krzyża. Aby świeccy mieli stały wzór i duchowe podtrzymanie w realizacji ewangelicznych ideałów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, musi istnieć stan zakonny, którego członkowie rozdzieleni między Chrystusa a świat, realizują rady ewangeliczne w całej rozciągłości i dowodzą praktycznie życiowości Ewangelii i płodności Ofiary Krzyżowej, jako najwyższego wyrazu obowiązującej wszystkich – miłości. Dzieje zaś Kościoła stwierdzają, że każdy prawdziwy w nich nawrót do ducha Ewangelii wiązał się z nowymi formami zakonnymi, zawsze umacnianymi przez śluby. Życie zakonne więc będzie do końca świata strażnikiem światła Ewangelii, a Kościół w każdej epoce jest tak po apostolsku wobec obojętnego świata mocny i żywotny, jak mocne i żywotne są w nim zakony kontemplacyjne i czynne, wierne swemu posłannictwu.

[1]   Główny zrąb argumentacji w pierwszej części wzorowany jest na wstępie, jaki napisał H. U. von Balthasar do swej publikacji pt. Die grossen Ordensegeln, Einsiedeln-Zürich-Köln 1948, s. 7-26.

[2]   Najmocniejszy bodaj protest przeciw takim zapatrywaniom już w dobie Reformacji stanowi kan. 10 o sakramencie małżeństwa sformułowany przez sesję XXIV Soboru Trydenckiego z 11.XI.1563: „Si quls dixerit statum coniugalem anteponendum esse statui virginitatis vel coelibatus, et non esse melius ac beatius manere in virginitate aut coelibatu quam iungi matrimonio: ansthema sit” /Denz. 980/. Por. też obronę w 2 rozdz. encykliki „Sacra virginitas” Plusa XII.

[3]   Klasycznym jest sformułowanie kan. 487 Kodeksu P. K.: „Status religiosus seu stabilis in communi vivendi modus, quo fideles praeter communia praecepta, evangelica quoque consilia per vota oboedientiae, castitatis et paupertatits suscipiunt …”

[4]   Commune Abbatum: In Mt hom., 3,19.

Wpisy powiązane

Rostworowski Piotr OSB, Accommodata renovatio a obecne życie zakonne

Krupa Andrzej Ludwik OFM, Teologia oddania się Maryi w macierzyńską niewolę miłości

Wójtowicz Kazimierz CR, Emaus ikoną drogi wiary