Salmen D. H., OP, Społeczna psychologia życia wspólnego

 

O. D.H. Salmen, OP

 SPOŁECZNA PSYCHOLOGIA ŻYCIA WSPÓLNEGO

Tłumaczenie: Wydział Zakonny Sekretariatu Prymasa Polski 1961 r.

 

Życie zakonne w postaci, w jakiej dzisiaj znane jest na Zachodzie, prowadzi się wspólnie. Każda jednostka włączona zostaje w grupę, która stanowi bezpośrednie środowisko jej rozwoju. Żeby zatem pojąć konkretne warunki życia zakonnicy, trzeba brać w rachubę te właśnie ramy społeczne, które w charakterystyczny sposób stanowią o ustroju jej osobowości. Psychologia indywidualna nie wystarczy do wyjaśnienia tego, trzeba się nadto odwołać do psychologii społecznej. Jest to zasada ogólna, sprawdzająca się zarówno w stosunku do dziecka w rodzinie lub szkole, jak do robotnika w fabryce i związku zawodowym, do żołnierza w jego jednostce itp. Z tą jednak różnicą, że dla zakonnicy społeczność jej jest zespołem znacznie trwalszym i bardziej podstawowym, zastępującym jej równocześnie rodzinę, środowisko życia i pracy, a wreszcie stanowiącym zamknięty teren, na którym się rozgrywają zasadnicze przeżycia osobistego jej powołania.

W ostatnich latach wiele się zastanawiano nad psychologicznym ustrojem ugrupowań społecznych. Można było przy tym zaobserwować rozstrzygający wpływ, który ugrupowanie to jako takie wywiera na psychologię jednostki. Istnieje tu pewien mechanizm wychowania osobowości, którego zasadnicze znaczenie często się zapoznaje. Zapewne, że najważniejszym czynnikiem jest tu wysiłek indywidualny, dokonywany osobiście z pobudek czysto wewnętrznych. Prawdą też jest, że niezbędne są stosunki między osobami, wyrażające się w posłuszeństwie, radach i przykładzie. Ale istnieje tu jeszcze co innego, a mianowicie oddziaływanie całego zespołu na jednostkę, stanowiącą jego część składową. To zaś oddziaływanie zależy w równej mierze od ustroju grupy w jej całokształcie, jak i od roli, jaką w niej odgrywa dana jednostka. Lekceważąc te czynniki społeczne pozbawiamy się potężnego środka wychowawczego; co więcej, narażamy się na to, że na skutek nieodpowiedniego ustroju społecznego zniweczymy wysiłki wychowawcze, które w stosunkach indywidualnych mogły się wydawać znakomite. Jest to olbrzymia dziedzina o niezmiernie różnorodnych aspektach. Spośród znacznej już ilości dostępnych nam tematów wybieramy te, które można w sposób bardziej bezpośredni zastosować do społeczności zakonnych.

Zastanówmy się więc najpierw nad ustrojem grupy w jej całości: społeczności, nowicjatu lub bardziej ograniczonego zespołu, które wspólnie pełnią jakąś służbę. Pierwszym zagadnieniem, które należy wziąć tu pod uwagę, to sprawa ogólnej atmosfery, zapewniającej spójność. Ściślej mówiąc będzie tu chodziło o wspólną postawę całej grupy względem każdego jej członka, a tym samym – z drugiej strony – o poczucie przynależności, jakie dana jednostka odczuwa w stosunku do zespołu. Zapewne, że wytworzenie tej atmosfery jest rzeczą całej społeczności w jej nierozdzielnej jedności. Oczywiście jednak utrzymywanie jej jest przede wszystkim obowiązkiem Przełożonej, można nawet powiedzieć, że jednym z głównych jej zadań jako Przełożonej jest wytworzenie tej atmosfery. Specjaliści rozróżniają zazwyczaj trzy aspekty tej rzeczywistości: przyjęcie, przydział, a wreszcie uznanie.

Najpierw tedy potrzeba, aby jednostka czuła się w całej pełni przyjęta do zespołu. Aby czuła, że bezwarunkowo stanowi jego część, że członkowie cieszą się jej obecnością, a martwiliby się, gdyby ją mieli utracić. Postawę tę należy zachowywać wobec wszystkich, nie wykluczając ostatniego spośród członków: najmniej zdolnego, najmniej ujmującego, najmniej pożytecznego, bo przecież w każdym zespole zawsze jest jakiś członek, pozostający na szarym końcu. Należałoby tu postępować tak jak w rodzinie, gdzie najmniej udane dziecko przyjmuje się jednak w sposób nie dopuszczający zastrzeżeń, przydziela mu się miejsce przy ognisku rodzinnym i nigdy nie podając w wątpliwość jego przynależności. Rzecz jasna, że chodzi tu nie tylko o czcze słowa, lecz o żywe odczucie, wyrażane w czynach. Tego rodzaju postawa nie może oddziaływać, a ściślej mówiąc nie może nawet istnieć, jeżeli się nie objawi w czynach. Tak pojęty ustrój zespołu przysparza jego członkom nierównych korzyści. A więc przede wszystkim poczucia całkowitego bezpieczeństwa.

Wszyscy czują się jak w bezpiecznej przystani. Uspokajają się wyzbywają stopniowo swych mechanizmów obronnych wraz ze zrodzonymi z nich wypaczeniami charakteru. Mogą się wreszcie swobodnie rozwijać zgodnie ze wszystkimi swymi możliwościami i ufnie zacząć urzeczywistniać swe najwielkoduszniejsze dążności. A zatem poczucie bezpieczeństwa, ufność i rozkwit w miejsce niepewności, obaw i zahamowania – oto pobieżny bilans oddziaływania na jednostkę atmosfery zespołu, przejętego duchem „przyjęcia”.

Druga postawa zespołu dotyczy przydziału. Ona to sprawia, że jednostka może istnieć i być, ona to zachęca ją do działania i do jak najdoskonalszego spełnienia przez przyjętego do grupy członka wszystkich powierzonych mu zadań. W tym jednak celu musi on czuć się użytecznym. Zapewne, że możliwości poszczególnych członków są bardzo rozmaite, a tym samym i spełniane przez nich funkcje nie mogą być jednakowe. Ale pomimo to każdy powinien być przekonany, że na powierzonym sobie stanowisku korzystnie zrealizuje się wszystkich swych możliwości i walanie się przyczynia do wykonania wspólnego dzieła. Ani zespół, ani Przełożona nic zgoła na tym nie zyskają, jeśli tłumić będą inicjatywy, gnębić osobowości i utrudniać im działanie. Wprost przeciwnie, powinny się radować z każdego przejawu wzrostu i rozwoju, który niewątpliwie będzie korzystny zarówno dla wspólnego dobra zespołu, jak i dla osobistego rozkwitu jednostki.

Trzecia postawa, o której należy pamiętać, to uznanie. Każda jednostka pragnie i powinna wyczuwać, że w zespole, którego jest częścią, znajduje serdeczne oparcie; że wszyscy uznają jej użyteczność, cenią jej udział we wspólnym dziele, zdają sobie sprawę z jego wysiłków i cieszą się z jego osiągnięć. A wymaganie to odnosi się szczególnie do dziedziny duchowej, gdzie rozstrzygającą rolę odgrywa dobra wola, a gdzie wobec tego trzeba móc liczyć na wewnętrzną intencję jednostki. Żadną miarą nie można jej zmusić, żeby dążyła do dobrego, lecz co najwyżej można ją zachęcać do dalszych wysiłków. Ta zaś pochwała, ta zachęta, w których do serdecznego uznania dla jednostki dołącza się duma z zespołu, są zasadniczymi sprężynami życia wspólnego.

W tak zorganizowanym zespole osiąga się znakomite wyniki; dowodzą tego liczne już doświadczenia pod tym względem. A zatem najpierw wspomniane już korzyści indywidualne: poczucie bezpieczeństwa, ufność, radość, samorzutnie wzmocniona działalność, ciągły wysiłek. Następnie nie mniej ważne osiągnięcia społeczne. Uczestnicząc w całej pełni w działalności ogółu jednostka z zainteresowaniem śledzi wspólne dzieło, uczy się włączać osobisty wysiłek w wysiłki innych i wnoszoną pracę w prace całego zespołu, uczy się uznawać i cenić zadania, wykonywane przez jej współsiostry. Odtąd jednostka doskonale już włączona jest w społeczność, to zaś oznacza, że zespół ostatecznie się już zorganizował. Zasadniczym w tym wszystkim czynnikiem jest wychowanie osobowości, które wynika bezpośrednio z jej włączenia w zespół. Nie jest to ani wysiłek podjęty samotnie, który by wywierał wpływ na wewnętrzne pobudki, ani też uległe podporządkowanie się indywidualnej przełożonej, lecz rozwój osobowości, w ciągu którego przystosowuje się ona do wymagań życia społecznego poprzez uczestnictwo we wspólnych wysiłkach. Nacisk, wywierany w ten sposób przez społeczność, jest szczególnie skuteczny, posiada on wpływ wychowawczy, o którego szkoda byłoby nie dbać.

Musimy wtrącić tu pewną uwagę: Można by zarzucić, że wszystko, cośmy powiedzieli poprzednio, opiera się na naturalizmie, niezbyt zgodnym z tradycjami zakonnymi, że braliśmy pod uwagę wyłącznie naturalny rozwój osobowości, nie uwzględniając w dostatecznej mierze klasycznych metod wdrażania do posłuszeństwa, pokory itp. – Jest to bardzo rozległy temat, o którym wiele można by powiedzieć. Zauważmy jednak po prostu, że skoro łaska udoskonala naturę, lecz jej nie niszczy (o czym za św. Tomaszem jesteśmy przekonani), to doskonałość duchowa opierać się będzie normalnie na zdrowym rozwoju osobowości psychologicznej. Temu zaś zdrowemu rozwojowi sprzyjać będą ustroje psychologiczno-społeczne, o których była mowa, i na tej właśnie podstawie pielęgnować się będzie doskonałość zakonną. Nie wydaje nam się, jakoby doskonałą cnotę chrześcijańską należało normalnie budować na osobowości psychologicznie zniekształconej, skarłowaciałej lub infantylnej. Zapewne, że poddawanie Sióstr próbom posłuszeństwa i pokory będzie niezbędne. Czy jednak próby takie nie nadarzą się samorzutnie w ciągu życia zakonnego: w postulacie i nowicjacie, przy rozdziale urzędów, nieuchronnie związanym z krzywdą i rozczarowanie poszczególnych jednostek? Otóż wszystkie te doświadczenia będą bez porównania bardziej pożyteczne, ponieważ będą prawdziwe, narzucone przez samą konieczność życia wspólnego w zakonie. Nie mniejsze znaczenie ma podporządkowanie własnej woli lub upokorzenie, które wynika z poznania własnej ograniczoności. Ale wszystkie te doświadczenia nie będą miały swego źródła w autorytatywnym akcie Przełożonej, której roztropność jest bądź co bądź niedoskonała, a posunięcia zawodne. Doświadczenia natomiast, o których mówimy, są wynikiem wspólnej postawy, poprzez którą cały zespół wyraża swą organiczną aktywność w dążeniu do wybranych w sposób wolny i cnotliwych celów. Nie wykluczają one ani umartwienia przez dręczące trudności, ani przestrzegania niezbędnych hierarchii, ani koniecznej władzy Przełożonych. Wszystkie te jednak czynniki włączają się w ustrój społeczny, który sprzyja zdrowemu wzrostowi ku coraz doskonalszej dojrzałości. Działanie łaski włącza się w takim razie w funkcje wychowawcze, bardziej odpowiada rzeczywistej naturze psychiczno-społecznej osobowości ludzkiej. Odnosząc się z poszanowaniem do natury, w płaszczyźnie nie tylko indywidualnej, lecz także społecznej, tym lepiej usposabia się dusze do przyjęcia przeznaczonych dla nich łask.

Zastanówmy się teraz nad innym aspektem tego zagadnienia, a mianowicie właśnie nad wspólną działalnością i zjednoczonymi wysiłkami całego zespołu w dążeniu do upragnionego przez wszystkich jego członków celu. Zgodność ta nie powstaje sama przez się, a osiągnięcie jej zależy w wielkiej mierze od Przełożonej, której cała postawa powinna sprzyjać wzbudzeniu jednomyślnego ducha.

Aby uniknąć możliwych zarzutów, zajmiemy się najpierw stosunkiem Przełożonej do jej Rady. Przykład jest odpowiedni, ponieważ zarówno poszczególne Konstytucje zakonne, jak i Prawo Kanoniczne, określają wyraźnie upoważnienia członków, powinno by to stanowić hamulec dla samowoli tych spośród Przełożonych, które uważają, że mogą sobie na wszystko pozwalać. W takich zatem wypadkach słuszność i konieczność autonomicznego działania poszczególnych członków jest oficjalnie ustalona i nikt nie może się temu przeciwstawić odwołując się do rzekomego posłuszeństwa. W jaki bowiem inny sposób można by zapewnić doskonałą współpracę wszystkich członków pod kierownictwem Przełożonej?

Trzeba więc najpierw, aby Przełożona była uczciwa, tzn. uczciwa w swoim postępowaniu w odniesieniu do Rady: powinna szanować prawowicie powzięte uchwały; przedstawić Radzie wszystkie sprawy, wchodzące w zakres jej kompetencji, nie zawiązywać jej, jak to mówią, rąk, tzn. nie zawiadamiać jej po prostu o jakimś fakcie dokonanym, nie zasięgając wpierw jej zdania, powinna obiektywnie przedstawiać Radzie zagadnienie, wymagające rozwiązania, nie ukrywając ani nie przeinaczając faktów, nie powinna uciekać się do intryg ani starać się o przeniesienie członków, którzy by mogli głosować niezgodnie z jej wolą. Przytaczanie dalszych przykładów byłoby chyba zbędne. Otóż wszystko to jest nie tylko niemoralne, a często nawet nieprawne. Z psychologicznego bowiem punktu widzenia, którym się tu zajmujemy, pociąga to za sobą większe jeszcze zło, bo uniemożliwia ufną współpracę. Postępowanie takie nieuchronnie wzbudza nieufność, urazę, sprzeciw lub apatyczną obojętność. Otóż więc dziwnego, że w tych warunkach Przełożona traci wpływ na zespół i nie może sobie z nim dać rady?

Ale nie wystarczy być uczciwą. Trzeba nadto mieć odpowiednią postawę psychologiczną, która skłania i zachęca członków do współpracy w sposób wolny i samorzutny. Przełożone aż nazbyt często żalą się – i słusznie – na całkowitą bierność swych Rad. Każda ich propozycja zostaje przyjęta natychmiast, bez żadnej wymiany zdań. Może się to wydawać wygodne, w rzeczywistości jednak jest wysoce niebezpieczne. W takim bowiem razie nic już nie ogranicza nieuchronnych niedociągnięć Przełożonej, która sama przyjmować musi na siebie przytłaczającą odpowiedzialność za wszystko. Nikt nią nie kieruje, nikt jej nie odmawia, nikt nie naprawia jej jednostronnych z natury rzeczy poglądów, nikt nie hamuje jej impulsywności. Przełożone rozumne zdają sobie w takich warunkach sprawę z grożącego im niebezpieczeństwa, niepokoją się z tego powodu i pragną podtrzymania moralnego oraz niezbędnych do powzięcia jakiejś poważnej decyzji rad. Jak zatem osiągnąć żywe zainteresowanie osób, które przecież powinny w najwyższym stopniu dbać o wspólne dobro zespołu, a tym samym poświęcać mu całą swą uwagę? Odpowiedź zależy w wielkiej mierze od samej Przełożonej, ona to bowiem powinna stworzyć odpowiednią atmosferę w Radzie, na której czele stoi. Jej to właśnie przysługuje zarówno inicjatywa, jak i autorytet, od których głównie zależy wewnętrzna i zewnętrzna postawa całej społeczności.

Przypuśćmy, że – jak się to niestety często zdarza – Przełożona oznajmia Radzie o jakimś postanowieniu i prosi o zatwierdzenie go. Ale postanowienie to zostało już powzięte, przy czym bynajmniej nie pytano radnych o zdanie ani ich nie proszono o współudział w opracowaniu planu. Jest to zupełnie oczywiste pozbawienie ich najistotniejszego zakresu działania, który, jak przecie sama nazwa dowodzi, polega na udzieleniu rady. W tych jednak warunkach nie pozostaje im nic innego, jak biernie zatwierdzić powzięte przez Przełożoną postanowienie: jest to czynność wyłącznie symboliczna, pozbawiona wszelkiej realnej treści. Cóż więc dziwnego, że Rada obojętnieje wreszcie na sprawy, w których udział jej jest czysto konwencjonalny, w stosunku do których nie poczuwa się ani do obowiązków, ani do odpowiedzialności, a w których głos jej nie ma żadnego znaczenia? Skoro Przełożona sama podejmuje wszystkie inicjatywy i wszystkie postanowienia, niechże też sama ponosi całą odpowiedzialność za nie!

Łączy się z tym inna jeszcze sprawa: Wobec ostatecznie powziętej przez Przełożoną decyzji Rada nie ma innego wyjścia, jak biernie ją stwierdzić … chyba że się odważy głosować wbrew wyraźnej woli Przełożonej. Innej alternatywy nie ma: trzeba wszystko przyjąć albo wszystko odrzucić. Otóż radne, które by się nie zgodziły na wszystko w sposób zupełnie bierny, znalazłyby się w przykrym położeniu. Wiele Przełożonych nie znosi sprzeciwu, a zwłaszcza sprzeciwu tak wyraźnego i stanowczego jak głosowanie przeciw powziętej przez nią postanowieniu. Ale dlaczego narażała się ona na tak kłopotliwą sytuację? W wyniku jej gwałtownej reakcji Siostry radne niektóre będą zapewne w przyszłości do wyrażania niezależnych zdań. Takie oto są wyniki niefortunnej pedagogiki psychologiczno-społecznej. Tymczasem jednak cała sprawa stoi na martwym punkcie. Rada bowiem zdobyła się wprawdzie na odwagę i sprzeciwiła się postanowieniu Przełożonej, ale nie ma możliwości podsunięcia innego rozwiązania, które uważa za pomyślniejsze. Problem zatem w dalszym ciągu pozostaje nierozwiązany. I oto docieramy wreszcie do sedna trudności, a mianowicie do stwierdzenia, że problem należało rozwiązać wspólnie. Ale od tego właśnie należało przecież zacząć.

O ileż więc rozumniejsza i pomyślniejsza w skutkach byłaby postawa Przełożonej, która by od pierwszej chwili wciągnęła całą Radę do pracy nad wspólnym dobrem. Nie żądałaby ona w takim razie stwierdzenia powziętej samowolnie decyzji, lecz przedstawiłaby Radzie problem, który należałoby wspólnie omówić i rozważyć. Każdy członek wypowiedziałby szczerze swe zapatrywanie, przytaczając na jego poparcie rozumne uzasadnienia. Nie można przecież powziąć decyzji nie mając żadnych powodów ani argumentów, które by za nią przemawiały. Nie można również przedsiębrać żadnych środków, nie znając dokładnie całego zagadnienia i wszystkich obiektywnych czynników, które by uzasadniały ostateczną decyzję. Dopóki zatem Rada nie otrzyma wszystkich tych informacji, nie może przecież wyrobić sobie zdania o danej sprawie, a tym samym nie może nic o niej postanowić. Nie wie i nie może wiedzieć, jak postąpić. Członkowie dobrze zdają sobie z tego sprawę, toteż nie pozostaje im nic innego jak wstrzymać się od głosowania. Na ogół jednak postępują w sposób mniej roztropny. Nie mogą z braku informacji zdobyć się na obiektywną ocenę, kierują się po prostu względami uczuciowymi. Głosują zatem za lub przeciw zależnie od sympatii czy też antypatii dla Przełożonej; to zaś na pewno nie jest rozumnym sposobem sprawowania obowiązków Radnych.

Wypada im zatem dostarczyć należytego uzasadnienia, przy czym i tu trzeba postępować rzetelnie. Nierzetelnością zaś byłoby podawać im takie wyłącznie argumenty, które przemawiają za jednym tylko rozwiązaniem, a mianowicie za tym, które widocznie jest po myśli Przełożonej, a podstępnie pominąć milczeniem zarówno ujemne strony takiego postanowienia, jak i dobre strony innego. W takim bowiem razie Przełożona świadomie wprowadzałaby w błąd Radę i uniemożliwiałaby jej wydanie trafnego sądu. Fortel taki może się udać raz czy dwa razy; ostatecznie jednak nawet najnaiwniejsze poznają się na nim wtedy, zaś Rada nieodwołalnie już pogrąży się w najzupełniejszej bierności. Członkowie bowiem rozumieją, że chciano ich obarczyć odpowiedzialnością za sprawy, których nigdy dokładnie nie znają i co do których nigdy nie miały sposobności szczerze się wypowiedzieć. – Jeśli tedy Przełożona chce uzyskać czynną współpracę Radnych, musi nieuchronnie zachować w stosunku do nich zupełną lojalność i z bezwarunkową szczerością ukazywać im wszystkie aspekty roztrącanego zagadnienia.

Następnie powinna zapytać każdą z Radnych o zdanie. Jest to jedyny sposób, aby poznać wszystkie różnorodne aspekty sprawy, których część uszedłby niechybnie uwagi Przełożonej, gdyby ją rozpatrywała sama. Powinna one nadto zasięgnąć zdania poszczególnych członków co do różnych możliwości rozwiązania. Postara się wziąć pod rozważę wszystkie czynniki, które się w toku swobodnej dyskusji wyłonią. Jeśli zaś Rada zgodzi się ostatecznie na przewidziane od początku przez roztropną Przełożoną postanowienie, to będzie miała wszechstronny pogląd na sprawę i weźmie w rachubę wszystkie – nieuniknione przecież – ujemne strony rozwiązania. Przeprowadzone w tej dziedzinie doświadczenia wykazują, jak ważną rzeczą jest dbać o współudział wszystkich członków i jak zasadnicze znaczenie może mieć zdanie mniejszości, a nawet Sióstr nie wchodzących w skład Rady. Niekiedy one to właśnie znajdują najlepsze rozwiązanie; w takim zaś razie trzeba im koniecznie dać sposobność do wyjawienia swoich poglądów, aby je inne Siostry poznały i ostatecznie przyjęły. Innym razem mniejszości te podają częściowe tylko rozwiązania, które nie wystarczą do powzięcia ostatecznego postanowienia, ale które należy brać mimo to pod rozwagę. Dzięki tym właśnie Siostrom aspekty te nie zostaną zlekceważone. Niekiedy wreszcie będą to poglądy, nie dające się żadną miarą zastosować. Ale nawet i w tym wypadku trzeba pozwolić na ich wyrażenie, żeby logicznie wykazać, że są nie do przyjęcia. W przeciwnym razie przekonanie to nadal nurtować będzie w myślach jego autorki, i to tym intensywniej, im mniej wyraźnie zostało sformułowane.

Z zalecanej przez nas metody wynika inna jeszcze korzyść: oto prowadzi ona nie tylko do obiektywnie lepszego rozwiązania, lecz nadto ściślej zespala z powziętym postanowieniem Siostry, które uczestniczyły w jego opracowaniu. Każdą zachęcono do wyrażenia swego zdania, staranie o to współuczestnictwo i popieranie go jest nawet jednym z zasadniczych obowiązków Przełożonej. Każda wie, że ją wysłuchano i zrozumiano. Mniej szkody, jeśli istnieje (a byłoby to rzeczą nader pożądaną), stwierdza, że i jej punkt widzenia wzięto również pod uwagę, jakkolwiek go ostatecznie nie przyjęto. Wiele da się przekonać przez swobodną dyskusję nad wartością przedstawionych argumentów. Inne uznają konieczność wyboru pomiędzy proponowanymi rozwiązaniami, przy czym utrzyma się oczywiście to, które osiągnie największą ilość głosów. Ze swej strony Przełożona, która powinna dbać o wprowadzenie w czyn tej uchwały, pozna zastrzeżenia jednych i drugich; cenne te wiadomości staną się dla niej zasadniczą wytyczną w sprawowaniu rządów. Powinna się bowiem liczyć z zastrzeżeniami i usposobieniami swej Rady, których lekceważenie byłoby nie sprawiedliwością i nietaktem. W ten sposób osiąga się bez szczególnych trudności decyzję rzeczywiście wspólną, w której każda z Radnych ma swój udział, za którą każda poczuwa się do odpowiedzialności, a która jest wyrazem przekonania Rady w jej całokształcie.

W podobnym kontekście stosować można te zasady także i przy innej sposobności. Zastanówmy się na przykład nad następującym wypadkiem: Przełożona, przestrzegająca ściśle przepisów Prawa Kanonicznego, prosi Radę o zatwierdzenie jakiegoś wydatku, którego cyfra przekracza jej upoważnienie. Krok ten, nienaganny pod względem prawnym, nasuwa jednak poważne zastrzeżenia z punktu widzenia psychologiczno-społecznego. Chodzi tu bowiem znowu o inicjatywę mocno autokratyczną, wobec której Radzie pozostaje jedynie wybór między biernym jej przyjęciem lub bardzo kłopotliwym odrzuceniem. Żadne zaś z tych możliwości nie sprzyja ufnej i czynnej współpracy. W rzeczywistości należało postawić sprawę inaczej w sposób bardziej ogólny: Założywszy, że społeczność może rozporządzać daną sumą, jak należy jej użyć? I oto na tym właśnie polega akt rzeczywistego sprawowania rządów, akt, który może wzbudzić zainteresowanie wszystkich członków Rady i zespolić ich wszystkich we wspólnym poczuciu odpowiedzialności za dobro ogółu. Ponadto wydatek taki stanowi cząstkowy zaledwie aspekt ogólnej polityki gospodarczej danej społeczności, czynnik ważny głównie dlatego, że Prawo Kanoniczne ustaliło w tej dziedzinie wyraźne wytyczne. Nie mniej jednak zwrócenie ma cały budżet i przewidziane w nim wydatki na poszczególne cele. Otóż poza wydatkami, które społeczność zamierza ponieść, są również takie, które postanowi ograniczyć czy skasować. Jest to nie mniej charakterystyczny akt władzy, który wiele Przełożonych podejmuje na własną rękę lub uzasadnia ogólnikowo, powołując się na konieczność oszczędzania. Rzecz oczywista, że zawsze należy oszczędzać. Ale i tu powstaje problem, który należało wspólnie rozstrzygnąć: Skoro trzeba oszczędzać, należy się naradzić nad tym, jakie wydatki ograniczy się najpierw i w jaki sposób ponownie doprowadzi budżet do równowagi? Gdyby tak uczyniono zawczasu, gdyby szczerze przedyskutowano wszystkie w ogóle sprawy, dotyczące zarządzania domem, osiągnięto by – po pierwsze pomyślniejsze rozwiązanie, po drugie zaś bardziej samorzutną i bardziej czynną współpracę Rady, której umożliwiono sprawowanie w rozumny sposób właściwych jej zadań. Nie trzeba chyba dodawać, że uwagi te dotyczą w większej jeszcze mierze przedsięwzięć, związanych z samym życiem zakonnym, jak zakładania nowych domów i misji, podejmowania nowych dzieł, kierunków działalności apostolskiej itp.

Omówiliśmy przede wszystkim sprawę grupy czołowej, którą stanowi Rada danej społeczności, autonomia jej bowiem jest prawnie zatwierdzona. Oczywiście jednak wszystkie te zasady psychologiczne można zastosować do całej w ogóle społeczności zakonnej. Także i tu trzeba dążyć do tego, aby każdy członek zespołu odnosił się ze szczerym zainteresowaniem do wszystkich wyłaniających się problemów i brał czynny udział w ich rozwiązaniu. Należy się przy tym posługiwać tymi samymi metodami psychologiczno-społecznymi. Zastanówmy się nad drobnymi trudnościami codziennego życia zakonnego: Należy stawać się punktualnie na wspólne ćwiczenia (ale niektóre Siostry stale się spóźniają!); należy przestrzegać milczenia zakonnego (ale zawsze zdarzają się zaniedbania!); należy się ściśle stosować do przepisów, obowiązujących przy sprawowaniu różnych czynności (ale zawsze zdarzają się jakieś niedociągnięcia!) itp. Przełożona o zbyt władczym usposobieniu chce osobiście doprowadzić wszystko do porządku: napomina więc całą społeczność, udziela nagany winnym, wymierza kary. Wszystko to niewątpliwie jest potrzebne, a może nawet konieczne. Pomimo to jednak wskutek tych osobistych interwencji jest przeważnie nader nikły. Ponieważ bowiem Przełożona sama poczuwa się do odpowiedzialności za wszystkich i wszystko, przeto zespół ze swej strony popada w bierność. I druga jeszcze niedogodność takiego systemu: Podwładna czuje się upokorzona z powodu – zasłużonej zresztą nagany, a wynikające stąd przygnębienie niezbyt sprzyja wielkodusznym wysiłkom. – Nie możemy wreszcie pominąć milczeniem różnych innych powodów, dla których osobiste sprawowanie sądu przez Przełożoną mogłoby nie być pożądane: Czyż sama jest pod każdym względem bez zarzutu? czy w postępowaniu swoim kieruje się tylko i wyłącznie doskonałą sprawiedliwością? czy pobudki jej są rzeczywiście zupełnie bezinteresowne i powodowane samą tylko cnotą? Wszystkie te pytania, nie usprawiedliwione może z moralnego punktu widzenia, ale psychologicznie uzasadnione, nieuchronnie ograniczają skuteczność osobistej interwencji. Trzeba się zatem uciec do techniki psychologii społecznej, w tym zaś celu stosować te właśnie metody, któreśmy poprzednio omówili: Przełożona porusza wobec całego zespołu sprawę, o którą jej chodzi. Ale nie podnosi przeciw tej czy innej zakonnicy zarzutu, że się spóźnia, lecz zwróci uwagę na obiektywne trudności, które wprowadzają nieład w całe życie zakonne; następnie zwróci się do wszystkich Sióstr z prośbą, żeby się postarały rozwiązać ten problem, do którego żadna chyba nie może się odnosić obojętnie. Nie oskarża zatem żadnego z członków, lecz porusza problem obiektywny, który zespół powinien rozwiązać we własnym zakresie i wspólnymi siłami. Następnie wszystkie Siostry przedyskutują swobodnie wszystkie aspekty sprawy. Niekiedy, i to częściej niż by przypuszczano, dyskusja taka wykaże rzeczywiste niedociągnięcia w organizacji życia wspólnego, które po części usprawiedliwiają stwierdzone uchybienia; w takim zaś razie wystarczy kilka drobnych zarządzeń, żeby sytuacja uległa poprawie. Z drugiej strony, a co znacznie ważniejsze, wszyscy członkowie zespołu zdają sobie sprawę, że problem ten dotyczy ich wszystkich, a poczuwając się do osobistej odpowiedzialności za taki stan rzeczy, postarają się temu zaradzić. Wspólnie omawiane środki wzbudzą ogólne zainteresowanie, a powzięte przez cały zespół postanowienia mają znacznie potężniejszą siłę przekonywania niż wszelkie zarządzenia Przełożonej. Podobnie i sankcje karne, wspólnie ustanowione, będą bez porównania skuteczniejsze. Doświadczenie dowodzi nawet, że Przełożona nieraz zmuszona jest użyć swego wpływu, aby złagodzić przesadnie surowe środki, które z woli zespołu miano stosować. Mimo to jednak wszelkie sankcje i kary tracą swe cechy dyscyplinarne, a przybierają charakter leczniczy i wychowawczy. Słowem, cały zespół czynnie współpracuje nad własną reorganizacją, zamiast biernie czy może nawet niechętnie znosić interwencję władzy, która mu się wydaje czymś narzuconym z zewnątrz. Czy wreszcie postępowanie takie nie jest wysoce odpowiednie dla dusz, które przecież powinny dążyć do doskonałości raczej dzięki własnym i dobrowolnym wysiłkom (indywidualnym i społecznym) niż na skutek nacisku, wywieranego przez Przełożoną?

Rozważania te doprowadzają nas do innego aspektu życia wspólnego, dotyczącego tym razem postawy podwładnych względem Przełożonej. Poprzednio omówiliśmy sposób, w jaki organiczna współpraca Rady z Przełożoną umożliwiała zapobieżenie zbyt samowolnemu sprawowaniu władzy. Odtąd psychologia społeczna, dzięki której można było naprawić usterki w indywidualnej postawie Przełożonej względem podwładnych, może się w niemniejszym stopniu przyczynić do naprostowania indywidualnej postawy podwładnych względem Przełożonej.

Zajmijmy się najpierw następującym wyrażeniem: chodzi o zakonnicę sprawującą jakąś odpowiedzialną funkcję, np. jako członek Rady. Obowiązki związane z jej urzędem zmuszają ją do uczestnictwa we wspólnych pracach: polega ono najpierw na wyrażeniu opartego na dojrzałej rozwadze zdania, następnie zaś na rozumnych uzgodnieniu jej poglądu z poglądem innych członków Rady w swobodnie prowadzonej dyskusji … Wymaga to przeważnie rzetelnego wysiłku, a niekiedy nawet wielkiej odwagi w takich mianowicie wypadkach, gdy zakonnica na podstawie obiektywnych danych staje w obronie prawdy, nie biorąc pod uwagę drażliwości tej czy innej współpracy.

Wiemy, jak często się zdarza, że Przełożona nie znosi sprzeciwu. Otóż dusza trwożliwa skłonna będzie w takim razie unikać najbliższego nawet cienia oporu. Zgodzi się zatem służalczo na wszelkie decyzje, o jakich jej oznajmią, nie śmiejąc nawet dyskutować o ich wartości. Postawa Rady sprzyja często takiej słabości, zamiast jej zapobiegać. Też członkowie jej pochwalą tchórzliwą bierność danej osoby, pozorując ją posłuszeństwem, ufnością i szacunkiem, a zatem cnotami, na które się w takim kontekście żadną miarą nie można powoływać. Jeżeli natomiast Rada zorganizowana jest w ten sposób, że wszystkim członkom zapewnia swobodne uczestnictwo w obradach, to każdy z nich z natury rzeczy postępować będzie jak człowiek dojrzały, zdolny ponieść całkowitą odpowiedzialność za swe przekonania.

Równie nieodpowiednia jest postawa Rady w wypadku, gdy członkowie jej przyjmują za zasadę postępowania coś, co zupełnie niekwestionowanie określają mianem „miłości”. Głównym nakazem, którym się w takim razie kierują, jest „nie sprawianie przykrości”. Radne jednomyślnie uchwalają czy zatwierdzają decyzję, którą uważają za niesłuszną, „byle tylko nie sprawić przykrości Matce Przełożonej”. Trochę później natomiast gotowe są z równą jednomyślnością wystosować potajemnie petycję do wyższych Przełożonych, błagając o uchylenie owej niefortunnej uchwały. To samo można by powiedzieć o wyborach Przełożonej, która się po upływie każdej kadencji pozostawia na jej stanowisku, pomimo że wiele względów oczywiście przeciw temu przemawia. Także i w tym wypadku chodzi o to, żeby oszczędzić Przełożonej przykrości lub żeby jej okazać wierność i przywiązanie. Zdarza się zresztą, że Przełożone wysyłają takie słabostki. Wiadomo nam nawet o takich, które ze zdumiewającą naiwnością ubiegają się o głosy, opisując wymownie ból, jaki by przepełnił ich macierzyńskie serce, gdyby nie zostały ponownie wybrane; ohydne to wyznanie, które wyraźnie zdradzają ich rzeczywiste pobudki, powinny być wystarczające, żeby je raz na zawsze usunąć od wszelkich urzędów i godności zakonnych. Także i w tym wypadku należyta postawa Rady mogłaby w imię wspólnego dobra odnieść zwycięstwo nad małostkowością osobistych względów. Jest przecież rzeczą oczywistą, że chodzi tu o pożytek całej społeczności, a nie o „sprawianie przyjemności” jednostce.

Podobne trudności zachodzić mogą również w stosunkach pomiędzy poszczególnymi członkami. W takim jednak wypadku rzekoma „miłość” służy za parawan, za którym się kryją uczucia niezbyt budujące, zdolne poważnie zachwiać zarówno postawą wewnętrzną osobowości, jak i całą organizacją Rady, zespołu. Zachowuje się w takim razie pozory zdawkowej życzliwości, które nie pozwalają na nawiązanie rzeczywistej życzliwości. Jedna nie śmie wydać drugiej żadnego polecenia, ponieważ nie wie, jak to zostanie przyjęte. Nie pozwala sobie prosić o przystosowanie się we wspólnej działalności, żeby nie urazić przewrażliwionej współzależności. Z tego samego powodu nie ośmiela się zwrócić uwagi na jakąś niedokładność w pracy. Przykłady takie można by mnożyć. Jest to zwykły problem indywidualnych kontaktów w życiu społecznym, zaostrzający się jeszcze w atmosferze pewnych zespołów, które pod pozorem miłości nie chcą same przed sobą przyznać, że problem taki zachodzi.

Psychologia społeczna przysłużyć się tu może w dwóch kierunkach. Z jednej strony pozwala ona lepiej sobie uświadomić rzeczywistość tego zjawiska i związanych z nim niebezpieczeństw. Z drugiej strony wskazuje możliwe rozwiązanie.

Niebezpieczeństwa są tu oczywiste. Życie wspólne wymaga uregulowanych stosunków między poszczególnymi członkami, stosunków, które by pozwoliły na obopólne przystosowanie się, niezbędne w życiu wspólnym. Trzeba zatem mieć sposobność do wypowiedzenia swych poglądów, potrzeb, trudności i życzeń. Trzeba również znać poglądy, potrzeby, trudności i życzenia drugiej strony. Szczera wymiana zdań umożliwia w takim razie dążenie do rozwiązania, które by odpowiadało obu stronom; umożliwia je szczególnie wtedy, gdy chodzi o osoby dobrego ducha i pracujące dla wspólnego celu. Ewentualne opory usunięte zostaną z łatwością przez nacisk społeczny ze strony zespołu, jego zdanie, wymagania i interwencje podyktowane dbałością o wspólne dobro. Jeśli się na tej drodze nie osiągnie rozumnego rozwiązania, to siłą rzeczy narzuci się inne, którego skutki mogą być fatalne. I tak np. Przełożona, która się obawia wydać rozkaz, nie może się przecież zrzec sprawowania rządów: będzie zatem zmuszona osiągnąć swój cel drogą pośrednią, to zaś dokonywać się będzie kosztem praworządności; trzeba się będzie uciekać do udawania, oszukańczego załatwiania spraw, o którym potem zawiadomi jako o fakcie dokonanym, do osobistych interwencji z pominięciem ustanowionych hierarchii, słowem do różnych wybiegów. To znów nie omieszka wywołać uzasadnionej niechęci w podwładnej, którą wprowadzono w błąd, a której słusznej autonomii nie uznano. Podobnie dzieje się i w innych wypadkach. Skoro nie można spełnić powierzonych zadań metodą ufnego współdziałania, trzeba się uciec do intrygi: i oto ujawniać się będą różnego rodzaju podłości, które powodować musi nieuchronnie chybiona organizacja środowiska społecznego. Nie trzeba przy tym dodawać, że taki stan rzeczy nie wpływa ani na uszlachetnienie wspólnej atmosfery, ani na poprawę jakości osobistych stosunków między członkami. Wszystko to zaś wynika ze źle pojętej organizacji zespołu, toteż w tej przede wszystkim dziedzinie należy dokonać reformy.

Trzeba w tym celu stworzyć warunki, które by sprzyjały szczerym i ufnym stosunkom pomiędzy Siostrami. Właśnie zaś owa fałszywie pojęta miłość, której ujemne skutki omówiliśmy poprzednio, uniemożliwia te stosunki. Na zewnątrz dana Siostra rozpływa się w uśmiechach i serdeczności. Poza tymi pozorami jednak kryje się infantylny lęk przed „sprawieniem przykrości”, połączony z tchórzliwą obawą wyrażenia protestu. To zaś wyklucza konieczną szczerość. Ale stłumione uczucia tają się w dalszym ciągu i stale się wzmagają pod wpływem obiektywnych trudności, z których nie chciano zdać sobie sprawy, jak również trudności powstałych na skutek nieudanych prób rozwiązania, o których wspominaliśmy poprzednio. Pod powierzchnią udanej skromności kipią namiętności, które nie znajdując żadnego godziwego ujścia muszą się ostatecznie wyładować w gwałtownych wybuchach, nieproporcjonalnych do wywołujących je błahych powodów. Wybuchy te, które z punktu widzenia indywidualnej higieny umysłowej stanowią pomyślne rozwiązanie, powodują oczywiście w płaszczyźnie życia społecznego fatalne skutki. W każdym jednak razie są znacznie lepsze niż namiętność tłumiona, która ze względu na zbyt krępujący nacisk ze strony zespołu nie może znaleźć ujścia. Ta bowiem wypacza samą osobowość, a nawet, jeśli stan taki trwa dłużej, całkowicie ją wykoleja. Ze swej strony ucierpiałyby na tym także i stosunki społeczne, wzmagając jeszcze błędne koło wzajemnych złych wpływów.

Rozwiązania tych trudności szukać można oczywiście także w płaszczyźnie indywidualnej. Próby te jednak dopóty będą bezowocne, dopóki ustrój społeczny pozostanie wypaczony. Proces wychowawczy powinien się dokonywać równocześnie w obu dziedzinach: w płaszczyźnie indywidualnej dzięki osobistym wysiłkom w dążeniu do doskonałości, jednocześnie zaś w płaszczyźnie społecznej, dzięki ulepszeniu organizmu zespołu. Aby to osiągnąć, trzeba stworzyć atmosferę szczerości i prawdy. Trzeba nauczyć podwładne śmiałości, trzeba w nie wpoić odwagę zetknięcia się oko w oko z rzeczywistością. Najpierw w sprawach, które dotyczą ich samych: powinny umieć wyznawać same przed sobą, że mają własne zdanie i że zdanie to może się różnić od poglądu innych. Następnie powinny mieć odwagę wyznania wobec wszystkich nie żywiąc nieuzasadnionej obawy przed możliwymi następstwami. Rzecz oczywista, że powinny również umieć tolerować odmienne zapatrywania innych członków społeczności. Zapatrywań tych nie powinny uważać za jakiś skierowany przeciw nim osobiście atak ani też za objaw osobistej nieżyczliwości, nie powinny się też nimi przerażać, jak gdyby w nich tkwiło jakieś nieokreślone niebezpieczeństwo; przeciwnie, powinny się z nich cieszyć, świadczą one bowiem o różnorodności poglądów, która dowodzi bogactwa zespołu pod tym względem. Następnie powinny się nauczyć porównywać te różne zapatrywania i odnosić się do nich nie jak do błędów, które należy zwalczać, lecz jak do uzupełniającego tłumaczenia jakiejś złożonej rzeczywistości, z których należy wysnuć rozsądną i zrównoważoną syntezę. Przeważnie z korzyścią, będzie prowadzić takie dyskusje w obecności całego zespołu. Boć przecież w imię zespołu prowadzi się ostatecznie wszystkie prace, toteż pod jego okiem należałoby rozwiązywać przeciwieństwa najdrażliwszej nawet natury. Wypadałoby również, aby spory, zdarzające się pomiędzy poszczególnymi członkami, rozstrzygał cały zespół. Na skutek nacisku ze strony społeczności zwiększono by indywidualne wysiłki w dążeniu do rozumnego życia; o tym, jak wielka jest skuteczność tego nacisku, mówiliśmy już poprzednio. Człowiek ustępuje w tym wypadku nie dlatego, że ulega przewadze mocniejszego, lecz przyłącza się do rozwiązania, które zdaniem całego zespołu jest najlepsze. W ogólniejszej perspektywie przekracza to stosunki wyłącznie osobiste i wszelkie połączone z nimi pobudki zabarwione uczuciami wątpliwej wartości, jak rywalizacja, zazdrość, zbyt uczuciowe przywiązanie itp. Wszystkie bowiem problemy rozwiązuje się jawnie, na oczach osób trzecich, życzliwych i bezstronnych, a równocześnie przenikliwych i to w znacznie bardziej obiektywnym aspekcie wspólnych celów zespołu. Także i w tym wypadku pomyślna psychologiczno-społeczna organizacja zespołu przyczyni się walnie do wprowadzenia ładu w osobistą postawę poszczególnych jednostek.

Spodziewamy się, że kilka tych uwag przyczyni się do bliższego zajęcia się zbyt dotychczas zaniedbywanym aspektem życia społecznego. W życiu społecznym postępowanie jednostek zależy nie tylko od czynników osobistych, lecz także od ustroju społecznego. Doskonałość działania wymaga odpowiedniej organizacji w obu tych dziedzinach. Jeśli chodzi o czynniki ściśle indywidualne, wiadomo o tym od dawna. Smutne zaś byłoby, gdyby nie brano tego faktu pod ścisłą rozwagę w sprawach, dotyczących psychologii społecznej.

Nie możemy zakończyć referatu nie omówiwszy ściśle sensowności tej gałęzi wiedzy. Zwrócimy więc najpierw uwagę, że chodzi o psychologię społeczną, a zatem o mechanizmy, które od strony środowiska ludzkiego uwarunkowane są wolną inicjatywą indywidualnych osób. Gdybyśmy jednak brali w rachubę ten wyłącznie poziom, można by się słusznie obawiać jakiegoś ustroju, zmierzającego do kolektywizowania dusz, a zatem ustroju, którego społeczne metody łamałyby wolną autonomię w rzeczywistości natomiast bynajmniej tak nie jest. Na uzupełniającym bowiem poziomie każdej psychologii indywidualnej stwierdzamy, że członkowie tych społeczności w sposób wolny wybrali włączenie się w taki właśnie ustrój życia społecznego i że ze środków tych korzystają zupełnie samorzutnie, aby łatwiej osiągnąć osobiste cele swego powołania. Organizacja psychologiczno-społeczna służy tu najwyższym dążnościom osobowości. Nasze zaś uwagi zmierzają wyłącznie do jasnego objaśnienia niektórych technicznych metod, regulujących owe powzięte już poprzednio postanowienia. W podobny sposób lekarz może zwrócić uwagę na jakieś fizjologiczne następstwo niektórych form życia wspólnego (jak opał, przewietrzanie pokojów, sen, odżywianie), nie tykając bynajmniej spraw surowości życia, ubóstwa czy umartwiania, podejmowanych w sposób wolny dla celów osobistych lub wspólnych. Wskazówki jego dopomagają tylko duszom zakonnym do osiągnięcia zamierzonych celów przez wybór środków, zdolnych się do tego przyczynić, względnie do zaniechania wszystkiego, co by je mogło od tych celów oddalić. Podobnie i tutaj: życie wspólne służyć ma osobie. Zadaniem zaś psychologii społecznej jest wyłącznie objaśnienie mechanizmów nieodłącznych od życia wspólnego, aby z nich móc skuteczniej korzystać w dążeniu do osobistych celów.

Z drugiej strony, a rozróżnienie tego jest może jeszcze ważniejsze, w referacie tym chodziło nam wyłącznie o psychologię, a zatem o przyrodzone skutki wzajemnego współdziałania społecznego jednostek w obrębie zespołu. To zatem, cośmy powiedzieli, może się w równej mierze odnosić do każdej pracowni, jednostki wojskowej lub szkoły, jak do społeczności zakonnej. Przyrodzona ta podbudowa nie może oczywiście brać pod uwagę wszystkich ściśle nadprzyrodzonych wartości życia zakonnego, które posiadają własną siłę działania i sprawiają, że życie społeczne Instytucji zakonnej staje się czymś zupełnie innym niż życie jakiegokolwiek zespołu czysto ludzkiego. Będzie to więc najpierw wspólna miłość teologiczna, która jednoczy cały zespół w tej samej miłości Boga. Będzie to następnie ściśle określona wola dążenia do doskonałości oraz do osiągnięcia jej przez życie według tej samej Reguły: stanowi to dalszy czynnik jedności, którego skuteczności nie wolno zapoznawać. Będzie to wreszcie – i nade wszystko – ślub posłuszeństwa, do którego się każda wola samorzutnie zobowiązuje, a który skierowuje wszystkie do jednego nadprzyrodzonego celu i jednoczy je w sposób szczególnie uprzywilejowany. To właśnie zobowiązanie nadaje życiu zakonnemu jego najznamienitsze i najważniejsze wartości uświęcające. Trzeba jednak, aby całe życie zestrojone było z tym posłuszeństwem. I właśnie dla osiągnięcia tego celu pożytecznie jest żyć w ustroju ustanowień przyrodzonych, które sprzyjają aktom cnót. Medycyna może się do tego przyczynić dzięki radom dotyczącym zdrowia fizycznego, psychologia indywidualna dzięki wskazaniom odnoszącym się do higieny psychicznej. I na tym samym właśnie, bardzo skromnym, poziomie psychologia społeczna oddać może usługi, wskazując postawy społeczne, które mniej lub więcej sprzyjają habitualnemu urzeczywistnianiu zdrowego i zrównoważonego życia wspólnego. Chodzi jednak przy tym wyłącznie o technikę pomocniczą. Te zaś techniczne środki pomocnicze podporządkowane będą wartościom ściśle zakonnym i służyć mają do osiągnięcia celów nadprzyrodzonych, a zwłaszcza do tego, aby usposabiać do posłuszeństwa. Powtarzamy więc, że w referacie swoim zajmowaliśmy się wyłącznie jedną z dziedzin przyrodzonego ustroju życia ludzkiego, nie zamierzaliśmy zaś żadną miarą zdawać sprawy z nadprzyrodzonego ustroju całego życia zakonnego.

O.  D. H. Salmen, OP

 

Archiwum KWPŻZZ

 

 

Wpisy powiązane

Paczóski Mariusz OFMConv, Wezwanie do życie we wspólnocie – braterstwo

Kaproń Kasper Mariusz OFM, Wspólnota zakonna jako laboratorium komunii. O życiu konsekrowanym w Kościele synodalnym

Hinnc Mateusz OFMCap, Czy my duchowni możemy mówić o wydobywaniu potencjału ludzkiego w naszych współbraciach?