Rywalski Paschalis OFMCap, Samokrytyka współczesnego życia zakonnego

Referat wygłoszony na zebraniu plenarnym Unii Przełożonych Generalnych w Rzymie 25-28.XI.1982 r.

Chciałbym, abyśmy zaczęli od przytoczenia Słowa Bożego i od zwrócenia uwagi na to, co Duch Święty chce nam powiedzieć za pośrednictwem tego słowa /Ap 3,14; 17,22/.

„Tak mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego /…/. Ty mówisz: Jestem bogaty /…/, i „wzbogaciłem się” i „niczego mi nie potrzeba” /…/, a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny, i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę /…/. Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów”.

To Słowo Boże, natchnione przez Ducha Św. i zwrócone do Biskupa Laodycei, który działał zgodnie z życiem epoki, ma coś do powiedzenia nam zakonnikom współczesnym. Coś praktycznego, ażeby Duch Św. raczył posłużyć się naszą, rzetelną i skromną samokrytyką dla ubogacenia nas złotem swej miłości. „Radzę, ci kupić … u mnie – tak nam mówi – złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił”. – To znaczy, żeby raczył „ozdobić” nasze życie dobrymi uczynkami ku chwale Boga i jego Kościoła; żeby nam wreszcie otworzył oczy i użyczył daru jasnego spojrzenia, tak bardzo nieodzownego, które by nas broniło przed złudzeniami i fałszywymi krokami w naszym życiu zakonnym.

W sprawie samokrytyki współczesnego życia zakonnego, posłuchajmy paradoksalnej, ale pięknej pochwały, jaką zwrócił Paweł VI do zakonników w Evangelii Nuntiandi:

„Wszakże któż zdoła ocenić, jak wiele wnieśli oni i obecnie wnoszą w dzieło ewangelizacji? Ze względu na swoją konsekrację zakonną są oni jak najbardziej wolni i mogą dobrowolnie opuścić wszystko i iść aż na krańce świata, aby głosić Ewangelię. Są przedsiębiorczy, a ich apostolstwo często odznacza się pomysłowością i oryginalnością, które wzbudzają podziw u patrzących. Są wielkoduszni, często znajdują się na najodleglejszych stacjach misyjnych, gdzie nierzadko grożą im wielkie niebezpieczeństwa dla zdrowia i życia. Zaiste, Kościół zawdzięcza im bardzo dużo” /EN 69/.

A zatem, któż by w to mógł wątpić? Jest to materiał do samokrytyki. Postarajmy się przeprowadzić ją wspólnie.

Wiecie, że wybór tematu został podsunięty przez wniosek postawiony podczas naszego zebrania ubiegłego maja. Zdawało mi się, że w konferencjach, dyskusjach i wnioskach w Villa Cavalletti zaryzykowano zbyt wiele pochwał dla życia zakonnego, jakie się dzisiaj prowadzi. Czy nie byłoby raczej bardziej konstruktywne włożenie palca w nasze rany? Czy nie pomogłoby nam do postępu trochę więcej samokrytyki, jaka w rzeczy samej jest zawsze aktualna. O. Henryk Systermans pochwycił wprawnie rzuconą piłkę i zaprosił mnie do przedstawienia zagadnienia „samokrytyka współczesnego życia zakonnego”.

Oczywiście, że nie idzie o to, żeby dostarczać dowodów dla tych, co poszukują przede wszystkim stron ujemnych naszego życia zakonnego. Idzie po prostu o to, żeby być więcej uczciwym i możliwie bardziej przejrzystym w dążeniu do doskonalszego życia zakonnego, „będącego charyzmatem danym Kościołowi przez Ducha Świętego”.

Uczynienie czegoś więcej i lepiej może posłużyć za wezwanie do skierowania jasnego spojrzenia, jakie zamierzamy rzucić na nasze życie zakonne.

Źródła wykorzystane, są następujące:

1/ Dokumenty, soborowe, Przemówienia Pawła VI i Jana Pawła II do zakonników i zakonnic, SCRIS;

2/ Claude Marechal: „Fideles a l-Evangile -. les chances d-avenir de la vie religieuse” – Centurion 1980;

3/ Johann Baptist Metz: „Zeit der Order? Zur Mystik und Politik der Nachfolge” – Herder 1977.

4/ J. Aubry, Teologia della vita religiosa alla luce del Vaticano II, Torino 1980, 2 edizione, p. 7;

5/ Doświadczenia kilku przełożonych generalnych i różnych współbraci.

Postarajmy się naszą samokrytykę ująć w następujące artykuły:

a/ nasze rozważanie teologiczne nad życiem zakonnym,

b/ nasze aktualizowanie życia zakonnego.

Wstępna obserwacja ukaże nam pewne braki, wśród zakonników w ostatnim trzydziestoleciu dwudziestego wieku, kiedy, to zakonnicy przechodzili jeden z największych kryzysów w historii życia zakonnego.

W rzeczy samej ani zakonnicy, ani Kościół, ani świat nie byli dostatecznie przygotowani na ten szok, jakiego miała doznać cywilizacja i wiara. Czyż ci spośród nas, którzy przeżywali bezpośrednio lata przedsoborowe, soborowe, i posoborowe, czuli się zdolni dać adekwatne odpowiedzi na współczesne problemy? Czyż nie czuliśmy się osaczeni i pokonani?

Po niepewnościach przedsoborowych dokument Lumen Gentium wzbudził na ogół radosną i krzepiącą nadzieję oraz rzucił cenne światło na życie zakonne. Pozostały jednak znane tłumaczenia kontrowersyjne i błędne odnośnie do zasad, z całą pewnością nowych, słusznych i światłych. Pewien kryzys wdzierał się ukradkiem do serc i umysłów, tych współbraci, co do których Instytut żywił uzasadnione nadzieje. Kryzys ten, pogarszając się boleśnie, kończył się zbyt często odrzucaniem obowiązków zakonnych i kapłańskich. Któż nie czuł się bezsilnym, by powstrzymać ten odpływ, który pozbawiał Instytut krwi i życia? A ileż to lat było potrzeba, by wszcząć poszukiwania nad rozwiązaniem tego zagadnienia, o jakim mówił O. Teobald, di Filippo? Nie byliśmy przygotowani na takie wahania. Czy w zamęcie pytań i sloganów umieliśmy dawać odpowiedzi słuszne i po ludzku zadowalające? Osobiście doświadczyłem gorzkiej bezsilności. Czy może naszym poprzednikom i nam zabrakło czujności i światła, by przewidzieć to co przyjść miało i przygotować się do stawienia temu czoła? Czy nie czuliśmy się zbyt pewni i bogaci na naszych pozycjach? Czyż nie pozwoliliśmy, jak ów gospodarz z przypowieści, by nieprzyjaciel posiał kąkol, gdy spaliśmy spokojnie, kąkol naszej nieświadomości i braku naszego rozpoznania? A wobec stwierdzenia naszych strat, czyż nie za łatwo poddaliśmy się rezygnacji twierdząc, że ostatecznie sytuacja ogólna była taka, jaka była i niczego nie dało się zrobić?…

Lojalna samokrytyka powinna uwidocznić te braki, zapewne zrozumiałe, ale pozostające zawsze brakami. Nadto zachęca nas ona do czujności i ustawicznego kierowania się rozsądkiem. Życie zakonne jest cennym darem dla świata i Kościoła. Nosimy je w kruchych naczyniach. Oby nas ożywiała synowska bojaźń przed brakiem smaku do niego lub przed jego utratą.

SAMOKRYTYKA NASZEJ REFLEKSJI TEOLOGICZNEJ NAD ŻYCIEM ZAKONNYM

Myśleć zgodnie z prawdą jest zasadą moralności, pisał Pascal Blaise. Mieć prawdziwe poglądy teologiczne o życiu zakonnym, jest pierwszym krokiem, który warunkuje aktualizowanie jego istnienia.

„Kościół dzisiejszy ma istotną potrzebę jedności i prawdy”, stwierdził Jan Paweł II, mówiąc o tym heroicznym zakonniku, jakim był Błogosławiony Maksymilian Kolbe. „W rzeczy samej, ciągnie dalej Papież, to prawda daje odwagę podjęcia odważnych decyzji, heroicznego wyboru, zdecydowanych posunięć. To prawda daje siłę, ażeby żyć zgodnie z trudną cnotą, to Błogosławieństwa ewangeliczne i niewinność młodzieńczego wieku, to czystość konsekrowana i małżeńska /…/. A prawdą jest Chrystus, poznany i naśladowany, którego wy jesteście świadkami /…/. Z prawdy rodzi się logicznie gorące pragnienie świętości, która stała się najwyższym ideałem Ojca Maksymiliana” /Osservatore Romano, 19-20 październik 1981/.

Badanie prawdy, która dotyczy życia zakonnego, jest, logicznie rzecz biorąc, najważniejsze. W jakim stadium jesteśmy w tym względzie?

Nie wchodząc w wyczerpującą analizę odnośnie do nauki soborowej o życiu zakonnym i nie chcąc wypowiadać sądu powierzchownego o wyjaśnieniach słusznych lub niewłaściwych, które zostały poczynione, należy przypuścić, że teologowie Soboru Watykańskiego II, wśród których znajdowali się zakonnicy, cieszący się wielką powagą naukową, wypracowali dla Ojców Soboru dokumenty, ale nie mogli posunąć naprzód swych badań nad życiem zakonnym, jak tego należałoby się spodziewać. Czy nauka Soboru o życiu zakonnym dociera do głębi i do bogatych intuicji dokumentów Soboru, słusznie uważanych za ważne?

Przypomnijmy oficjalny komentarz do nr. 43 Konst. dogm. o Kościele:.. „neque placuit stricte dictam definitionem religiosi proponere … Quia strictae definitiones dificillissimae sunt, praesertim quando plura elementa controventuntur. Commissio consulto a definitionibus abstinuit, tum pro laicis, tum pro religiosis” – „Zważywszy, że ścisłe definicje są bardzo trudne do sformułowania, zwłaszcza gdy kilka elementów jest spornych, Komisja wstrzymała się celowo od wypracowywania definicji tak dla laików jak i dla zakonników”.

Pewien teolog życia zakonnego raczej tradycyjnej orientacji, tak konkluduje: „Z tego powodu dokumentom Soboru brak czasem jasności: noszą znamię kompromisu, jaki Sobór był zmuszony przyjąć, oscylując między teologią starą i nową. Będzie więc rzeczą konieczną nadal prowadzić badania”… /J. Aubry, op. cit., p. 7/.

Nawet, jeśli problem pozostał „teologicznie otwarty”, wychodząc z niedostatecznych przesłanek tak w treści jak i w sformułowaniach, należy stwierdzić, że dokonano ogromnej pracy, jeśli idzie o przystosowanie. Rozprawiając nadal o tożsamości życia zakonnego, powtarzano po prostu teksty Soboru lub Magisterium /Kościoła/ jako ustalone formuły dogmatyczne i historyczne. Nie brakowało więc zamieszania w pojęciach. Wyzwanie, jakie Sobór rzucił, na pierwszym miejscu samym zakonnikom, nie zostało podjęte. Czyż bowiem Sobór Watykański II nie oddał do naszej dyspozycji skarbu, którego my zakonnicy nie zdołaliśmy do tej pory dostatecznie wykorzystać?

Na wiosnę 1974 SCRIS /Kongregacja Zakonów i Instytutów Świeckich/ rozesłała list do niektórych ekspertów życia zakonnego, prosząc ich, by między innymi zechcieli wskazać „na najważniejsze problemy życia zakonnego, które powinny być koniecznie niezwłocznie przestudiowane”. Zagadnienie, przy którym zanotowano w dopowiedziach najwięcej zbieżności, odnosiło się do samej istoty życia zakonnego z jego preliminariami skrypturalnymi, teologicznymi, historycznymi i prawnymi: „Jak można było przewidzieć, odpowiedzi zostały skwalifikowane /określone/ i zainteresowani oraz tematy dotyczyły wystarczająco różnych do objęcia prawie całej problematyki aktualnego życia zakonnego”.

„Jak widać, mówi się o szerokiej panoramie, która obejmuje najróżniejsze tematy życia zakonnego, na które trzeba pilnie odpowiedzieć, co było również usilnym zadaniem poszukiwań Soboru Watykańskiego II” /SCRIS, 1975, n. 2, p. 201 i 203/.

Rozpatruje się rzecz niecierpiącą zwłoki, ale w paru etapach. Było to 7 lat temu, w r. 1974, … Chcieliśmy w tym roku dać odpowiedź, ale nam się nie udało jak tego pragnęliśmy.

W tej samokrytyce nie idzie o to, żeby ustalić listę zagadnień, które czekają na rozwiązanie z jednej strony przez teologów, a z drugiej przez władze kapitulne instytutów, względnie przez ustalenia na podstawie poczynionych doświadczeń. Nie wystarczy bowiem powtarzać znane już zasady ogólne. Idzie o to, by znaleźć rozwiązania konkretne, podyktowane przez rozsądek, a wypływające z powagi życia teologicznego i zakonnego.

Być może, że nie ustalając listy problemów, które czekają na rozwiązanie i domagają się wyjaśnień, będzie rzeczą pożyteczną, żeby przynajmniej jeden z nich został rozpatrzony przez nas – ten mianowicie: włączenie się w świat życia zakonnego: „Teksty soborowe o życiu zakonnym prawie nie wykorzystały nowszych intuicji Vaticanum II. Życie to odnowione w Kościele, pozostało na marginesie państwa laickiego. Jego dawanie świadectwa nie ma innego znaczenia jak tylko, w oparciu o teksty soborowe, trwać wewnątrz samego Kościoła. Czy może nie należało by zakończyć stwierdzeniem, że jest i pozostanie w świecie laickim, nie będąc dla niego niczym innym jak tylko przedmiotem podziwu? Czy może być znakiem, ale pod jakim warunkiem, dla mężczyzn i kobiet, którzy interesują się mało wiarą chrześcijańską?

Lecz te dokumenty mówią przecież o życiu zakonnym i chyba w tym tkwi ich wielki błąd, że tak mówią o nim, jakby się nie mieściło w wielkich przemianach współczesnego świata. Niczym niewzruszone kontempluje cały ten chaos, nie czekając na nic innego jak tylko na potwierdzenie swych własnych przekonań. Odgłosy życia zakonnego wśród pozytywnej oceny małżeństwa i zagadnień seksualnych w Kościele, wśród przewartościowania wszystkich form obowiązków nie są już, żeby tak powiedzieć, brane pod uwagę. Liczne zapytania odnośnie do tego zagadnienia zwracają się z zaufaniem do doktryny, która nie przewidziała tych wszystkich zgrzytów” /C. Marechal, op. cit., p. 137/.

Powszechna orientacja przedsoborowa usiłowała scharakteryzować życie zakonne jako jakąś ucieczkę od świata. Akcent kładziono na porzucenie świata. Do laików należy świat, jego akcje, sprawy ekonomiczne, polityczne i materialne. Taka wizja rzeczy stawała się gorzkim wyrzutem dla zakonników, gdyż wielu zauważało, że prowadzą życie zatroskani jedynie o własne interesy materialne i duchowe, a przecież zauważali, że świat zmienił swój kurs dotychczasowy. Było wiele zakonników i zakonnic, którym w ostry sposób rysowały się potrzeby pastoralne jako naglące wezwanie, jakie Duch Święty skierowywał do nich poprzez sytuację w jakiej znajdowali się ludzie świeccy. W następstwie tego, znacznie wcześniej przed Soborem, zakonnicy wyszli na ulice, odwiedzali fabryki i urzędy, łączyli się z laikami, podejmowali pracę w związkach, uczestniczyli w walkach klasowych, walczyli, o sprawiedliwość, ulegali nawet przemocy, albo szli spokojni od drzwi do drzwi, ażeby rozmawiać z ludem w jego ośrodkach i głosić mu „Radosną Nowinę”.

Konstytucja dogmatyczna o Kościele /LG/, wzmiankując o tym włączeniu się w świat, ustanowiła niektóre ważne zasady w formie ogólnej: „Stan zakonny, mówiła, /…/ ukazuje, wszystkim wierzącym dobra niebiańskie już na tym świecie obecne”. /LG, n. 44/. „Zakonnicy gorliwie starać się mają o to, aby za ich pośrednictwem Kościół z biegiem czasu coraz lepiej, zarówno wiernym jak i niewierzącym ukazywał Chrystusa” /LG, n. 46/.

Z biegiem lat, te zasady ogólne zostały rozpracowane przede wszystkim w Evangelica Testificatio: „A zatem, jak odpowiecie w swym życiu na to wołanie ubogich? Musi ono przede wszystkim strzec was przed tym, co byłoby pójściem na kompromis z jakąkolwiek formą niesprawiedliwości społecznej. Ponadto zobowiązuje was ono do uwrażliwiania ludzkich sumień na dramat nędzy i na wymagania sprawiedliwości społecznej, zgodnie z nauką Ewangelii i Kościoła. Wołanie to nakłania niektórych z was nawet do tego, by szli dzielić z ubogimi warunki ich życia i uczestniczyć w ich twardej doli …” /ET, n. 18/.

A oto na zakończenie jeszcze słowo zaproszenia Pawła VI, choć skierowane tylko do jednego instytutu: „Wy synowie i córki św. Franciszka… do dzisiaj jeszcze jesteście zdolni zejść między tłumy świata pracy i odważnie stać się przyjaciółmi ubogich, cierpiących, wydziedziczonych, sierot, więźniów, zagubionych na krętych drogach, wspaniałych i nędznych dzielnic bogactwa i rozkoszy… Strzeżcie milczenia i odosobnienia na waszych samotniach, klasztornych, ale wychodźcie z nich, ażeby pozdrawiać i nawracać świat niosąc zawsze i wszędzie wasze pozdrowienie: „Pax et bonum” – „Pokoju i pomyślności”. /Messaggio radiodiffuso di Paolo VI ai Pellegrini di Assisi, 29.IX.1976/.

Od 21 listopada 1964 – data ogłoszenia Konstytucji Lumen Gentium – do 29 września 1976, przechodząc przez 29 lipca 1971 dzień wydania Evangelica Testificatio – oświadczenia Kościoła, dotyczące zarodku i embrionu, wyszły spoza swej osłony, stając się coraz bardziej jasne i zrozumiałe. Rozważanie teologiczne i pastoralne, choć z opóźnieniem, otwarło sobie drogę.

Samo życie stało się burzliwe i pełne udręki. Powikłania, jakie przyniosło zakonnikom to otwarcie się na świat, stały się równocześnie zgubnymi i obiecującymi:

– styl życia świeckiego;

– włączenie się w akcje świeckie, a porzucenie działalności kapłańskich, do jakich zakonnicy są przygotowani;

– osłabienie życia wspólnotowego i coraz ściślejsze stosunki z osobami świeckimi, obcymi dla rodziny zakonnej. Stąd utrata tożsamości zakonnej oraz świadomości, że się przynależy do instytutu;

– pobory pociągające za sobą problemy ubóstwa;

– przyjaźnie, które stawiają pod znakiem zapytania ślub konsekrowanego celibatu.

Jest rzeczą jasną, że te ujemne następstwa nie są istotowo związane z włączaniem się życia zakonnego do świata, jak również ucieczka przed światem nie utrzymuje automatycznie zakonnika w pewnej niedojrzałości uczuciowej, ani też nie koniecznie musi stwarzać sposób życia przesadnie wrażliwego – życia dalekiego od wszelkich trosk, ani też życia duchowo wyizolowanego, a nawet egoistycznego, ani tym mniej sklerozy w obserwancji ściśle legalistycznej i tyle innego zła, jakie mu się zarzucało. Pomysły lub struktury życia zakonnego, które by działały „ex opere operato”, mogłyby nie istnieć, gdyż mogą się one przystosować, mniej lub więcej, do znaków czasu danej epoki. Ich wartość zależy od wartości ludzi, którzy się nimi posługują.

Za waszym pozwoleniem chciałbym dodać moje małe osobiste świadectwo odnośnie do włączania się w świat. Byłem przez 9 lat w Genewie tak zwanym misjonarzem domowym, to znaczy pukałem od drzwi do drzwi, głosząc Radosną Nowinę; odwiedzałem ulicę za ulicą, dom za domem, piętro po piętrze. Przeciętnie było tego 1000 odwiedzin rocznie. Skierowany przez mego przełożonego, przez biskupa i przez proboszcza – księdza diecezjalnego w parafii. Prawie przez wszystkie moje wyjścia na odwiedziny byłem narażony na pewnego rodzaju nieposłuszeństwo względem naszych ówczesnych Konstytucji, które zabraniały odwiedzać stale ludzi świeckich, składać im wizyty w nocy i prowadzić z nimi długie konwersacje sam na sam w ich mieszkaniach itd. /Nie chciałbym krytykować Konstytucji, które ukształtowały takich świętych jak Błogosławiony Leopold z Castelnuovo, Ojciec Pio i inni!/. Obecnie to moje skromne włączenie się w życie świata przedstawia jedną z największych łask mego życia. Modlitwa więc staje się nieodzowną jak pokarm i powietrze. Obecne działanie Boga Zbawiciela ukazało się moim oczom na wszystkich miejscach życia tak oczywiste i namacalne, jak to, które zostało opisane w Piśmie świętym. Proszę mi wybaczyć tę moją szczerą, osobistą dygresję w sprawozdaniu o samokrytyce życia zakonnego. Chcę po prostu dorzucić do stwierdzeń, że: „nasze rozważanie teologiczne o życiu zakonnym nie znaczy bynajmniej, jakobyśmy nie przyjęli w całej rozciągłości wezwania do teologicznego badania, jakie do nas skierował Sobór Watykański – i jeszcze jedna poważna luka, ta mianowicie, że nasz dokument o formacji został odrzucony, albo jakoby”… chce dorzucić do tych stwierdzeń, że nie zabrakło miejsca w tych latach soborowych i nie zabraknie w przyszłości na dążenie do świętości z całą swobodą…

Posuńmy się jeszcze o krok naprzód, przypominając, że życie zakonne, które jest natchnione przez Ducha Ewangelii, wykorzystuje wszystkie okoliczności, nawet te najbardziej sprawiedliwe, ażeby zdążać do świętości. Wszystkie sytuacje są dla niego dobre, nawet same przeszkody, zamiast być jako wznoszące się ku górze skały i zagradzające drogę, stają się szlakami, które pomagają zdążać do Boga. „Ewangelia ukazuje wspaniałość Królestwa Bożego jako cel do osiągnięcia, pisze. O. J. M. Tillard, dopuszczając środki konieczne, choć radykalne i bezwzględne, za każdym razem, ilekroć warunki tego będą wymagały. Ponieważ istnieją czasem przypadki, poza którymi kryje się niebezpieczeństwo utraty Królestwa, należy więc zgodzić się na wystąpienia gwałtowne”. /Cytat z Marechal-a, op. cit., p. 125/.

Nasi przyszli następcy będą bez wątpienia czcić świętych naszych instytutów, którzy wstąpili na górę świętości podczas tego ostatniego trzydziestolecia XX wieku, a które obecnie poddajemy samokrytyce.

Nasza samokrytyka stara się dokonać jasnego rozpoznania, jak przyjmujemy i jak przeżywamy nowe formy życia zakonnego, ale nie same formy jako takie, nawet jeśliby były tylko mniej więcej zgodne z życiem zakonnym. Życie zakonne prowadzi się w centrum świata zlaicyzowanego. Czy znajdzie ono styl życia, formy apostolatu, warunki chrześcijańskie i ludzkie, język, dające mu możność pozostania całkowicie samym sobą, a równocześnie czy potrafi być znakiem dla tego świata, który na początku prawie zawsze je odrzuca? Czy na wielkich zakrętach historii cywilizacji instytuty zakonne, pod kierownictwem Ducha Świętego, w połączeniu z ich uległością, nie prowadziły życia w taki sposób, że świat i Kościół zgadzały się ze sobą i znajdowały u siebie „wzory”, czyli wodzów życia chrześcijańskiego w nowej cywilizacji? Takimi byli św. Benedykt z Nursji, Dominik Guzman, Franciszek z Asyżu, Ignacy Loyola, którzy przecież nie myśleli być społecznymi reformatorami lub pionierami nowych cywilizacji. Nie chcieli być niczym innym jak tylko mężami Bożymi, żarliwymi głosicielami chwały Boga, spalającymi się w Jego miłości, wiernymi sługami Kościoła, którzy zajmują się jedynie grzesznikami i ubogimi. Reszta została im przydzielona jako nadwyżka. Te rozważania prowadzą nas do drugiego punktu naszej relacji: do uwspółcześnienia życia zakonnego.

SAMOKRYTYKA UWSPÓŁCZEŚNIENIA ŻYCIA ZAKONNEGO

Od słów do czynów

Rozpoznanie życia zakonnego wymaga koniecznego spojrzenia na sposób, w jakim ono było przeżywane przez zakonników i przyjmowane przez Lud Boży. W rzeczy samej idee słuszne są cenne, ale pozostawiają człowiekowi swobodę, jeśli idzie o stosowanie ich w praktyce lub zajmowanie się nimi w teorii. Nawet jeśli byt ma pierwszeństwo przed działaniem, to jednak któż nie zauważa, że działanie wykuwa osobowość i w szczególny sposób wzbogaca jej byt. Zakonnicy, którzy urzeczywistniają swój ideał poprzez codzienną działalność, osiągają osobowość bardziej promienną od tych zakonników, którzy zatrzymują się w połowie drogi swych obowiązków. Działanie daje istnieniu siłę przyciągania, której brakuje zakonnikom poprzestającym na pięknych słowach. Młodzi są szczególnie uczuleni na świadectwo działania i czynów. Nie wahają się przed obnażeniem każdego braku konsekwencji.

Idźmy jeszcze nieco dalej: pełnienie woli Bożej lub zapominanie o niej pociąga za sobą następstwa w wieczności. „Nie każdy, który mi mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę Ojca mojego, który jest w niebie” /Mt, 7,21/. W całym Piśmie świętym Pan Bóg nie przestaje głosić, że czyny są konieczne. Czyż jedna z przyczyn, dla której życie zakonne straciło obecnie swoją ostrość, nie leży czasem w rozbieżności między głoszeniem ideału a jego realizacją? Przyszłe losy instytutu lub życia zakonnego są uzależnione w swym istnieniu głównie od dostatecznej liczby zakonników, którzy rzeczywiście przeżywają surowe wymagania swej konsekracji zakonnej w sposób konsekwentny, a jeśli okoliczności będą wymagały, to także w sposób heroiczny.

Początkowe reakcje na Sobór Watykański II.

Po tych uwagach ogólnych zastanówmy się, jakie były początkowe reakcje życia zakonnego wobec nauki Soboru w odniesieniu do jego spraw.

Sobór Watykański II zapewne nie jest jedynym w zapoczątkowaniu ewolucji życia zakonnego i instytutów zakonnych. Zaczęła się bowiem bardzo szybko ich ewolucja, zwłaszcza po wojnie 1939-45. Związała się ona we wszystkim z ewolucją Kościoła i całego świata. Sobór Watykański II ruch ten zdefiniował, albo raczej scharakteryzował w dwóch słowach: przystosowana odnowa. Ta przystosowana odnowa miała się odbywać przez powrót do Ewangelii, do pierwotnej myśli Założyciela i do zdrowych tradycji.

Wydaje się, że w wyrażeniu soborowym przystosowana odnowa tkwi na pierwszym miejscu przystosowanie, które skupia na sobie naszą uwagę. Różnica między życiem światowym, a formami życia zakonnego była tego rodzaju, że zdawało się, iż należało by ją jak najrychlej usunąć. Stwierdzono więc konieczność szczególnej zmiany w formach naszego życia zakonnego, żeby się zbliżyć do świata, zdając sobie sprawę z tego, ile on istotnych wartości wkładał w nasze życie.

Przystosowanie poszło naprzód z wielkim rozpędem, ale przystosowanie do czego? Ażeby nasze orędzie możliwe było do przyjęcia, należało tak postępować, żeby nasze życie stało się bliskim i podobnym do życia ludu. Ale czy nasze przystosowanie nie było zbyt często przystosowaniem się do świata, zamiast być przystosowaniem się do religijnych potrzeb świata? Jeśli bardzo często ulegaliśmy pokusie przystosowania się raczej do świata, niż do jego potrzeb religijnych, działo się to bez wątpienia z tego powodu, że początkowo uwrażliwialiśmy się więcej na łatwiznę w przystosowaniu, aniżeli na przystosowanie połączone z dużymi wymaganiami. Trzeba tu wskazać na brak głębszej lektury, która by systematycznie i obszernie informowała o znakach czasu. Prawdopodobnie należy także wspomnieć o niedostatecznym zapoznawaniu się z apostolatem, jaki jest właściwy życiu zakonnemu. Podkreślanie tego podwójnego braku w konkretnym procesie przystosowania nie znaczy bynajmniej, że mu się przeczy, ale przeciwnie – potwierdza się jego konieczność.

Żeby być bardziej dokładnym – powiem, że nie popełniliśmy dezercji, lecz postąpiliśmy całkiem przeciwnie. Nie wypada bowiem nalegać na wiele przystosowań powierzchownych, naiwnych, a nawet infantylnych. Nie brakuje nam przecież studiów teologicznych odnośnie do potrzeb religijnych we współczesnym świecie. Natomiast niedostateczny był dotychczas wysiłek w odkrywaniu potrzeb zakonników, żeby te badania teologiczne mogły być zastosowane konkretnie w życiu codziennym na danym terenie. Innymi słowy – formacja zakonna ciągła nie znalazła należnego miejsca. Zapewne, że w tym procesie zostaliśmy zaskoczeni tak nagłymi potrzebami, że możemy wszystko wyjaśnić i uniewinnić, ale nie zaaprobować.

Sekularyzm

„Nie mówimy o „sekularyzacji”, która jest słusznym i prawowitym, nie obcym wierze i religii usiłowaniem odkrycia w stworzeniu, w każdej rzeczy i w każdym zdarzeniu praw wszechświata, którymi one się rządzą „autonomicznie”; byle tylko umysł bazował na wewnętrznym przekonaniu, że te prawa nałożył im Stwórca. W tym znaczeniu ostatni Sobór potwierdził uprawnioną „autonomię” kultury ludzkiej, a zwłaszcza nauki.

My zaś mamy tu na myśli rzeczywisty sekularyzm, czyli taką koncepcję świata, według której całkowicie tłumaczy się on sam, bez potrzeby uciekania się do Boga…”.

Jest rzeczą pewną, że obniżenie duchowego poziomu w życiu zakonnym zostało spowodowane przez sekularyzm /antropocentryzm/, według którego nie można poznawać Boga i mówić o Nim, zanim nie pozna się człowieka i nie zacznie się o nim mówić. Od nauki biblijnej i patrystycznej, która utrzymuje, że człowiek poznaje siebie, kiedy poznaje Boga, będąc stworzonym na Jego obraz i podobieństwo, mentalność o poglądach sekularyzacyjnych /antropologicznych/ poszła w kierunku przeciwnym, twierdząc, że człowiek poznaje Boga wtedy, kiedy poznaje samego siebie.

Stąd dochodzi się do wniosku: żeby miłować Boga, należy miłować bliźniego i żeby służyć Bogu, należy służyć człowiekowi. Jest bowiem prawdą, co pisze św. Jan: „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” /1 J 4,20/. Św. Jan staje na płaszczyźnie pewności lub na płaszczyźnie kryterium /jasnowidzenia/ duchowego, a nie na płaszczyźnie wartości i pierwszeństwa. Nie twierdzi, że należy naprzód kochać własnego brata, żeby móc kochać Boga. Cała jego Ewangelia wykazuje, że nie miłość człowieka jest miarą miłości Boga. Przeciwnie, to miłość Boga jest miarą miłości do bliźniego: „Abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem” /J, 15,12; 1 J 4,11/.

To przełożenie akcentu i priorytetu skierowuje szczególną uwagę zakonnika na człowieka. Zwraca się zaś ona ku Bogu, jeśli się w ogóle zwraca, jedynie poprzez człowieka i po jego uwzględnieniu, w pierwszym rzędzie. Posuwa się do tego, że wynosi ponad wszystko niepodważalną wartość własnej osobowości, przyznając jej niczym nieskrępowany rozwój w całej pełni. Następstwem takiego rozumowania jest kryzys lub wprost odrzucenie celibatu /który, jak się to mówi, nie pozwala, żeby się człowiek czuł w pełni mężczyzną lub kobietą/.

Drugim następstwem jest kryzys i odrzucanie posłuszeństwa /które godzi w moją wolność i nie pozwala mi być sobą samym/. W zakresie działalności tego rodzaju forma sekularyzmu /antropocentryzmu/ sprawia, że zakonnik solidaryzuje się z ubogimi, prześladowanymi i spychanymi na margines w takim stopniu, że jest zdolny jedynie do spraw, jakie polepszają jego warunki życiowe. Taka działalność jest pozbawiona treści ewangelicznej. Powiedzenie Chrystusa: „Zaprawdę powiadam wam: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili” /Mt 25,40/ nie ma znaczenia w tej nowej formie ateizmu, nazwanego przez EN „ateizmem antropocentrycznym, już więcej nie abstrakcyjnym i metafizycznym, ale pragmatycznym, programowym i walczącym”/n. 55/. Pierwsze przykazanie miłości Boga zostało przekreślone na korzyść drugiego „miłości bliźniego” i mówi się o religii drugiego przykazania.

W tym „powrocie do człowieka” nie idzie, o sprawę małego znaczenia, ponieważ próbuje się tu ustalić, gdzie znajduje się absolut, jaka jest celowość pierwsza, po co jest życie zakonne.

Bogu dzięki, że są nieliczni ci zakonnicy, którzy przeszli na stronę tej ideologii. Jednakże zakradła się ona w mniejszym lub większym stopniu do ducha znacznej ilości zakonników. Wspomniana ideologia znajduje się dopiero w początkach tej nieszczęsnej orientacji, nad którą ubolewamy, a która nie przestaję osłabiać wznoszenia serca do Boga, „najwyższego dobra, dobra powszechnego, dobra całkowitego” /Św. Franciszek, „Ojcze nasz” parafrazowany, 23/.

Samokrytyka współczesnego życia zakonnego powinna by wskazać na sekularyzm /antropocentryzm/ jako na jedną z przyczyn fałszywego pojmowania rozwoju osoby i osłabienia pojęcia i smaku modlitwy wśród zakonników.

Rozwój osoby

Bardzo wysoko zostało ocenione przez współczesnych mężczyzn i kobiety przywrócenie miejsca dawnemu sposobowi myślenia, według którego pierwszeństwo należało do dzieł instytutów a nie do aspiracji, upodobań i charyzmatu współbraci. Jeszcze w niedawnej przeszłości potrzeby dzieła dla jego zachowania lub rozwoju były pojmowane jako rzecz konieczna, dla której współbrat powinien poświęcić się bez względu, na to, co on naprawdę chciałby czynić. Pragnienie osobiste było uważane jako znak mniej pewny woli Bożej, aniżeli wezwanie przedmiotowe ze strony okoliczności opatrznościowych, wśród których żył zakonnik.

„Członkowie jakiejś wspólnoty łączyli się między sobą na podstawie służby Bożej i apostolskiej posługi bliźniemu. Wzajemne przywiązanie osób realizowało się w poświęceniu i wierności, wymaganych przez owe służby, a połączone z zapomnieniem o sobie, którego rekompensatą była świadomość tej wierności Bogu, która płynęła z wiary i miłości nadprzyrodzonej.

Małe albo żadne staranie o rozwój osoby sprzyjało poważnym osiągnięciom wysokiej wartości duchowej, w połączeniu z tożsamością ludzką, umiarkowaną, ale rzeczową i z prawdziwym zrozumieniem drugiego człowieka /…/. Obok tych rezultatów szereg istot trochę zgaszonych lub bladych. Bez wielkiej osobowości, albo nawet odznaczonych nieświadomym odszkodowaniem” /E. Pousset, Vie Consacree, 48 annee, n. 1, p. 29. Cytowany przez Marechal, op. cit., p. 43/.

Podczas ostatnich dziesięcioleci osiągnięcia uczuciowe, zawodowe i ludzkie zostały uznane jako współczynnik powodzenia w zwykłym życiu. Porażka zaś w tej dziedzinie, była zaledwie dopuszczalna. Jeżeli zakonnicy i zakonnice mają coś do powiedzenia /myśli się o tym jeszcze dzisiaj/, dzieje się to poprzez ich osobiste świadectwo, co do którego wierzą, że mogą je wypowiadać. Pytają się, czy Bóg wymaga poświęcenia ludzkich wartości, które sam stworzył jako źródło rozwoju i szczęścia. Czy ocena wolna od krytyk i jasnych odcieni miłości, od seksualizmu, swawoli i od przywiązania do bogactw, wyrażającego się w słowach: „mieć, wiedzieć, móc”, nie jest ryzykiem, które prowadzi do szkodliwych wniosków dla samego doskonalenia osób?

Starajmy się zrozumieć to, co jest słuszne i to, co jest mniej słuszne w tym naleganiu na rozwój personalny.

Brat wybrany przez samego Boga i powierzony naszemu instytutowi. /J 15,16/ jest darem podobnym do skarbu. Otaczamy go szacunkiem i miłością. Zadba się o jego rozwój i w miarę możności, będzie się zważać na jego uzdolnienia i aspiracje dla jego osobistego dobra.

Z drugiej strony jest to brat wśród innych braci. Prowadzi się między nimi normalny dialog. On zauważa, że jego bracia mają swoje zdolności, kwalifikacje i aspiracje. Niektóre z nich zgadzają się z jego uzdolnieniami. Odkrywa więc, że dary natury i łaski, jakie otrzymał, mają wartość względną i że życie wspólnotowe wymaga kompromisów i pozwoleń. Ponieważ członkowie wspólnoty nie mają prawa wymagać, żeby on dla ich korzyści rezygnował ze swojego rozwoju, więc i on nie może mieć pretensji, żeby jego współbracia rezygnowali ze swych potrzeb dla jego pożytku. Nawiązuje się dialog. Wspólnotowe rozpoznawanie spraw zaczyna spełniać swoją rolę. Ofiary i wyrzeczenia stają się nieodzowne do nawiązania kontaktu ze swoją wspólnotą. Rozwój osoby, wróżący żywo szczęście, wymaga poprawek na każdym poziomie: zawodowym, rodzinnym, małżeńskim i zakonnym. Wybór oznacza rezygnację.

Przechodząc od wspólnoty lokalnej do struktury wyższej i do całego instytutu, albo nawet do wspólnoty Kościoła lokalnego ze szczególnym uwzględnieniem działalności duszpasterskiej, zauważamy tę samą konieczność harmonizowania ideału osobistego z ideałem współbraci, z władzą przełożonego, z charyzmatem Instytutu, z odpowiedzialnością pastoralną Ordynariusza, z Kościołem – zawsze z wyrzeczeniami podjętymi dobrowolnie.

Każda reakcja w początkach jest zawsze przesadna – takie jest prawo wahadła. Na odchylenia, jakie z konieczności powodują dzieła instytutu, odpowiedziały odchylenia w poszanowaniu talentów i pragnień osobistych. Jest prawdą, że osoba ma wyższą wartość aniżeli dzieła. Ale nie jest prawdą jakoby charyzmat osobowy miał wartość absolutną i że nie powinien ustąpić ani na krok w niczym i wobec nikogo. Tyle razy nalegano na realizację, na prawa i na rozwój osoby, że takie wyrazy jak: krzyż, wyrzeczenie, ofiara, heroizm i świętość stały się rzadkością w naszym słownictwie.

Czy mądrość plantatora winorośli jest utopią, gdy ten oczyszcza ich pędy /J 15,2/, aby dawały obfitsze owoce? Czy jest rzeczą mądrą pozwalać, żeby każdy pęd wysyłał swe soki w liście, w grona, we wąsy i w pasożyty? – Faktycznie słuszną jest radość z rozwoju, będącego owocem poświęcenia. Św. Franciszek z Asyżu i tylu innych świętych założycieli i założycielek zakonów i zgromadzeń zakonnych promieniują radością, płynącą z umartwień ciała i duchowych cierpień. Mamy postacie mężczyzn i kobiet, które przynoszą zaszczyt ludzkości.

Czy rozwój osoby jest ideałem, do którego realizacji powinni się wszyscy przyczyniać? Nigdy nie będzie za wiele szacunku dla osoby. Koniecznie jednak należy określić, o jakiej osobie jest mowa. Czy mówi się o osobie jako wzorze mądrości i miłości Boga? Czy też mówi się o ideale ukształtowanym przez osobę, zgodnie z jej punktem widzenia, bez oglądania się na zdrowy rozsądek, na dobre wychowanie, na prawo natury i na objawienie Boże? Czy nie jest to czasem anachroniczna alternatywa, która bez zastanowienia domaga się rozwoju różnych skłonności istoty ludzkiej w czasie, kiedy niezliczone rzesze ludzi są przeznaczone do zgoła czegoś innego, aniżeli do swobodnego rozwoju osoby i pozbawia się je praw jak najbardziej świętych.

Wreszcie w całej tej kwestii nasze postępowanie stanie się najbardziej pewne, gdy się odniesiemy do Jezusa Chrystusa, naszej drogi, prawdy i życia. Pomyślmy: „Przecież i Chrystus nie szukał tego, co było dogodne dla Niego, ale jak napisano: „Urągania tych, którzy Tobie urągają, spadły na mnie” /Rz 15,3/. „My zatem mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki ciężar, /a przede wszystkim/ grzech, który nas łatwo zwodzi, powinniśmy wytrwale biec w wyznaczonych zawodach. Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala. On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż” /Hbr 12,1-2/.

Zakonnik utkwiwszy wzrok, w unicestwienie, jakiemu poddał się Jezus Chrystus, zdając się na kierownictwo jego życia, jego błogosławionej męki i jego zbawczej śmierci, dostrzega w natchnionych słowach promieniowanie innego ducha, innego ukierunkowania życia, aniżeli to, jakie zostało przesadnie wyniesione na podstawie błędnego pojmowania, słusznych zresztą słów: „rozwój osoby”.

Jest poprawne wyjaśnienie zasady „rozwój osoby”, które prowadzi do naśladowania Jezusa Chrystusa, Zbawiciela życia zakonnego. Istnieje moda, która tworzy z rozwoju osoby slogan niszczący najcenniejsze wartości życia ludzkiego i zakonnego.

W rzeczy samej zakonnicy, kierowani ową błędną interpretacją, porzucili ślub konsekrowanego celibatu, oddali się działalności wyłącznie świeckiej, porzucając tę do której byli odpowiednio przygotowani; w imię swego rzekomego charyzmatu posiali wątpliwości, i podziały w łonie swej wspólnoty, a potem i w instytucie, zanim go ostatecznie opuścili, wielu opłakuje gorzko nieszczęsne decyzje swego życia, zadali ciężkie rany rodzicom, zgorszyli ludzi, wprowadzili krótkotrwałe formy życia „zakonnego”: znaleźli się na marginesie posłuszeństwa Kościołowi i wierze w Chrystusa. Byłoby rzeczą nielojalną umyć sobie ręce po wyliczeniu tych bolesnych wydarzeń w samokrytyce życia, które prowadzimy. Czyniąc aluzję do tych smutnych faktów, nie myślę twierdzić, że wszystkie te decyzje są spowodowane jedynie przez jednostronną i subiektywną interpretację zasady o rozwoju osoby. Czy nie ma czasem wspólników odpowiedzialności za te decyzje? Samokrytyka życia zakonnego może uznać za swoje pytania, jakie stawia przełożonym J. B. Metz: „Czy przeanalizowaliśmy motywy tych, którzy wystąpili? Czy są czytane ich dokumenty jako historia błędów waszego zakonu? A także jako dokument oskarżenia? Czy motyw odejścia nie stoi w związku z utratą surowości życia zakonnego?” /op. cit., p. 96/.

Modlitwa

„My zaś oddamy się wyłącznie, modlitwie i posłudze słowa”. Ten cytat został zaczerpnięty z Dziejów Apostolskich /6,4/. Przypomnijmy sobie, w jakim kontekście się znalazł: w Jerozolimie powiększała się liczba wiernych. Helleniści szemrali przeciw Żydom, ponieważ w codziennej posłudze zapominali o ich wdowach, narzekali na nadmierną pracę, na krytykowanie mniejszości przez większość, domagali się wspólnego rozwiązywania spraw. Tak więc wśród codziennych zatargów powstaje oświadczenie bardzo proste, ale stanie się światłem na całe wieki: „My zaś oddamy się modlitwie i posłudze słowa”.

W rzeczy samej, modlitwa jest służbą, od której Apostołowie nie chcieli, ani nie mogli się zwalniać. Żadna praca administracyjna, czy społeczna nie może stanowić przeszkody dla modlitwy. Jest ona odpowiedzialnością osobistą, która nie daje się przenieść na innych. To przywilej i obowiązek niezamienny. Apostolat priorytetowy, który użyźnia wszystkie inne apostolaty.

W jakiej mierze jest taką dzisiejsza modlitwa zakonnika? Zadowalająca odpowiedź na takie pytanie jest niemożliwa. Modlitwa w swej naturze wewnętrznej jest istotnie rozmową serca z Bogiem. Samokrytyka zabrania nam wypowiadać sądy w tej dziedzinie.

Ale możemy pozwolić, żeby nasza samokrytyka zanalizowała to, co się ukazuje jako zewnętrzny wyraz modlitwy.

Pierwszym elementem, jaki należy wymienić, są książki do modlitwy, to znaczy przygotowanie i wydanie Biblii, mszałów, lekcjonarzy, brewiarzy. Chrześcijaństwo zdobyło doświadczenie odnośnie obniżenia się poziomu modlitwy podczas okresów przejściowych, kiedy to starożytne księgi do modlitwy nie zadowalały w pełni, a nowe nie zostały jeszcze wydane. Toteż jesteśmy szczęśliwi i wdzięczni, że obecnie możemy dysponować wspaniałymi Bibliami i najlepszymi książkami do modlitwy. Jest rzeczą jasną, że nie tylko zakonnicy są autorami ksiąg liturgicznych. W tym dziale współpracowali i księża diecezjalni i ludzie świeccy. Lecz słusznie się stwierdza, że szczególnie w młodych kościołach lokalnych, założonych przez misjonarzy, będących członkami zakonów i zgromadzeń misyjnych – zakonnicy i zakonnice pogłębili w naszych czasach życie modlitwy swojej i ludu Bożego, dzięki publikacjom w tubylczych językach, najbardziej beznadziejnych na świecie.

Ponadto, jeśli idzie o dziedzinę postępów w modlitwie zakonnej, zanotowano przygotowanie nauczycieli, formatorów, specjalistów z zakresu wiedzy i doświadczenia osobistego w modlitwie aż do jej stanów mistycznych, pootwierano domy skupienia, pozakładano bractwa kontemplacyjne w instytutach mieszanych i czynnych, zaprowadzono dni odosobnienia, zespoły ewangeliczne, rozmyślania zespołowe, tydzień spotkań przeznaczony wyłącznie na modlitwę wspólną i prywatną, animację grup modlitewnych, pomoc w postaci bodźców do modlitwy poszukiwaną przez świeckich /znam laików animowanych przez zakonnika, z którymi pewien sławny biskup udaje się na modlitwę trwającą całymi godzinami i twierdzi, że nigdzie nie doznaje łaski tak dobrej modlitwy, jak właśnie wśród nich/. Kapituły prowincjalne i generalne charakteryzuje modlitwa głęboka i gorąca. Zakonnicy zaangażowani do pracy płatnej, w pełnym wymiarze godzin, zawierają kontrakty na pracę półetatową, by sobie rezerwować więcej czasu na modlitwę. – „Bukiet kwiatów” dla zakonnic, które wspomagają zakonników, udając się z nimi na modlitwę! – Dzięki łasce Ducha Świętego modlitwa odzyskuje pierwsze miejsce we współczesnym życiu zakonnym.

Odzyskanie jednak tego miejsca jeszcze nie nastąpiło w sposób zdecydowany i ostateczny ani dla dziś ani dla jutra. Odmawianie brewiarza, niestety, zostało całkowicie zaniechane, co prawda, przez małą mniejszość zakonną. Większość zakonników zadowala się odmawianiem jedynie laudesów i nieszporów. A czy rozmyślanie nie jest czasem zaniedbywane przez większość? Stawiam sobie to pytanie ze ściśnionym sercem. Zdarza się bowiem, że w tym Kościele lokalnym, gdzie ludzie świeccy, ale gorliwi, cierpią z tego powodu i wyrzucają zakonnikom ich oziębłość. Słusznie też nie wierzą w wartość działalności takiego zakonnika, który się nie modli i nie rozmyśla. /Bo i jakże wierzyć w ważność modlitwy takiego, który przynajmniej w jakimś stopniu nie okazuje się apostolskim?/.

Wiara w rzeczywistą obecność i w uświęcające działanie Jezusa Chrystusa w Eucharystii przyczynia się do ubogacenia dzisiejszego życia zakonnego. Jan Paweł II wzywa nas do postępowania tą drogą. Zwracając się do USG /Unii Przełożonych Generalnych/ 25.XI.1978 powiedział: „Dlatego, najdrożsi synowie, nie powinniście się obawiać częstego przypominania swoim współbraciom, że chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i więcej owocu duchowego, aniżeli najbardziej wytężona działalność, choćby ona była także apostolską działalnością /…/. Wasze domy powinny być przede wszystkim, ośrodkami modlitwy, skupienia, dialogu osobistego i wspólnotowego z Tym, który jest i powinien pozostać pierwszym i głównym rozmówcą na nieprzerwanym szlaku waszych pracowitych dni”.

Bardziej autentyczny styl życia jest jednym z celów, jaki życie zakonne powinno dzisiaj mieć przed oczyma. Któż z nas nie pojmuje tego żądania? Młodzież jej od nas oczekuje, rodzice i wychowawcy sumienni proszą o to dla swych synów i córek. Księża diecezjalni, otwarci i gorliwi, zapytują nas z oczyma pełnymi życzliwości, a równocześnie z dozą niedowierzania, zaufania i żądania. Hierarchia, a zwłaszcza Papież, dodają nam odwagi i bodźca oraz nie szczędzą podziękowań. Reformatorzy zaś, wypowiedziawszy posłuszeństwo przełożonym i Kościołowi, mówią jednak coś prawdziwego pod naszym adresem. My sami odczuwamy żywe pragnienie doskonalenia siebie samych i podnoszenia poziomu, zwłaszcza zakonnego, zgodnie z naszym powołaniem.

Po dotychczasowym przeanalizowaniu zagadnienia, oto pokrótce pięć uwag:

– Pokuta i nawrócenie.

„Plagą najbardziej niebezpieczną, jaka zawisła nad waszymi instytutami, to rozluźnienie nowoczesne, w którym jesteśmy pogrążeni. Opierajcie się mu za wszelką cenę. Dziś bardziej niż kiedy indziej życie zakonne powinno być przeżywane w swej pełni i zgodnie z jego wzniosłymi i surowymi wymaganiami modlitwy, pokory ducha ofiary i bezwzględnej praktyki ślubów. Jednym słowem: życie zakonne powinno być święte, w przeciwnym razie niema racji bytu”. /Paweł VI, 27.VI.1965/.

A teraz wybaczcie mi kilka paradoksów:

– Powołania.

Brak powołań jest dobrodziejstwem dla nas. Jest to dobrodziejstwo gorzkie, ale nas zmusza do wejścia w samych siebie. Oby Bóg nie pospieszył z wysyłaniem nam powołań aż do czasu, zanim proces naszego nawrócenia nie posunie się dostatecznie naprzód. Problem powołań nie jest problemem młodzieży i świata. To jest nasz problem. Poza modlitwą – jedynym środkiem wskazanym przez Chrystusa – najlepszymi metodami do rozpoznawania dobrych powołań są spowiedź i kierownictwo duchowe. Nie nalegajmy na zbytnie dyspensy w celu skrócenia czasu formacji /ze względu na uroczyste śluby, lata studiów, święcenia/. Przedłużajmy raczej terminy. A czy w przypadku wątpliwości będzie skazane przyjąć lub oddalić kandydata? Bądźmy „tutiorystami”, to znaczy podejmujmy decyzję opartą na pewniejszych przesłankach – odraczajmy przyjęcie. Po co snuć komentarz o braku powołań? Jest rzeczą o wiele ważniejszą stosować mądrze odpowiednie środki. Nie rzutujmy naszych problemów na ducha młodzieży. Młodzież urodzona około 1968 r. prawie nie bierze pod uwagę naszych trudności sprzed 1968 r.

– Posłuszeństwo Ojcu świętemu.

Pewien Biskup w moim kraju lubił mówić żartobliwie: „W tym mieście, składającym się z 40 parafii, nie mam 40 proboszczów, ale 40 papieży…”. A czyż wśród nas nie ma wielu takich mini-papieży? Zdarzyło mi się, że miałem jednego. Pozwólmy, żeby Papież był Papieżem i działał jako Papież. My zaś pozostańmy na swoim miejscu, to znaczy na miejscu Benedykta, Franciszką, Dominika, Ignacego – wszystkich naszych założycieli i założycielek, którzy się zawsze odznaczali wiarą i posłuszeństwem, względem Stolicy świętej. Bo czyż moglibyśmy nazywać się ich synami czy córkami, gdybyśmy się nie upodabniali do nich pod tym względem? Jeśli zajdzie potrzeba, znajdzie się także sposób, by posłuchano naszej mądrości.

– Ubóstwo.

Odnośnie do budowy naszych domów zakonnych, odnośnie do naszego komfortu, naszego stołu, naszej odzieży, naszych rozrywek, naszych podróży, naszych wydatków – postarajmy się przysłuchać znienacka naszym rozmowom; czyż nie jesteśmy skłonni, usprawiedliwiać się przed samym sobą, przed oczyma naszych znajomych, przed współbraćmi, którzy się żalą? Prawdziwe ubóstwo nie potrzebuje zbyt wielu wyjaśnień. Bije w oczy i widzi się je, że jest się ubogim – i to wystarcza.

Obieramy ubóstwo, ażeby pomagać ubogim i po trochu uczestniczyć w ich życiu, ażeby nasz apostolat był wiarogodny. Ale ostatecznym jego motywem jest coś innego: „Ja, wasz mały brat Franciszek, chcę naśladować życie i ubóstwo Najwyższego Pana Jezusa Chrystusa i Jego Najświętszej Matki; i tak chcę trwać aż do końca” /Św. Franciszek z Assyżu/.

– Wiara.

„Świat, w jakim żyjemy, wywołuje kryzys w naszym zakonnym sposobie myślenia, a czasem także w naszych upodobaniach, ściśle związanych z wiarą; żyjemy w olśniewającej perspektywie świeckiego humanizmu, która się wiąże z krytyką racjonalistyczną i areligijną, według której człowiek chce realizować całą swoją doskonałość osobistą i społeczną jedynie własnymi siłami.

Tymczasem rzecz się ma przeciwnie. Dla nas bowiem, ludzi Bożych, idzie o przebóstwienie człowieka w Chrystusie, dzięki wierze w Boga żywego, dzięki coraz doskonalszemu naśladowaniu Chrystusa, w braniu krzyża oraz dzięki walce ze złym duchem i grzechem”. /Paweł VI do Kapituły Generalnej Towarzystwa Jezusowego, 3 grudnia 1974 r./.

ZAKOŃCZENIE

Zwykła ludzka ułomność, osłabienie wiary i autorytetu u pewnej liczby zakonników, silne wstrząsy kulturowe i duchowe, którym uległy świat i Kościół w połowie bieżącego wieku, przed rokiem 2000, spowodowały braki w życiu zakonnym.

Z drugiej strony ten stan rzeczy włożył i wkłada ogromny i twórczy wysiłek, celem odzyskania utraconego terenu. Stwierdził to nasz czcigodny Przewodniczący, O. Piotr Arrupe w swym wystąpieniu podczas Synodu Biskupów w 1974 r.: „Życie zakonne starało się wyrazić całkowitą tożsamość, zgodnie z wartościami, jakie reprezentuje; chciało praktykować realizm, usiłując wspierać dzisiejszą ludzkość w jej istotnych potrzebach, kierować się rozsądkiem, uczulonym na głos Ducha Świętego, ćwiczyć się w pokorze, koniecznej do zwalczania krytyki, zachowania służebnej postawy i unikania przywilejów; starało się włączyć w takie ludzkie życie, jakie prowadzi większa część ludzi, praktykując je i postępując podobnie jak „maluczcy w ludzkiej rodzinie”” /Documentation Catholique, Paryż, 17.XI., s. 991/.

Prawie z dwoma milionami ochrzczonych czuję się dumnym i szczęśliwym, że jestem, zakonnikiem w ludzie Bożym i dla niego przeznaczonym w tej drugiej połowie XX wieku. Wyrażam moją wdzięczność pełną szacunku dla umiłowanego życia zakonnego i dla tych wszystkich, którzy w przeszłości i obecnie uczynili je tym czym jest. Między życiem zakonnym a instytucjami kościelnymi istnieje wzajemna krytyka, która przynosi korzyść, gdyż jest konstruktywna tak dla jednej jak i dla drugiej strony. Lata przyszłe, będą mniej burzliwe i mniej wojujące. Wzywają nas jednak do czujności. Wyrażam moją ufność i mój optymizm odnośnie do dzisiejszego i jutrzejszego zakonnego życia. Św. Franciszek z Assyżu chciał, żeby Duch Święty był uważany za Generalnego Przełożonego jego zakonu. Oby Duch Święty stał się Generalnym Przełożonym wszystkich Instytutów zakonnych. Panna wierna, niech nas zachowa wiernymi.

Wpisy powiązane

McSweeney Anthony SSS, Newralgiczne punkty życia zakonnego na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia

Wawrzeniecki Robert OMI, Bł. Michał Giedroyć, Kanonik Regularny od Pokuty

Rostworowski Jan SJ, Żywy płomień miłości. Rzecz o Ojcu Maksymilianie Kolbem