Salony czy tradycja? Gdzie w tym wszystkim jest Ewangelia?

Przyszłość Kościoła wcale nie należy do tych środowisk, które dziś krzyczą najgłośniej i ogłaszają, że znalazły receptę na kryzys. O. Kasper Mariusz Kaproń OFM, misjonarz i naukowiec pracujący w Boliwii, przekonuje, że ani intelektualne salony, ani nostalgiczne powroty do przeszłości nie zatrzymają fali odejść wiernych. Ludzie nie porzucają modlitwy z powodu braku trudnych esejów, lecz dlatego, że w swoich wspólnotach nie znajdują nikogo, kto potrafiłby ich wysłuchać i poprowadzić do Chrystusa. Prawdziwa odnowa zaczyna się tam, gdzie kończą się ideologiczne spory, a zaczyna spotkanie z konkretnym człowiekiem.

Przez lata dominowało przekonanie, że przyszłość chrześcijaństwa wykuwa się w środowiskach inteligenckich. Debaty, panele dyskusyjne w klubach inteligencji katolickiej i felietony w prestiżowych pismach tworzyły model „Kościoła debat”. Choć w czasach komunizmu te miejsca były enklawami wolnej myśli, dzisiaj ta formuła wyraźnie się wyczerpuje. Jak zauważa o. Kasper Mariusz Kaproń OFM, Kościół salonowy zestarzał się i zaczyna przypominać dawną Unię Wolności – formację elitarną, która z czasem lepiej rozumiała samą siebie niż społeczeństwo, do którego mówiła.

Salony, które przestały rozumieć świat

Współczesny człowiek rzadko odchodzi z parafii dlatego, że przeczytał za mało numerów „Tygodnika Powszechnego” czy „Więzi”. Problemem jest brak autentycznej wspólnoty. – Coraz częściej człowiek odchodzi dlatego, że nigdzie nie spotkał wspólnoty, która potrafiłaby go wysłuchać, przyjąć i poprowadzić do Chrystusa – pisze o. Kaproń. Świat po prostu poszedł dalej, a intelektualne spory przy kawie przestały budzić emocje u osób poniżej sześćdziesiątego roku życia.

Podobny los spotkał teologię wyzwolenia, która choć dostrzegła dramaty ubogich, wpadła w pułapkę ideologii. – Problem zaczął się wtedy, gdy więcej miejsca poświęcano Marksowi niż św. Pawłowi, a analiza klas społecznych zaczęła zastępować głoszenie Chrystusa – twierdzi autor wpisu. Okazało się, że rewolucja społeczna jest słabsza od czystej Ewangelii.

Nostalgia działa jak Photoshop

Na drugim biegunie znajdują się środowiska, które ratunku upatrują w cofnięciu kalendarza o siedemdziesiąt lat. Wierzą one, że powrót do łaciny, koronek i biretów automatycznie zapełni puste ławki w kościołach. O. Kaproń nazywa to złudną nadzieją i przypomina, że lata pięćdziesiąte wcale nie były epoką idealną. Wtedy również ludzie zmagali się z obojętnością religijną i kryzysami wiary.

Nostalgia za dawną liturgią często maskuje realne problemy. – Nostalgia ma tę niezwykłą właściwość, że działa jak Photoshop. Z przeszłości usuwa wszystkie rysy, wygładza każdą niedoskonałość – zauważa o. Kasper Mariusz Kaproń OFM. Podkreśla przy tym, że Ewangelii nie głosi się wspomnieniami, lecz ludziom żyjącym „tu i teraz”.

Pułapka wyidealizowanej przeszłości

Część ruchów tradycjonalistycznych przypomina autorowi fenomen polityczny Grzegorza Brauna. Ich siła tkwi w prostych diagnozach: skoro dziś jest źle, to znaczy, że ktoś kiedyś wszystko zepsuł. Oferują powrót do świata sprzed „katastrofy”, udając, że ostatnie kilkadziesiąt lat historii się nie wydarzyło. Tymczasem Kościół nie jest muzeum, lecz organizmem żyjącym w świecie, który Bóg daje mu dzisiaj.

Paradoksalnie, zwaśnione strony – progresywna i tradycjonalistyczna – są do siebie bardzo podobne. Obie uważają się za ostatnich strażników prawdziwego katolicyzmu, różniąc się jedynie momentem historii, w którym ich zdaniem wszystko zaczęło się psuć. Dla jednych Duch Święty przestał działać wraz z Soborem Watykańskim II, dla drugich dopiero wtedy naprawdę zstąpił na Kościół.

Człowiek szuka Boga, nie ideologii

W samym środku tej wojny pozycyjnej znajduje się zwyczajny człowiek. Nie interesują go wyniki teologicznych debat ani to, która frakcja dominuje w mediach społecznościowych. – Chce jedynie wiedzieć, czy w tym miejscu ktoś pomoże mu spotkać Boga, nauczy modlitwy, poda rękę w chwili kryzysu – wskazuje misjonarz. Największą iluzją jest wiara, że Kościół uratuje kolejna ideologia, strategia komunikacyjna czy socjologiczna analiza.

Historia dowodzi, że wielkie odnowy chrześcijaństwa nigdy nie zaczynały się od konferencji naukowych czy manifestów ideowych. Zaczynały się od konkretnych osób, które potrafiły wyjść poza schematy swoich czasów i dostrzec drugiego człowieka.

Święci nie pisali programów reform

Święty Franciszek z Asyżu nie tworzył programu reform, a św. Dominik nie zakładał klubu inteligencji. Matka Teresa z Kalkuty nie czekała na eksperckie raporty o biedzie, tylko po prostu wyszła do ludzi. – Wszyscy oni najpierw wyszli do ludzi. Spotkali człowieka, a dopiero potem zmieniali świat – przypomina o. Kasper Mariusz Kaproń OFM. To właśnie w takich działaniach kryje się klucz do przyszłości.

Przyszłość nie będzie należała do „Kościoła salonów” ani „Kościoła oblężonej twierdzy”. Jej fundamentem staną się zwyczajne parafie, które zmienią się w prawdziwe domy dla wiernych. Nowoczesność Kościoła objawi się w powrocie do bycia po prostu „katolickim”, co oznacza powszechność, a nie przynależność do konkretnej frakcji czy podzielanie tych samych upodobań liturgicznych.

W ostatecznym rozrachunku to powszechność pozwala Kościołowi przetrwać wszystkie mody i ideologie. Jak podsumowuje o. Kaproń, każde pokolenie wierzy, że to jego frakcja wygra bitwę o los chrześcijaństwa, ale historia zawsze odpowiada tak samo: „Przyszłość zawsze należała do Chrystusa”.

Za: deon.pl

Wpisy powiązane

Francja: benedyktynki od ponad 70 lat dają nowe życie… książkom!

Diecezja i zgromadzenia zakonne zaskarżyły ustawę o wspomaganym samobójstwie

Słowaccy salezjanie wysyłają trzy wolontariuszki misyjne na rok do Afryki