O. Bortkiewicz: Odstawienie alkoholu nie wystarczy, najważniejsza jest zmiana myślenia

Samo odstawienie alkoholu to jeszcze za mało, jeśli ktoś pragnie żyć w trzeźwości, koniecznie musi pojąć, że najważniejsza jest zmiana myślenia i stylu życia. Bo jeśli człowiek poprzez nadużywanie alkoholu się rozsypał, to rozsypał się cały: w sferze intelektualnej, psychicznej, cielesnej i duchowej… – wyjaśnia o. Ryszard Bortkiewicz OSPPE, członek Zespołu KEP ds. Apostolstwa Trzeźwości i Osób Uzależnionych, współorganizator Jasnogórskich Spotkań dla osób uzależnionych i ich rodzin, zaangażowany w pomoc osobom wychodzącym z alkoholizmu. W rozmowie z KAI opowiada m. in. o pomocy osobom uzależnionym i ich rodzinom oraz o tym, co pomaga człowiekowi wrócić do trzeźwego życia.

Anna Rasińska (KAI): Przez lata spotyka się Ojciec na Jasnej Górze z osobami zmagającymi się z uzależnieniem. Czy mógłby Ojciec opisać, czym konkretnie się zajmuje?

O. Ryszard Bortkiewicz: Cała ta historia rozpoczęła się w 1989 roku, gdy przyszło do mnie trzech zdrowiejących i trzeźwiejących alkoholików, którzy byli po terapii uzależnień. Zaproponowali pewną ideę. Mówili, że na Jasnej Górze organizowane są przeróżne pielgrzymki, zjazdy, spotkania i modlitwy wielu środowisk, ale nie ma czegoś takiego jak spotkanie i modlitwa dla alkoholików. W tamtych czasach samo słowo „alkoholik” budziło jeszcze grozę. Oni zaproponowali, żeby na Jasnej Górze zorganizować spotkanie i modlitwę dla osób, które podjęły terapię dla alkoholików, zachowują abstynencję, starają się trwać w trzeźwości, ale oprócz ludzkiej pomocy potrzebują także Bożego wsparcia na tej drodze. Jak sami mówili, przyszli po pomoc. Ja to słowo „pomoc” rozdzieliłem na dwa człony: przyszli „po-moc”. Tę moc pragnęli zaczerpnąć właśnie na Jasnej Górze, przed Cudownym Obrazem Matki Bożej, która wskazuje na Chrystusa – jedyną Prawdę, Drogę i Życie. Tak narodziła się ta idea i koncepcja Jasnogórskich Spotkań dla Uzależnionych.

Pierwsze spotkanie odbyło się w marcu 1989 roku. Było nas wtedy może 250 osób. Temat jednak ruszył i dziś w tych Spotkaniach uczestniczy wiele tysięcy ludzi. Na początku było to typowe spotkanie dla alkoholików. Później dołączyły osoby z rodzin alkoholików Al – Anon: żony, matki, bracia, siostry. Następnie powstała kolejna grupa DDA- dorosłych dzieci alkoholików i grupa dla dzieci do 18. roku życia, Al-ateen.

Z czasem dołączyli także anonimowi hazardziści, anonimowi narkomani, osoby zmagające się z depresją, uzależnieni w sferze cielesnej, seksualnej. Później pojawiły się grupy dla osób, w których domach obecna jest przemoc, anonimowi przemocowcy, dłużnicy… Dzisiaj na Jasnej Górze brakuje już pomieszczeń dla tych różnych grup ludzi, którzy nie odnajdują się we współczesnym świecie. Pewnie trzeba by też powoływać grupy dla uzależnionych od internetu, smartfonów, czy gier. Wachlarz uzależnień jest po prostu bardzo szeroki.

Z mojej strony wygląda to tak, że przygotowuję program religijno-duchowy. Obejmuje on Drogę Krzyżową dla wszystkich, którzy przybywają na te Spotkania. Punktem centralnym jest Msza Św. odprawiana na Jasnogórskim Szczycie. W tym roku Eucharystii przewodniczył abp Andrzej Przybylski. Hasłem naszych spotkań były słowa: „Matka na mojej drodze trzeźwości”. Myśleliśmy o naszych mamach – tych, które dały nam życie, tych, które już odeszły, i tych, które żyją. Główne refleksje skierowane kierunek był oczywiście ku tej najpiękniejszej z matek, Matce Bożej, która pomaga nam odnaleźć pełny i właściwy sens życia, wskazując na Jezusa: Drogę, Prawdę i Życie. Modlimy się także na Apelu Jasnogórskim w intencji tych wszystkich, którzy zmagają się z problemem uzależnień i szukają dróg wyjścia ku życiu bez takich czy innych zniewoleń

Czy to inicjatywy wyłącznie dla osób wierzących?

Sama koncepcja Spotkań jest bardzo szeroka. Nie zamykamy się wyłącznie na ludzi wierzących. Jesteśmy otwarci na różne inicjatywy i kierunki. Łączymy programy typowo świeckie z programem religijno-duchowym. Na Spotkaniach jest miejsce zarówno dla tych, którzy wierzą w Pana Boga, jak i dla tych, którzy Go poszukują albo szukają jakiejś duchowej drogi wyjścia ze zniewolenia.

Ma Ojciec bardzo bogate doświadczenie w tym temacie, a jak wygląda pierwsza rozmowa z człowiekiem, który przychodzi po pomoc?

Jestem może w tej dobrej sytuacji, że nie jestem teoretykiem, tylko praktykiem, bo moje kapłaństwo ma dwa wymiary. Pierwszy dotyczy czasu, kiedy w swoim kapłaństwie nadużywałem alkoholu. Potem nastąpił jakiś cudowny przełom. To był 2000 rok. Wtedy ostatecznie zaprzestałem picia, podjąłem terapię w ośrodku leczenia uzależnień i z pokorą zaufałem bez reszty Panu Bogu, odstawiłem na bok butelkę z alkoholem i pozwoliłem na to, żeby Pan Bóg prowadził mnie przez życie, a nie żebym to ja był reżyserem swojego życia. Wcześniej, jak mi się wydaje, reprezentowałem Kościół nauczający. Kiedy jednak przestawiłem się na taki styl, że jestem też Kościołem słuchającym, czyli szukam odpowiedzi na moje problemy u ludzi mądrzejszych ode mnie, a nade wszystko w prowadzeniu Bożym, wtedy rozpoczęła się moja prawdziwa droga ku trzeźwości.

Kiedy ktoś już do mnie trafia, niestety najczęściej nie jest to osoba, której bezpośrednio dotyczy problem, ale ktoś z jej najbliższych: żona, mama, brat, syn, córka, pierwsze moje zadanie polega więc na tym, żeby z dużą empatią przekazać informację, jak można z alkoholizmu wyjść.

No właśnie – jak mówić człowiekowi prawdę o uzależnieniu, żeby go nie upokorzyć i nie odepchnąć?

Wydaje mi się, że najważniejsze jest to, żeby takiego człowieka przyjąć z wielką serdecznością i życzliwością, cierpliwie go wysłuchać, a potem przekazać mu informacje o możliwościach wyjścia na prostą. Najważniejsze jest to, żeby człowiekowi, który ma problem, pokazać po pierwsze, że to jest choroba. Choroba zaprzeczania. A jeśli jesteś chory, to trzeba się leczyć. Po drugie, trzeba pokazać, że to nie jest kara, nagana ani wykluczenie. Przed tym człowiekiem jest szansa na lepsze życie. Człowiek inaczej przyjmuje prawdę o chorobie, kiedy przedstawia mu się ją jako szansę, leczenie to szansa,a niejako karę, nagana, rozkaz czy przymus. Trzeba wskazać możliwości i środki, w których on może się odnaleźć: ośrodek leczenia uzależnień, poradnię zdrowia grupę samopomocową, parafię, kościół, stowarzyszenie abstynenckie czy najbardziej popularny ruch Anonimowych Alkoholików. Są też inne formy pomocy: modlitwa, pielgrzymki, konferencje, rekolekcje. Naprawdę dróg wyjścia na prostą jest wiele.

Co w pracy z osobami uzależnionymi jest dla Ojca najtrudniejsze?

Najtrudniejsze jest przełamanie tej bariery wstydu, strachu, poczucia winy, poczucia małej wartości, tego zaprzeczania, że choroby nie ma, że problemu nie ma, że poradzę sobie sam. W tej chorobie nie ma bohaterów w pojedynkę. Alkoholik znajdzie tysiące różnych argumentów na to, że musi robić tak, jak robi. Występuje tu cała gama mechanizmów obronnych, bardzo trudna do przebicia. Ja nie jestem terapeutą. Pokazuję tylko drugiemu człowiekowi, co sam zrobiłem żeby wyjść na prostą i co on może zrobić w swoim środowisku, tam, gdzie mieszka i funkcjonuje. Czy to zrobi? Tego nie wiem. 

Czy widzi Ojciec zmianę w postrzeganiu osób dotkniętych alkoholizmem? Czy rzeczywiście coraz częściej mówimy dziś o chorobie i potrzebie leczenia, a rzadziej wyłącznie o ludzkiej winie, słabości czy moralnym upadku?

Tak, myślę, że zaszła ogromna zmiana. Trzydzieści lat temu, kiedy mówiło się „alkoholik”, często wyobrażano sobie człowieka z marginesu, zaniedbanego, kogoś przegranego. Dzisiaj coraz częściej rozumiemy, że alkoholizm jest chorobą, z której można wychodzić, jeśli człowiek przyjmie pomoc i podejmie pracę nad sobą. Widzę to choćby po Spotkaniach, które rozpoczęły się w 1989 roku i cały czas się rozwijają. Przybywa na nie coraz więcej osób, które nie przychodzą już tylko ze wstydem. Przychodzą także z optymizmem i wiarą, że skoro udało się już tylu innym przeżyć jeden dzień, potem tydzień, miesiąc bez alkoholu, to może i ja spróbuję. Takie osoby są najpiękniejszym środowiskiem dla tych, którzy jeszcze się wstydzą, mają poczucie winy albo różne inne wewnętrzne bariery. Drugi trzeźwiejący alkoholik jest często pierwszym drogowskazem dla tego, który dopiero próbuje te bariery przełamać. Oczywiście wszystko, co dobre, kosztuje trochę wysiłku. Trzeźwość to praca. Kiedy człowiek przestaje pić, zaczyna dbać o siebie: wygląda schludnie, pojawia się uśmiech na twarzy. To naprawdę widać.

U alkoholików jest taki program na 24 godziny. Niby to ich program, ale Ewangelia mówiła o tym wcześniej: „Dosyć ma dzień swojej biedy”. Jeżeli będę się starał właściwie przeżyć dzisiaj, to jutro, jeśli Pan Bóg da mi szansę się obudzić, będzie następny dzień. I tak dalej: minuta, godzina, doba, miesiąc, rok. Potem okazuje się, że to już 26 lat, jak człowiek nie pije i żyje. I nawet nie najgorzej, nawet coraz lepiej i owocniej.

Istotnym zjawiskiem wydaje się dziś problem tzw. alkoholików wysokofunkcjonujących – osób, które na co dzień pracują, wypełniają swoje obowiązki i pozornie dobrze sobie radzą, a jednocześnie coraz częściej sięgają po alkohol, na przykład po stresujących sytuacjach. Czy często Ojciec spotyka się z takimi osobami?

Tak, jak najbardziej. Dzisiaj funkcjonuje wiele zjawisk, które utrudniają człowiekowi bycie trzeźwym. Pojawiają się też takie, powiedziałbym, durnowate pomysły, jak współczesne tzw. „małpki”. Można małą, dwustugramową buteleczkę schować do kieszeni czy torebki i co godzinkę sobie łyknąć, żeby alkohol cały czas funkcjonował we krwi. Człowiek nie jest pijany, ale nie jest też trzeźwy.

Dla mnie bólem jest także to, że coraz więcej kobiet jest uzależnionych. Pracuję w Częstochowskiej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i widzę ten problem. Kobietom często o wiele trudniej wychodzi się z uzależnienia, bo pojawia się ogromna bariera wstydu, poczucia winy.

Ale ja jestem z natury optymistą. Wiem, że jeśli człowiek naprawdę chce uporządkować swoje życie, to nie ogląda się na innych, tylko zaczyna dbać o siebie. Dlatego w pierwszej rozmowie pokazuję też, że w człowieku, który ma problem z alkoholem, jest mnóstwo wartości, talentów i skarbów. On je tylko przykrył albo zatopił. One mogą się na nowo objawić. Alkohol działa trochę jak eter – usypia, ale problemów nie rozwiązuje. Kiedy człowiek pójdzie na terapię, może usłyszeć, gdzie jest źródło tego, że żeby poradzić sobie z trudnościami codzienności, sięga po alkohol. A kiedy już odnajdzie źródło niepowodzeń, odnajdzie też możliwości i sposoby, by te niepowodzenia i problemy rozwiązywać.

Często mówi się, że pierwszy krok to przestać pić, ale czy samo odstawienie alkoholu wystarczy, żeby człowiek naprawdę zaczął zdrowieć?

W dobrym ośrodku pomagającym wyjść z uzależnienia pracuje się nie tylko nad odstawieniem alkoholu, ale przede wszystkim nad zmianą myślenia. Samo odstawienie alkoholu to jest pikuś. Najważniejsza jest zmiana myślenia. Bo jeśli człowiek się rozsypał, to rozsypał się cały: w sferze intelektualnej, psychicznej, cielesnej i duchowej… Trzeba leczyć i ciało i ducha.

Jakie negatywne konsekwencje uzależnienia najczęściej ujawniają się przy bliższym poznaniu osób dotkniętych alkoholizmem?

Przede wszystkim rozsypane relacje w domu, w rodzinie. Dom w którym ktoś nadużywa alkoholu, to dom bez miłości. Jeżeli ojciec pije, to żona żyje w lęku, zastanawia się, w jakim stanie wróci do domu, i odwrotnie. Dzieci też żyją w lęku. Dlatego trzeba leczyć nie tylko samego alkoholika, ale w pewnym sensie całą rodzinę. Byłem przed laty w amerykańskim ośrodku leczenia uzależnień i przyglądałem się jak taki ośrodek funkcjonuje. Tam terapia trwa 30 dni, trzy dni przed zakończeniem zostaje zaproszona najbliższa rodzina pacjenta i przez trzy dni terapeuci uczą najbliższych pacjenta jak z nim żyć po zakończeniu terapii, po jego powrocie do domu – osobno mieli spotkania z terapeutami mężowie czy żony, osobno dzieci. Chodziło o to, żeby cała rodzina wiedziała, jak na nowo zacząć żyć z człowiekiem wychodzącym z terapii. Taka osoba jest trochę jak małe dziecko, które dopiero uczy się chodzić, zaczyna uczyć się życia na nowo, tym razem bez alkoholu. Dlatego potrzebna jest pomoc całościowa, obejmująca nie tylko uzależnionego, ale też jego najbliższych. Podobnie jest podczas spotkań na Jasnej Górze: osobno gromadzą się Anonimowi Alkoholicy, osobno dorosłe dzieci alkoholików, dzieci do 18. roku życia czy osoby zmagające się z depresją. Każda z tych grup potrzebuje innego rodzaju wsparcia.

Takie całościowe podejście wydaje się bardzo potrzebne. Czy współczesne uzależnienia, na przykład od hazardu, leków, internetu czy smartfonów, wymagają podobnego podejścia duszpasterskiego jak alkoholizm?

Oczywiście. Trzeba jednak pamiętać, że niektóre uzależnienia, jak hazard czy internet, są bardziej związane z ludzkimi zachowaniami. Nie ma tam środka chemicznego, jakim jest alkohol czy narkotyk, ale problem dotyczy sposobu funkcjonowania człowieka. Praca nad tymi uzależnieniami jest podobna, choć nie identyczna. Tu także trzeba zmieniać myślenie i nastawienie. Hazard zabiera pieniądze, internet zabiera czas, a przez to człowiek zaniedbuje inne obszary życia. Mianownik jest więc wspólny. Przede wszystkim potrzeba odwagi, żeby nie dyskredytować osób, które pokazują swoje trudne, czasem bardzo porąbane życie. Nie wolno ich skreślać. Trzeba raczej wydobywać ich znaczenie, że są tak samo cenne jak ci, którzy takiego problemu nie mają.

Coraz częściej spotykana jest pewnie moda na zdrowy styl życia, a co za tym idzie na trzeźwość. Czy Ojciec dostrzega tu jakąś iskierkę nadziei?

Oczywiście, jak najbardziej. Myślę, że kiedy obserwuje się nasze społeczeństwo, widać, że kultura spożywania alkoholu trochę się zmieniła. Dzisiaj można się już bawić bez chemii. By przeżywać radość życia i odczuwać w sobie pogodę ducha, niekoniecznie musi być alkohol czy jakakolwiek inna używka. Idzie w dobrym kierunku. Powoli, ale idzie.

Rozmawiała Anna Rasińska (KAI), ar/KAI

Wpisy powiązane

Zakon to nie korporacja. Nowy Prowincjał Jezuitów, o. Mateusz Janyga SJ, stawia na relacje

Św. Ignacy Loyola – patron trzeźwości

Kard. Ryś do górali na Jasnej Górze: Cieszcie się, że wasza kultura jest tak przesiąknięta wiarą